niedziela, 21 stycznia 2018

O tym się nie mówi...


Część 1-Brom i jod- cicha podmiana

Czas na inaugurację nowej serii. Znajdzie się w niej problematyka zupełnie pomijana i ignorowana w mediach publicznych. Będzie służyć zwróceniu uwagi na kwestie, które tylko z pozoru wydają się oczywiste i nie podlegające dyskusji. Spróbujemy rzucić też nieco inne światło na to, co "autorytety" uznały za prawdę objawioną i jedynie słuszną.

Brom, to znany środek antybakteryjny, podobnie jak chlor, służący min. do zwalczania szkodników w rolnictwie. To silny pestycyd, który zabija owady poprzez kontakt z nim. Kiedy zaś wprowadzany jest do gleby, wtedy okazuje się, że wokół wszystko umiera w zastraszającym tempie. Według słownika Webstera, brom jest pierwiastkiem chemicznym, który w naturalnych warunkach przypomina brunatnoczerwoną ciecz, która ulatnia się, tworząc drażniące opary o przykrym zapachu.
W latach 20. XXw., brom był składnikiem popularnego leku na kaca, o nazwie Bromo-Seltzer. Działał skutecznie, zatem znaleźć go było można w każdej apteczce. Musiało minąć dopiero pół wieku, ażeby o specyfiku tym powiedziano prawdę, choć i tak Big Pharma zrobiła wszystko, by sprawę wyciszyć. Jednak już wtedy wtajemniczeni wiedzieli, że nadużywanie tego leku na kaca, prowadziło do tzw. "bromomanii". W tym kontekście warto zajrzeć do archiwalnych magazynów New England Journal of Medicine, gdzie można dowiedzieć się, iż między rokiem 1920 a 1960, do szpitali psychiatrycznych trafiła niepokojąco duża liczba ludzi z ostrymi objawami paranoicznych psychoz, którzy byli ofiarami spożywania bromu w postaci Bromo-Seltzera, lub bromowego toniku Miles Nervine. 
Brom, bromek, bromian, bromowany olej roślinny (BVO)- te określenia pojawiające się w przypadku poszczególnych produktów, powinny zapalić nam w głowie czerwoną lampkę i włączyć możliwie najgłośniejszy alarm. Brom z czasem usunięto chociażby z wielu toników, ale nie ze względu na dbałość rządu o obywateli. Wręcz przeciwnie. Trzeba było wielu działań, by dowiedzieć się, że np. rząd USA szprycował bromkiem pirydostygminy personel wojskowy podczas wojny w Zatoce Perskiej. Był podawany nieświadomym niczego żołnierzom, na wypadek użycia przez wroga bojowych środków chemicznych. Do wojny chemicznej jednak nie doszło, ale wystąpił za to "syndrom wojny w Zatoce Perskiej". Oczywiście nie należy się wcale dziwić, że całą tę sprawę wyciszono i niebawem "ukręcono jej łeb". Dzięki temu, nie można nawet znaleźć oficjalnych statystyk, mówiących ilu żołnierzy odesłano do domu jako nieuleczalnie chorych, lub psychotryków. Ten zabójczy "efekt uboczny" bromu, był wtedy znany rządom i naukowcom równie dobrze, jak teraz. Mimo tego brom nadal stosowany jest tak powszechnie, że unikanie go można uznać za niemożliwe. Występuje on nawet w niektórych inhalatorach dla dzieci z astmą! Skutkuje to narażeniem małego pacjenta na objawy typu: majaczenie, omamy, zaburzenia psychomotoryczne, a przy dłuższej terapii może objawić się nawet schizofrenią. Jeśli ktoś wystawiony zostaje na działanie bromu zawartego w żywności, lub w leku stosowanym od dłuższego czasu, prawdopodobnie będzie cierpiał na depresję, "przyćmienie umysłu" oraz chroniczną dekoncentrację.

Dobrodziejstwa napojów bezalkoholowych?
Najwcześniej chyba zwrócił na to uwagę dr Jorge Flechas. Na skutki wynikłe ze spożywania różnej maści napojów, których to masowo nadużywają szczególnie młodzi ludzie. Nie chodzi tu jednak o ogromną ilość cukru, aspartamu, czy innych niekorzystnych substancji jakie zawierają, bo to nic nowego. Chodzi o brom. Dr Flechas odkrył, że kiedy do oleju znajdującego się w misce doda się bromu, zmieni on ciekły olej w...ciało stałe. Stanie się on tak sztywny, że wsunięta weń łyżka lub widelec, nie zmieni położenia. Dzieje się tak również wtedy, kiedy mieszanina bromu i oleju znajdzie się w naszym organizmie, co prowadzi nas okrężną drogą do wyjaśnienia przyczyn współczesnej epidemii otyłości. Jak powiedział dr Flechas: "Dłuższe spożywanie napojów gazowanych, które są faszerowane bromowanym olejem roślinnym, prowadzi do zestalenia tkanki tłuszczowej. Nazywa się to chorobliwą otyłością". Osoby z tymi objawami, nawet ograniczając dietę i ćwicząc, mają ogromne problemy z pozbyciem się nadmiaru tłuszczu. Niektórzy są tak zdesperowani, że decydują się na skomplikowane operacje, w nadziei na odcięcie lub odessanie chorobliwego tłuszczu. Według dr Flechasa, brom w napojach aplikowany jest ze względu na to, iż pomaga on zdyspergować dodawany do nich kwas cytrynowy, nadający smak owoców cytrusowych.
Co gorsze, BVO wywołuje psychozy i żeby złagodzić ewentualne depresje, dodają do tych napojów duże ilości kofeiny. Inaczej mówiąc, zwalają cię z nóg i jednocześnie próbują na nie podnieść- a wszystko to w jednym napoju! Dr Flechas mówił: "Tworzymy rozbiegane, rozdrażnione i zalęknione dzieci, które mają problemy z prawidłowym wzrostem masy i nawet nie wiedzą dlaczego" Jego pacjentami byli właśnie tacy nastolatkowie. Zastanówmy się więc nieco. Od roku 1980 (dotyczy Stanów Zjednoczonych) ,brom jest stałym elementem diety, choć w kolejce stoją także inni winowajcy. Nie dość że poziom duszących zanieczyszczeń wzrasta z roku na rok, to jeszcze do naszych ust trafia fluorek sodu, związki rtęci oraz wszelkiego rodzaju sztuczne słodziki. Jesteśmy narażeni na działanie pestycydów, dodatków do żywności, smogu elektromagnetycznego, szczepień, cukru, alkoholu, alergenów w odzieży i wielu toksycznych substancji zawartych w lekach (vide-aluminium).
Jednak zupełnym ciosem poniżej pasa, jaki zaserwowali nam wytwórcy, było zniszczenie pieczywa i mleka.


Chleb z bromem
To co zaistniało w tym temacie, sprowadzić można tylko do kilku słów: żegnaj jodzie, witaj bromie.
Wcześniej, w dobrych czasach, gdy jod wykorzystywany był jako odżywka do ciasta, było go mnóstwo w chlebie i innych wyrobach piekarniczych. Ta ilość jodu zupełnie wystarczała do ochrony tarczycy przed różnymi chorobami. Jak się okazało, jod był obecny także w mleku, ponieważ używano go w mleczarniach do dezynfekcji dójek krów. Był tani i idealnie antyseptyczny. Później sytuacja uległa zmianie. Przyszły odgórne dyrektywy, ażeby jod zastąpić innymi substancjami chemicznymi. Sprzeciwiających się wytwórców szantażowano, że jeśli nie podpiszą stosownych umów i nie zgodzą się na stosowanie zalecanego preparatu, zostaną pozbawieni koncesji na prowadzoną działalność. Wkrótce okazało się, że tym preparatem jest...brom.

Toksyczne zamienniki
Jod w naszym organizmie jest niezbędny, ponieważ pomaga skutecznie wyeliminować z niego toksyczne metale i związki, szczególnie właśnie brom. Kiedy jednak po cichu zastąpiono jod bromem, sytuacja stała się poważna. Niemalże z dnia na dzień, ogromna rzesza ludzi znalazła się pod jego niszczycielskim wpływem. Była to szkoda znacznie poważniejsza, niż ta, wyrządzona przez preparat Bromo-Seltzer, który miał wpływ jedynie na ułamek społeczeństwa. Dodawany do napojów bromowany olej roślinny uderzał też tylko w tych, którzy je spożywali. Natomiast zanieczyszczenie chleba, zdaje się porażać już rdzeń społeczeństwa. Wybitny badacz jodu, dr James Howenstine powiedział: "Ta zamiana jodu z bromem, spowodowała prawie powszechny niedobór jodu wśród społeczeństwa amerykańskiego. Terapia jodem pomagała organizmowi eliminować fluor, brom, ołów, kadm arsen, rtęć czy aluminium". I zaraz zadawał pytanie: "Czy tę zamianę przeprowadzono celowo, ażeby zwiększyć liczbę chorych i tym samym podwoić sprzedaż odpowiednich farmaceutyków?" Jeszcze bardziej dają do myślenia słowa dr Guya E. Abrahama, który twierdzi, że usunięcie jodu spowodowało "więcej nędzy i zgonów, niż podczas ostatniej wojny światowej".
Raczej trudno z tym polemizować. Według dokumentacji Centrum Zdrowia Hipokratesa z Queensland (Australia), z wielu pozornie nieuleczalnych chorób można było z powodzeniem wyleczyć tysiące pacjentów, jeśli tylko zadbało się o odpowiednią suplementację ich diety- jodem. Tymczasem w opozycji do słów takich szanowanych specjalistów jak dr Abraham, wciąż promuje się i wdraża politykę fobii przed jodem, z entuzjazmem przyjmowaną przez twardogłowy establishment medyczny. Większość lekarzy z uporem maniaka będzie twierdzić, że cały konieczny naszemu organizmowi jod, możemy pozyskać z ryb. Tyle że by tak w istocie było, potrzeba by spożyć ich ok. 9kg dziennie, wraz z całą rtęcią, którą one zawierają. Jeśli też lekarz uważa że wystarczy jodowana sól, zaś jod jest już zbędny, to trzeba zalecić mu zapoznanie się z wieloma doniesieniami i badaniami na ten temat, które pokazują coś zupełnie innego. Coś, co sprowadza się do tezy: jod jest uniwersalnym lekarstwem, które pozwala nam wszystkim być własnym lekarzem.

Panaceum?
Warto przyjrzeć się, czym jest roztwór Lugola (zwany "płynem Lugola"). Zawiera on 5,0 procent jodu i 10,0 procent jodku potasu rozpuszczonych w wodzie. Dwie krople zawierają 5,0mg jodu i 7,5mg jodku potasu. Płyn ten był używany z ogromnym sukcesem przez dwa wieki, poza tym jest tani. Jednak jak się okazuje, jest on bardzo niebezpieczny dla ortodoksyjnych lekarzy i Big Pharmy. A ci chcą, abyśmy wszyscy, do końca życia byli uzależnieni od leków. Wiedzą dobrze, że kosztowne wyjazdy do lekarzy i laboratoriów oraz ich dożywotnie uzależnienie od farmaceutyków, może być wyeliminowane przez zastosowanie poszczególnych specyfików i to znikomym kosztem. A to stwarza realne zagrożenie dla ich finansowego imperium. W Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Australii, płyn Lugola był kiedyś ogólnie dostępny. Dziś jest wręcz niemożliwy do zdobycia, nawet w najlepiej zaopatrzonych aptekach. Co więcej, farmaceuci z uporem maniaka będą przekonywać szukającego, że jest on toksyczny i niebezpieczny w użyciu. W Europie sytuacja wygląda dużo lepiej, choć i tu macki Big Pharmy są coraz bardziej widoczne. Oczywiście nie istnieje lek panaceum, który od razu zniweluje skutki trwającego pół życia spożywania śmieciowej żywności, palenia papierosów, picia alkoholu czy życia w ciągłym stresie. Ale nasze organizmy są i tak bardzo wyrozumiałe i przy naszym wsparciu, podejmą szybkie kroki w stronę samoregeneracji. I tu płyn Lugola w połączeniu z odpowiednią dietą, może zdziałać niemalże cuda.


Dawkowanie
W przedmowie do książki dr Davida Brownsteina: Iodine:Why You Need It, and Why You Can't Live Without It, dr Abraham pisze: "Interesującą kwestią jest, że zalecana przez dawniejszych lekarzy dawka dzienna jodu niezbędna do uzupełnienia jego ilości w organizmie, a wynosząca od 12,5 do 37,5mg przyjmowana w postaci roztworu Lugola, dokładnie odpowiada potrzebnej organizmowi człowieka ilości jodu, którą ustalono na podstawie opracowanego niedawno testu".
Chodzi tu o równowartość wypijanych dziennie do 2 do 6 kropli roztworu Lugola, rozpuszczonego w szklance wody. Każdy organizm jest inny i nasze zapotrzebowanie na jod potrafi się różnić, dlatego konieczne jest prowadzenie własnych testów, natomiast dwie krople płynu Lugola w szklance wody dziennie to bezpieczna, bardzo ostrożna dawka. W celu zmniejszenia wieloletnich skutków niedoboru tego pierwiastka, czasami na początku trzeba przyjąć go więcej. Dr Brownstein w swojej książce napisał: "Jod jest najbezpieczniejszym ze wszystkich pierwiastków śladowych, jest jedynym, który może być podawany bezpiecznie przez długi czas dużej liczbie chorych, w dziennych dawkach przekraczających nawet 100 000 razy RDA" (zalecana dawka dzienna). Oczywiście pamiętać zaś należy o jednym. Jeśli ktoś wie, że jest uczulony na jod, niestety, w żadnym razie nie powinien sięgać po płyn Lugola.

Skutki
Najbardziej znamienne poprawy, dotyczyły osób cierpiących na wyniszczające depresje. Wszyscy oni zrezygnowali z pomocy psychiatrów, odstawiając psychotropy i Prozac (za co niejednokrotnie mieszano ich z błotem). Pewna kobieta twierdziła, że przez 12 lat była ubezwłasnowolniona przez lekarzy. Pomocy szukała wszędzie, wykonała wszelkie znane medycynie testy krwi, oprócz tego, który dotyczył poziomu jodu. Wydała na badania masę pieniędzy i straciła 12 lat życia. Dopiero po kilku dniach przyjmowania raz dziennie, trzech kropli płynu Lugola rozpuszczonego w wodzie, zgłosiła się do swojego lekarza, który nie potrafił wyjaśnić jej gwałtownej poprawy samopoczucia i powrotu "chęci na życie". Suplementacja jodem powoduje nie tylko wyraźnie "podniesienie na duchu", ale też skutecznie leczy długoletnie migreny, stany zaparciowe, a w połączeniu z chlorkiem magnezu, niesamowicie wręcz oczyszcza organizm z bromu oraz metali ciężkich. Od czasu usunięcia jodu z ogólnie dostępnego pożywienia, liczba zachorowań na raka potroiła się, czego przerażającym przykładem jest chociażby nowotwór piersi. Wielu lekarzy uważa wręcz, że utrzymanie wysokiego poziomu jodu jest wręcz wymagane, przy wszelkich kłopotach związanych z piersiami. Jak się okazuje, płyn Lugola może też sprawić, że kłopoty związane z menstruacją staną się czystym wspomnieniem. Do tego dochodzą problemy raka szyjki macicy, którego również uniknąć można przez odpowiednią suplementację jodem. W czym jeszcze pomoże stosowanie płynu Lugola? Jak się okazuje w arytmii serca, problemami z tarczycą i nadnerczami, a zdarza się, że i niektórzy diabetycy po terapii jodowej, mogą zmniejszyć lub nawet przestać przyjmować insulinę, choć zaleca się tego nie robić bez porady kompetentnego lekarza.
Również smarowanie płynem Lugola torbieli, może spowodować ich szybkie kurczenie się. Kluczem w tej całej terapii jest myślenie o płynie Lugola nie jako o "środku zaradczym", ale jako środku odżywczym, który ma kluczowe znaczenie dla wielu aspektów naszego zdrowia. Okazuje się że cały organizm działa lepiej, kiedy jest "karmiony" jodem. Bez niego wręcz nie da się rozwinąć swojego całego potencjału. Zatem nie dziwmy się, że Big Pharma tak oczernia i demonizuje jod, chcąc zakazać go raz na zawsze. Lekarze przez ponad 150 lat stosowali płyn Lugola z wielkim powodzeniem, bez szkody dla pacjentów. Jeżeli są jeszcze w stanie wrócić do stosowania środków naturalnych, znów mogą stać się tymi, kim być powinni; specjalistami z czystym sumieniem i sercem, którzy czuwają nad bezpieczeństwem i zdrowiem swoich podopiecznych: pacjentów.


Na podstawie fragmentu książki Elaine Hollingsworth: "Take Control of Your Health and Escape the Sickness Industry"
Tłumaczenie: Foxtrot
Korekta: Medart
Źródło zdjęć: internet

Uwaga: powyższy tekst należy traktować tylko i wyłącznie w kategoriach informacyjnych. W żadnym wypadku nie stanowi on instrukcji, do prowadzenia jakiejkolwiek formy terapii!     
            

          

wtorek, 2 stycznia 2018

Nowe światło...


A może wcale nie nowe. Może wciąż to samo, niezmienne i bijące z taką samą mocą oraz intensywnością? Ale ochrzczeni machiną kulturowej bezwzględności, pychy i podporządkowani biologicznej systematyce, znów widzimy tylko skrawek większej całości. Jakkolwiek by jednak nie było, życzę Wam, ażeby ten rok okazał się fundamentem pod coś co sprawi, że szczerzej i głębiej odetchniecie. Że niczym nie zburzony spokój oraz przeświadczenie że "wszystko jest dobrze", będzie z Wami mocno i nienaruszalnie, podczas poznawania każdego ułamka rzeczywistości. Że obawa oraz utrwalone zdanie o swojej słabości, zostanie zastąpione siłą czystej wiary i intencji, biorącej swój początek w Was samych, a nie dekoracjach ustawionych gdzieś obok.
Bądźcie uważni, bo odpowiedzi drzemią w "największych z wielkich i najmniejszych z małych". Są tak blisko, że dla umysłu często stanowią element wykuty z czystej niedorzeczności. Ale wbrew wyuczonej logice, są rzeczy, które dużo prościej i skuteczniej otworzą zaryglowane drzwi i pousuwają przeszkody. Tyle że by je dostrzec, potrzeba trochę pokory oraz ciszy. Dajcie sobie szansę, by to odszukać...










Źródło zdjęć: Jakub Fišer http://www.kubajsz.com/  
http://www.moc2.pl/ 


środa, 20 grudnia 2017

Przedświątecznych słów kilka...


Już grudzień. A jeszcze nie tak dawno spacerując po Sudetach, żegnałem ostatnie podmuchy lata, chodząc po kolorowych dywanach i rozpraszając kobierce jesiennych mgieł, niczym jakiś spragniony odpowiednich rymów, poeta :) I choćbym chciał to nie mógłbym powiedzieć Wam co odnalazłem, bo to nieosiągalne i zbyt odległe od wszelkich możliwych słów. A po co tworzyć nadinterpretacyjne twory i konstrukcje, które mają się nijak do tego, wobec czego się pochylamy? Zresztą już dawno nauczyłem się pochylać nad tym w milczeniu. Tak jest prościej i szczerzej.

Zatem grudzień. Jak co roku, przestrzeń wokoło wybuchła tysiącem fajerwerków pełnych haseł, okazji, błyskotek, zapewnień, deklaracji oraz obietnic. Uzbrojeni w kolejne przeświadczenie budowania 'czegoś nowego', ruszyliśmy na świąteczne kramy, jarmarki, ulice, by wtopić się w tę spektakularną wrzawę na nowo odgrywanego rytuału. Niektórzy z dużym zasobem uwagi i ostrożności, ale większość- bez zbytniego trwonienia czasu na niepotrzebne rozpatrywania. Wydaje nam się, że podążamy szlakami przetartymi przez naszych ojców i dziadów, którzy odtwarzali te same sceny, a jednak zapomnieliśmy, że wokoło trochę się pozmieniało. To w rzeczy samej nic odkrywczego. Jedyna pewna rzecz jaka ma miejsce na tym świecie, to właśnie zmiana. Wszystko inne ma wymiar niekoniecznie rzeczywisty. Ale oto kopiując te ruchy przodków, wiążąc tradycję i oddając jej- wydawało by się- należytą cześć nie zauważyliśmy, jak sprytnie ubrano nas w pewien specyficzny uniform. I wciągnięto w grę, w której liczy się pewien status, pewna rozciągnięta choć niedookreślona linia, nad którą wszystko jest cool, a pod którą poor. Gdzie zaś wyrocznią są twierdzenia podejrzanych ludzi, mglistych autorytetów i person, niekoniecznie zainteresowanych pierwotnym zagadnieniem. Oczywiście nowe pokolenie realizuje to już z lubością, gdyż młodość ma to do siebie, że analizę pozostawia sobie na później. Często...zbyt późno. Proces zmian jest nieunikniony, to prawda, ale odnoszę wrażenie że po raz kolejny, po elipsie zbliżamy się do "jądra ciemności", a teatr w repertuarze ma wciąż tę samą sztukę. Ten sam dramat. Niczym płk.Kurtz z Czasu apokalipsy, stajemy się posłannikami nowego ładu, który wbrew zapewnieniom, nie jest jednak ani nowatorski, ani perspektywiczny, nie mówiąc już o zwykłej uczciwości wobec siebie i innych. Jednak te "kruczki" i "chwyty" są zbyt subtelne, byśmy mogli wykryć je przy każdej nadarzającej się okazji. Zatem większość z nas wierzy w to i "ubiera się" pod dyktando reżyserów.

I okazuje się nagle że już proste gesty, odruchy i chęci, nikogo nie przekonują. Potrzebny jest szum, splendor i błysk fleszy, ażeby nadać właściwy ton nawet szarej i niedostrzegalnej czynności. Bo oto zaczynamy widzieć, że i zwykła wydawałoby się pomoc drugiemu człowiekowi, musi mieć oprawę rodem z epickiego dzieła. Dziś nie wystarczy już zwykłe podanie ręki, wsparcie i podtrzymanie. Musi być kanonada słów i sięgająca sklepień sterta obietnic. Tyle że jak przychodzi co do czego, to jak zwykle okazuje się, że prawdziwym przyjacielem staje się sąsiad "zza miedzy", a nie złotousty urzędnik. Owa "moda na pomaganie", rozkwitająca co roku o tej samej porze, ma w sobie element jakiejś obsesyjnej perwersji i zwyczajnie w świecie śmierdzi hipokryzją. Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko pomaganiu innym- wręcz przeciwnie. Ale nachalne wtapianie tego w tę pozbawioną nader często dobrego smaku "przedświąteczną gorączkę", gdzie kupno szczoteczki do zębów lub telewizora, dziwnym trafem wspiera nagle tysiące potrzebujących, jawi mi się jako kolejna socjotechniczna sztuczka, pokazująca rzekome zaangażowanie w permanentną pomoc bliźniemu. Czy aby na pewno?
A może o potrzebujących powinniśmy jednak pamiętać stale? Może nie czekając wcale na święta, warto rozejrzeć się wokół, zobaczyć czy nasz ubogi lub sędziwy sąsiad lub znajomy nie potrzebuje wsparcia. Czy nie można by dać mu swojej dawno nienoszonej kurtki, butów, rękawiczek, a może posprzątać mieszkania, zrobić zakupów, lub wynieść śmieci. A może wystarczy po prostu rozmowa? Ta chwila, kiedy odczuje że jest tu ktoś, komu może jeszcze powierzyć te z pozoru nietrwałe przemyślenia i obawy. Żeby poczuł, że nie został sam...

Święta. Każdy z nas przeżyje ten okres inaczej. Każdy z nas poszuka w tej przestrzeni czegoś osobliwego, znamiennego i bliskiego jego sercu. I zostanie z tym trochę dłużej niż zwykle.
Życzę Wam wszystkim, ażeby ten czas niósł w sobie nie tylko zachwyt i celebracje chwili, ale żeby stał się też świadomym polem refleksji i ciszy nad wszystkim, co się wydarza.
Świętujcie radośnie w zdrowiu i spokoju...






Źródło zdjęcia:http://puzzlefactory.pl/pl/