czwartek, 17 maja 2018

Jak nas poniżyć i wyprzedać do cna...


9 maja czasu waszyngtońskiego prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump podpisał ustawę nr 447 JUST, zobowiązującą sekretarza Stanu USA, by w ścisłej kolaboracji z żydowskimi organizacjami przemysłu holokaustu, to znaczy – z „organizacjami pozarządowymi”, które tylko dlatego są „pozarządowe”, że stoją ponad rządem Stanów Zjednoczonych który skacze przed nimi z gałęzi na gałąź, monitorował zakres i tempo realizacji żydowskich roszczeń majątkowych, jakie spodoba im się wysunąć wobec krajów, które w czerwcu 2009 roku lekkomyślnie podpisały deklarację terezińską oraz – by składał Kongresowi okresowe sprawozdania z tej inwestygacji.

Deklaracja terezińska była efektem konferencji pod tytułem „Mienie ery holokaustu” zorganizowanej z inicjatywy Stanów Zjednoczonych, a konkretnie – delegowanego przez Hilarzycę Clintonową demokratycznego senatora Roberta Wexlera, który przewodniczył delegacji amerykańskiej.
Celem tej konferencji – o czym otwartym tekstem pisał izraelski dziennik „Haaretz” – było zmuszenie Polski i Ukrainy by „zwróciła” Żydom „własność nie posiadającą spadkobierców”. Mimo to stary dureń czyli Władysław Bartoszewski, wysłany tam przez Księcia-Małżonka, czyli pozującego na człowieka Renesansu arywistę Radosława Sikorskiego, którego stare kiejkuty – podobnie zresztą jak cały rząd Donalda Tuska – wystrugały z banana akurat na ministra spraw zagranicznych – deklarację terezińską podpisał.
Ona sama co prawda nie rodziła w stosunku do państw-sygnatariuszy żadnych konkretnych zobowiązań, dostarczając jedynie „moralnego uzasadnienia” żydowskich roszczeń, ale mimo to był to ogromny sukces strony żydowskiej, bo państwa-sygnatariusze przyjęły w ten sposób – przynajmniej do aprobującej wiadomości – charakterystyczny dla cywilizacji żydowskiej, trybalistyczny sposób podejścia do stosunków własnościowych, zgodnie z którym do mienia pozostawionego gdziekolwiek przez jakiegoś Żyda, mają bliżej nieokreślone uprawnienia wszyscy inni Żydzi.
Warto dodać, że w cywilizacji łacińskiej to trybalistyczne podejście do własności zostało przezwyciężone jeszcze w głębokiej starożytności, kiedy to dokonano wynalazku w postaci rozdzielenia prawa publicznego i prywatnego. Zgodnie tedy z zasadami prawa rzymskiego, własność bezdziedziczna, a więc taka, do której nie wysuwają pretensji żadni spadkobiercy ustawowi, ani testamentowi, przypada państwu, którego zmarły spadkodawca był obywatelem. Ta zasada została przyjęta we wszystkich państwach cywilizowanych, również w Stanach Zjednoczonych i Polsce.


Bantustany traktowane inaczej
Ale politycy amerykańscy, od dziesięcioleci skutecznie tresowani przez AIPAC (The American Israel Public Affairs Committee), czyli związku proizraelskich organizacji lobbystycznych, przeszli do porządku nad tą zasadą – oczywiście nie w stosunku do Stanów Zjednoczonych, w których nadal obowiązuje zasada wywodząca się z prawa rzymskiego – tylko w stosunku do bantustanów, które lekkomyślnie zaufały zapewnieniom amerykańskich gangsterów i postanowiły zostać ich „sojusznikami”.
Piszę, bom smutny i sam pełen winy, jako że w latach 90-tych uczestniczyłem w różnych imprezach Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego, chociaż działały w nim takie osobistości, jak Janusz Onyszkiewicz, co powinno wzbudzić moją czujność. W rezultacie w 1999 roku Polska stała się uczestnikiem Sojuszu Północno-Atlantyckiego, w ramach którego udostępnia Stanom Zjednoczonym swoje terytorium dla potrzeb różnych amerykańsko-rosyjskich globalnych gierek, ryzykując w razie czego zniszczenie tego terytorium ze wszystkim, co na nim jest.
Skoro tak, to Żydzi musieli uznać, że w tym momencie klamka zapadła, że Polska związała się ze Stanami Zjednoczonymi na dobre i na złe, to znaczy – raczej na złe i od roku 2000 rozpoczęły się intensywne przygotowanie propagandowe do wyszlamowania Polski z mienia.
A skoro do takiego wniosku doszli Żydzi, to prędzej, czy później identyczny punkt widzenia musiał zapanować również w amerykańskich kołach politycznych, które myślą zgodnie z tym, co przeczytają w żydowskich mediach dla Amerykanów, co zobaczą w żydowskiej telewizji dla Amerykanów i w filmach, które Żydzi w Hollywood produkują gwoli sprawniejszego oduraczenia świata nieżydowskiego, którego przedstawiciele – zgodnie z Talmudem – przypominają rodzaj ludzki tylko zewnętrznym podobieństwem.

Jak się zostaje politykiem w Ameryce
Środowisko żydowskie, stanowiące nikły odsetek obywateli amerykańskich, uzyskało w USA dominującą pozycję przede wszystkim dzięki zdominowaniu w tym kraju sektora finansowego, z Systemem Rezerwy Federalnej na czele oraz czynników opiniotwórczych. Dzięki temu kształtuje politykę amerykańską zgodnie z interesem Izraela, który stanowi rodzaj krosty na ciele świata, wywołującej permanentny stan zapalny. Rozpoczyna się to od odwiedzin przez przedstawicieli AIPAC tego i owego amerykańskiego ambicjonera. – Niech pan sobie będzie, kim tam pan chcesz – zaczyna rozmowę gość – republikaninem, czy demokratą, to nas – jak powiadają Rosjanie – nie jebiot – ale jak już się pan dostaniesz do Kongresu, a będzie tam się decydowała jakaś sprawa, będąca przedmiotem zainteresowania Izraela, to sam pan rozumisz...
Więc jak ambicjoner „rozumi”, to zaczynają spływać do niego pieniądze – ale nie jakieś wielkie sumy, niech Bóg zabroni – tylko niewielkie wpłaty; 50, do 100 dolarów – ale od licznych donatorów. Dzięki temu ambicjoner może sfinansować sobie rozmaite kampanie, co przychodzi mu tym łatwiej, że zdominowane przez Żydów tamtejsze media zaczynają go wychwalać, jaki on mądry, jaki uczciwy i tak dalej, więc wygrywa w cuglach jeden wybory za drugimi i w końcu zostaje kongresmanem.
A jak już nim zostanie, to wie, że dopóki będzie się słuchał, to będzie grzał dupą (pocziemu on zasiedajet – pytał retorycznie Aleksander Puszkin – i zaraz odpowiadał: potomu, czto żopa jest! – co się wykłada: a dlaczego on zasiada? Dlatego, że dupę ma!) fotel w Kongresie aż do śmierci, albo demencji. A jeśli by się z posłuszeństwa wyłamał, to zaraz jakieś dziecko by sobie przypomniało, jak to przed 40 laty włożył mu rękę pod spódniczkę i „coś mu robił” (Józefina Baker w piosence „La vie en rose” śpiewa między innymi: il me dit des mots d’amour, des mots de tous les jours et ca me fait quelgue chose – co się wykłada, że on mówi mi słowa miłości, słowa codzienne, i to „coś mi robi” – a przecież „coś robić” zwłaszcza pod spódniczką można i bez „słów miłości”, nieprawdaż?) i zanim by się okazało, że to wszystko nieprawda, albo przynajmniej – że to nie on wtedy pod tą spódniczką dokazywał, to diabli wzięliby nie tylko całą karierę, ale i majątek, który przez lata politykowania by sobie uzbierał. Skoro taka jest alternatywa, to nic dziwnego, że większość amerykańskich polityków skacze przed Żydami z gałęzi na gałąź, a ogon wywija psem.

Co być może, co być musi
Zatem klamka zapadła, bo skoro sekretarz stanu musi składać kongresowi sprawozdania co do zakresu i tempa realizacji żydowskich roszczeń między innymi przez Polskę, to już Kongres znajdzie jakieś sposoby, żeby zmusić Umiłowanych Przywódców tutejszego bantustanu do uległości tym bardziej, że przecież żydowska piąta kolumna w Polsce w rodzaju Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin”, redakcji „Gazety Wyborczej”, czy wreszcie – Stowarzyszenia Otwarta Rzeczpospolita – doradzi, co zrobić i wskaże słabe punkty, na które warto nacisnąć.
Wprawdzie działacze Polonii Amerykańskiej, która – jako jedyna w tej sprawie próbowała stanąć na wysokości zadania i bronić polskiego interesu państwowego i narodowego rozpoczęli zbiórkę funduszy na zaskarżenie ustawy nr 447 JUST do tamtejszego Sądu Najwyższego, ale ponieważ sądy amerykańskie są tak samo niezawisłe, jak polskie, to wiele sobie po tym nie obiecuję.
Toteż tylko patrzeć, jak już w następnym roku, a może jeszcze na 100-lecie odzyskania niepodległości, Żydzi przystąpią do realizowania „roszczeń”.
Ponieważ w liście nowojorskiej Światowej Organizacji Restytucji Mienia Żydowskiego – jednej z najważniejszych organizacji przemysłu holokaustu – do Ministerstwa Sprawiedliwości w Warszawie roszczenia te zostały oszacowane na bilion złotych, czyli ponad 300 miliardów dolarów, to jasne jest, że Polska nie jest i nie będzie w stanie wygenerować gotówki w wysokości odpowiadającej trzykrotnemu, rocznemu budżetowi państwa. Wynika z tego, że będę musiały być one realizowane na drodze uwłaszczenia Żydów nieruchomościami.
Do zaspokojenia roszczeń w tej skali mogą nie wystarczyć zasoby Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, nawet gdyby dołożyć do tego Lasy Państwowe, a zatem, kiedy już ta własność zostanie przez Żydów przejęta, to przyjdzie kolej na nieruchomości w miasteczkach i miastach.
Nie sądzę, by Żydzi rugowali z nich dotychczasowych posiadaczy, nawet jeśli ci mieliby tytuły własności wystawione przez urzędy naszego bantustanu. Nastąpi przejście tej własności, a dotychczasowi posiadacze, czy nawet do niedawna – właściciele, zostaną przez nowych właścicieli oczynszowani. W ten oto sposób Polacy znowu będą musieli płacić czynsz, tyle tylko – że Żydom – tak samo, jak za czasów I Rzeczypospolitej płacili właścicielom prywatnych miast i miasteczek.


Kiedy przemówią Oślice Balaama?
Na razie ani Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, ani prezydent Andrzej Duda, ani premier Mateusz Morawiecki, ani żaden przedstawiciel obozu zdrady i zaprzaństwa z nieprzejednanej opozycji, nie ośmielił się w sprawie ustawy nr 447 pisnąć nawet słówka.
Widać wypowiadanie się w tej sprawie mają surowo zakazane przez tych, co wystrugali ich z banana na Umiłowanych Przywódców.
Kiedy jednak proces oczynszowania się rozpocznie, to tego już ukryć się nie da i wtedy Oślica Balaama będzie musiała przemówić. Wygląda na to, że będzie musiał przemówić Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, chyba, że przed kamery i mikrofony wystawi jakąś swoją kolejną kreaturę – bo przedstawiciele obozu zdrady i zaprzaństwa będą wtedy zacierać ręce w nadziei, że całe odium spadnie na znienawidzony PiS. Ale nic z tego, bo przecież jeśli nawet PiS polegnie, to wtedy oni będą musieli się tłumaczyć. Ogromnie jestem ciekaw, jaką bajkę zaprezentuje prezes Kaczyński swoim wyznawcom, no i w jaki sposób będą się bronić reprezentanci obozu zdrady – bo Konferencja w Terezinie odbyła się w czerwcu 2009 roku, kiedy premierem był Donald Tusk, ministrem spraw zagranicznych – Książę-Małżonek czyli Radosław Sikorski, a prezydentem – kreowany na świątka narodowego Lech Kaczyński.

Polska przegrała II wojnę
I ostatnia sprawa; prezydent Donald Trump podpisał ustawę 447 9 maja, zaledwie w jeden dzień po kolejnej rocznicy zakończenia II wojny światowej. Te zbieżność dat ma charakter znaku, potwierdzającego ponad wszelką wątpliwość, że Polska II wojnę światową właśnie definitywnie przegrała – no bo jakże inaczej, skoro to właśnie ona będzie musiała zapłacić Żydom za niemieckie zbrodnie?
Warto dodać, że przyczynił się do tego Nasz Najważniejszy Sojusznik, podobnie zresztą, jak w roku 1943, kiedy to w Teheranie sprzedał nas Stalinowi tak, jak rzeźnikowi sprzedaje się krowę. Cóż innego mógłby uczynić nam wróg? Mógłby nas wymordować, ale teraz wrogowie nie mordują ludności podbitej, bo jaki pożytek można mieć z trupa? Najwyżej mydło, ale co to za interes?
Natomiast jak się z takiego sojusznika zrobi niewolnika, to mydło i tak w swoim czasie można będzie zrobić, ale zanim do tego dojdzie, to z takiego niewolnika można wycisnąć niezły szmalec. Toteż Żydzi wyciskają jak tam potrafią, a trzeba przyznać, że mają w tym względzie doświadczenie.
Oczywiście wedle stawu grobla, bo w stosunku do takiej Białorusi Żydzi żadnych roszczeń majątkowych nie wysuwają, chociaż na terenie zajmowanym obecnie przez to państwo mieszkało przed II wojną światową co najmniej tyle samo Żydów, ilu w Polsce w jej obecnych granicach. Najwyraźniej Aleksander Łukaszenka, chociaż w naszym bantustanie nie cieszy się dobrą opinią, potrafił lepiej zadbać o interesy własnego kraju, niż nasi utytułowani Zasrancen.

Stanisław Michalkiewicz

Jako uzupełnienie:


Źródło artykułu: http://michalkiewicz.pl/
Źródło zdjęć: internet
Korekta:Medart 

sobota, 21 kwietnia 2018

Antarktyda- to co w cieniu, w cieniu będzie...


Dziwne wieści z Antarktydy pojawiają się z równie zadziwiająca regularnością i to od czasu kiedy Niemcy założyli tu niesławny Neue Schwabenland (dzisiejsza Ziemia Królowej Maud), który osobiście wizytował Rudolf Hess i Herman Goering. Zaraz po wojnie wody Antarktydy stały się niemym świadkiem tajemniczej wyprawy amerykańskiego admirała Byrda. Byrd wraz z całą flotyllą okrętów wojennych, wliczając w to pomocniczy lotniskowiec, wyruszył w 1947 r. w ośmiomiesięczny rejs do Antarktyki i zakończył go nagle już po ośmiu tygodniach! Do dziś przyczyny nie są jasne. W trakcie wyprawy doszło do walk w których zatonął amerykański okręt, a kilka innych zostało uszkodzonych. Amerykańska ekspedycja poniosła także ofiary w ludziach. Problem w tym, że nigdy nie wyjawiono z kim walczyła flotylla Byrda, bo po powrocie wszystko co było związane z wyprawą – utajniono. Wracając do USA admirał Byrd zawinął do Santiago w Chile, gdzie dał enigmatyczny wywiad do miejscowego “El Mercurio”, w którym powiedział, że Stany Zjednoczone muszą przygotować się do walki z przeciwnikiem (znów nie wiadomo jakim), posiadającym maszyny pozwalające przemieszczać się z ogromną prędkością od bieguna do bieguna. Od tego momentu admirał Byrd zamilkł na zawsze. Po powrocie przeszedł w stan spoczynku i objęto go ścisłą opieką” psychologiczną”. Richard Byrd był doświadczonym polarnikiem, ekspertem w kwestii Antarktydy, nad której biegunem południowym osobiście przeleciał samolotem. Tuż przed II WŚ Niemcy proponowali mu udział w swojej ekspedycji, ale admirał odmówił.

Za czasów prezydenta Clintona na Antarktydzie znaleziono meteoryt, który pochodził z Marsa. Po dokładnym zbadaniu stwierdzono, że w jego wnętrzu znajdują się skamieliny biologicznego życia! Informacje tę potwierdził sam prezydent i było to wydarzenie bez precedensu, bo łamało monopol Ziemi na życie we Wszechświecie. Nie dziwi więc że sprawie szybko urwano głowę, a naukowców którzy badali meteoryt, po prostu zwolniono z NASA. Sam Clinton osobiście wybrał się do Nowej Zelandii, do miejscowości Christ Church, gdzie zapoznał się z efektami operacji Deep Freeze – również w większości tajnej.
Koniec 2016 r. zaznaczył się m. in. całą serią zagadkowych wydarzeń, do jakich doszło na Antarktydzie. Patriarcha Moskwy – Kirył – pofatygował się aby polecieć na Antarktydę tylko po to, aby poświęcić tam prawosławną kaplicę. Taka przynajmniej jest oficjalna wersja. Była to jednak wizyta dziwna, bo na bardzo wysokim poziomie hierarchii prawosławnej, zwłaszcza, że do poświęcenia takiej kaplicy wystarczył pierwszy z brzegu biskup. Wizytę tę łączy się z interesującym znaleziskiem na jakie miano natrafić w…Mekkce. Plotka głosi, że podczas remontu Wielkiego Meczetu w świętym mieście muzułmanów, natrafiono na coś z bardzo odległej przeszłości. Miała to być Arka Gabriela – być może w jakiś sposób podobna do Arki Przymierza. Rzekomo znaleziony artefakt miał okazać się bardzo niebezpieczny i Arabowie zwrócili się do Rosjan o pomoc i przekazali im znalezisko. Podobno Arka miała zostać przewieziona na Antarktydę, bo w każdym innym miejscy była zbyt niebezpieczna dla ludzi a nawet ludzkości (!) i patriarcha Kirył miał przeprowadzić szereg starożytnych rytuałów, aby zabezpieczyć artefakt. Trudno jednak sobie wyobrazić, aby fanatyczni Saudowie zdecydowaliby się oddać cokolwiek w ręce chrześcijan – dlatego historia ta ma zbyt wiele dziur, aby traktować ją poważnie. Z drugiej jednak strony potwierdzono fakt, że coś stało się w rosyjskiej stacji polarnej u brzegów zamarzniętego jeziora Vostok. Rosyjscy polarnicy zapadli nagle na tajemniczą chorobę i zostali w trybie natychmiastowym ewakuowani z Antarktydy. Czy mogło mieć to związek z Arką Gabriela? Dodatkowo Rosjanie wysłali w kierunku Antarktydy część swojej bałtyckiej floty.


W poprzednim artykule na ten temat pisałem także o Johnie Kerry, amerykańskim Sekretarzu Stanu, który nieoczekiwanie odwiedził Antarktydę rzekomo ze względu na jego osobiste zainteresowanie zmianami klimatycznymi na Ziemi (!). To dziwne. Człowiek z jego pozycją i władzą jest w stanie w kilka minut dostać na biurko najnowsze dane na temat tego co się dzieje z ziemskim klimatem. Chyba że… szef amerykańskiej dyplomacji pojechał tam w celach ściśle związanych z charakterem jego obowiązków służbowych, czyli dyplomatycznych. Tyle, że nie bardzo wiadomo z kim miałby tam prowadzić takie rozmowy – co budzi kontrowersyjne spekulacje.
Jakby tego było mało, 89-letni Buzz Aldrin, drugi człowiek, który postawił stopę na Księżycu ogłosił na swoim Twitterze, że udaje się właśnie na Antarktydę i jedzie na "wyrzutnię". Nie wiadomo co miał na myśli. Czy owa "wyrzutnia" to tylko żargon astronautów oznaczający lotnisko? Czy też może miał na myśli jakąś inną "wyrzutnię" na Antarktydzie? Aldrin dotarł na Antarktydę, lecz nie zabawił tam długo i ze względu na swój stan, musiał być natychmiast ewakuowany. Raptowne pogorszenie się stanu jego zdrowia nastąpiło na Biegunie Południowym, skąd samolot zabrał go do amerykańskiej bazy antarktycznej McMurdo, gdzie udzielono mu pierwszej pomocy i odesłano do Nowej Zelandii. Trzeba tu dodać, że Aldrin podróżował po Antarktydzie prywatnie. Jego wpisy na Twitterze także szybko zniknęły. Podobno w jednym z nich Aldrin miał napisać, że to, co zobaczył jest "czystym złem" (!). Wśród ważnych osobistości odwiedzających Antarktydę, był także brytyjski książę Harry (w 2013 r.) a także król Hiszpanii Juan Carlos.


Te nieoczekiwane i nietypowe pod każdym względem wizytacje siódmego kontynentu sugerują, że musi być tam coś niezwykłego, że wzbudza aż takie zainteresowanie możnych tego świata. Czyżby znaleziono tam coś, co ma siłę poważnie zamieszać w naszej historii i przedstawić ją z zupełnie innej perspektywy? Jakiś czas temu rozważano możliwość istnienia na Antarktydzie struktur przypominających piramidy. Nie można wykluczyć że tak właśnie jest, ale znów: dowody na ich istnienie są zbyt cienkie, aby móc choćby spróbować założyć, że istnieją one na Antarktydzie naprawdę. [...] Ale na tym nie koniec. Jedna z ostatnich rewelacji z Antarktydy to – znów – rzekome odkrycie struktury, którą w jęz. angielskim nazywa się “motte & bailey” i oznacza to zameczek z niewielkim podgrodziem. W tym przypadku już w ogóle nie wiadomo co o tym myśleć. Spreparowanie takiego zdjęcia na photoshopie jest dziecinnie łatwe, nawet dla mnie. Z drugiej strony może to być autentyczna struktura, tyle że niekoniecznie z zamierzchłych czasów. Na Antarktydzie pracuje się nad wieloma tajnymi projektami i być może to, co wystaje z lodu jest jednym z nich. Struktura ma ok. 120-130 m średnicy i wszystko wskazuje, że została ona stworzona przez człowieka. Naukowcy jak zwykle znaleźli wytłumaczenie, mówiąc, że jest to tzw. sastrugi, efekt lat działania silnych wiatrów i padającego śniegu. Krótko po tym pojawiło się kolejne zdjęcie z Google Earth przedstawiające tajemnicze schody i z braku jakiejkolwiek innej ewidencji, można na ten temat tylko spekulować. Może to być dosłownie wszystko: od legendarnej antarktycznej bazy nazistów po cyfrowy śmieć, który powstał przy nakładaniu na siebie zdjęć satelitarnych, kiedy tworzono tą mapę. Kilka lat temu na Google Mars znaleziono coś podobnego i okazało się to być takim właśnie cyfrowym zanieczyszczeniem.
Antarktyda wciąż kryje w sobie wiele tajemnic i to pobudza wyobraźnię tak samo jak złote miasta ukryte w amazońskiej dżungli. Nawet chłód tego kontynentu nie jest w stanie uspokoić domysłów i teorii jakie towarzyszą wszelkim anomaliom jakie znajdowane są na siódmym kontynencie. Kilka lat temu, na Ziemi Wilkesa odkryto emisję pola elektromagnetycznego, które radykalnie różni się od otoczenia. Po zbadaniu tego miejsca za pomocą satelity okazało się, że obejmuje ono teren o średnicy ok. 250 km (!) i osiąga głębokość 848 m. Dało to początek teoriom o bazach UFO ukrytych pod lodem, gdy tymczasem okazuje się że jest to ogromny krater, który został wyżłobiony przez meteoryt dwa razy większy od Chicxulub, który rzekomo skończył na ziemi panowanie dinozaurów. Nie oznacza to jednak wcale, że skoro jest to naturalny krater, to nie może on mieścić w sobie jakiejś bazy. Spekulacjom jak zawsze w takiej sytuacji nie ma końca.


Ostatnia informacja z Antarktydy – jak się można spodziewać – znów wprawia w zdumienie. Podczas tworzenia mapy (za pomocą echosondy) dna morskiego u wybrzeży kontynentu, zauważono dziwaczne ślady i znaki, których pochodzenia nikt nie jest w stanie w 100% wyjaśnić. Mapę dna morskiego zaprezentowano podczas spotkania europejskich geo-naukowców w Wiedniu i pokazuje ona obszar większy niż Wielka Brytania. W prasie pokazano jednak tylko zdjęcia dna morskiego z… Morza Barentsa, które jest w Arktyce(!), pisząc, że podobne znaleziono w Antarktyce. Szramy w dnie morskim są bardzo głębokie i sięgają 10 m. Tłumaczy się je działalnością lodowca, który dryfował, żłobiąc ślady w dnie morskim. Niektóre z nich przypominają regularne figury geometryczne, co zawsze wzbudza spekulacje. Szczególnie jeden z nich, które przypomina regularne ogniwo, podobne do tych, jakie można znaleźć w Południowej Afryce na lądzie i które skonstruowane są z kamienia.


Chris Miekina

*** 

Ktoś zwracał już uwagę na fakt, nieustającego i wzmożonego zainteresowania Antarktydą ze strony "możnych tego świata". Ten ktoś, podawał jakiś czas temu inne ciekawe fakty łączące się ze sprawą tego kontynentu, a dotyczące prawdopodobnie rzeczywistych przyczyn wybuchu konfliktu między Argentyną a Wielką Brytanią o Malwiny. Dziś już wiemy, że ta osoba za rozpowszechnianie pewnych niewygodnych treści, trafiła za kratki. Stary skuteczny trik, stosowany od x lat. Niektórym robi się wypadek lub samobójstwo, zaś innym buduje wizerunek i zamieszcza taką opinię, po którym droga wiedzie wprost do pierdla, wariatkowa, w najłagodniejszym zaś przypadku- daleko poza nawias społeczeństwa. Przykład Hartmuta Müllera jest chyba najbardziej wymowny. Sprawy istotne giną pod grubą warstwą bezwartościowego błota. Rzuca się nam ochłapy i sprzedaje informacyjny szmelc, po którym wciąż patrzymy na rzeczywistość przez okulary spawacza. Nie jest dobrze. Prawdziwa wiedza pozostaje occult, zaś to co nazywa się nią na co dzień, zbiorem bzdur, socjotechnicznych sztuczek i powtarzaną do znudzenia mantrą kpiny z człowieczeństwa i praw Natury.


Nie można tu mówić nawet o walce, gdyż w założeniu formalnym zakłada ona przynajmniej chwilową równowagę sił. Tymczasem nic takiego nie występuje. Skazani jesteśmy na dryfowanie od przypadku do przypadku i wyciąganie wniosków z coraz bardziej opłakanych skutków "rozwoju". Nacisk się zwiększa. Presja postępuje. Żyjemy w sztucznym humanarium, w którym od tysięcy lat buduje się wystrój, odpowiadający aktualnym założeniom hodowlanym. I żyjemy zbyt krótko, by móc szybko i skutecznie powiązać w węzeł prawdy wiele luźnych i całkowicie pomijanych nitek ciekawych informacji.

      

 


Źródło artykułu: http://nowaatlantyda.com/
Źródło zdjęć: internet
Korekta: Medart 


piątek, 30 marca 2018

Podmuch


Na razie było ich niewiele. Krótkich, oszczędnych i nieśmiałych manifestacji, które pomogłyby nam uwierzyć, że już jest z nami. Że przyszła na dobre. Jeszcze jakby sama zwlekała i odsuwała w czasie swój manifest. Jakby nie wierzyła w swoją moc. I faktycznie.
Co prawda dzień dłuższy i jakoś znowu głębiej zaczyna się oddychać, ale chłód nie odpuszcza. Nie pauzuje. Chce nam udowodnić, że łatwo nie da za wygraną. Pełnia dnia już coraz częściej pod jej rozkazami, ale poranki i zmierzch bezlitośnie ścina szron. I tak trwa walka, której jeszcze czas jakiś będziemy świadkami.

A potem nastąpi przełom. I po raz kolejny rozpocznie się jedna z najwspanialszych lekcji, w jakich możemy tutaj uczestniczyć. Lekcja pokory, stałości i pochwały istnienia. Oraz siły wynikłej z prostoty. Ile z tego zapamiętamy. Ile przyswoimy. Czy to będzie szybkie przeklatkowanie przed naszymi oczami, czy może jednak zostaniemy z tym na dłużej. Jak podziała na nas kolejny, perfekcyjny w każdym wymiarze pochód wzrostu, rozkwitu i afirmacji życia? Spłynie gdzieś w podświadomość i zajmie miejsce innych, przechowywanych tam skojarzeń, czy może ukłuje niespodziewanie na wysokości serca i pozwoli spojrzeniom spocząć gdzieś dalej, tym razem nie na fragmentach, a strukturze pełnej i pięknej? Takiej, która w swoim początku ma już zawarty koniec. Która znamionuje kompletność.

Życzę Wam odnalezienia spokoju i poczucia tej kompletności. I niech atmosfera tych najbliższych dni, przyczyni się do tego w jak największym stopniu. Radosnego świętowania...
                                                                                                                                         Medart


Zdjęcie: internet