piątek, 23 czerwca 2017

Naciski, oszustwa i..."gotowanie żaby"


Pewnie każdy zauważył, że od jakichś 2 tygodni bombardowani jesteśmy ze wszystkich stron zmasowaną propagandą na temat nachodźców. Media niemieckie serwują naszym mózgom informacyjny blitzkrieg. Skoordynowane jest to z polityką Unii Europejskiej, a konkretnie Komisji Europejskiej, która ostro zabrała się do prac, które na celu mają przekonanie rządów Grupy Wyszehradzkiej do przyjęcia w swe progi sympatycznych brodaczy, ubogacających nas kulturowo i religijnie.
„Strategia” polityków Unii Europejskiej opiera się na tym, żeby odsuwać w czasie katastrofę społeczno-ekonomiczną, aby oni sami zdążyli nakraść jak najwięcej pieniędzy, zanim dostaną kopa w dupę od europejskich społeczeństw. Nie ma mowy o zatrzymaniu strumienia nowych nachodźców, a tym bardziej o deportacji tych, którzy już w Europie są (nie licząc pojedynczych przypadków). Chodzi już tylko o to, aby nachodźców porozsyłać w te miejsca, gdzie jeszcze ich nie ma, co miałoby zrobić miejsce dla tych, którzy dopiero przybędą. „Strategię” UE idealnie oddaje marcowa wypowiedź Dimitrisa Awramopulosa, komisarza UE do spraw migracji. Powiedział on wówczas: „Nie ma żadnych wymówek!  Nie można już tylko dyskutować o relokacji, ale trzeba działać! Zbliża się wiosna i nie ma czasu do stracenia„. Czyli, tłumacząc na język potoczny: „zabierzcie nam tych nachodźców z Grecji, bo zbliża się wiosna, kolejne setki tysięcy szykują się do inwazji, więc trzeba zrobić im miejsce„. „Strategia” ta jest prymitywna, mało wysublimowana i bardzo krótkofalowa, ale na nasze nieszczęście – unijni politycy z uporem maniaka chcą ją zrealizować.


Powyżej fragment plakatu antykomunistycznego sprzed niemal 100 lat. Dzisiaj sprawa jest również aktualna. Z czem idą dzisiejsi bolszewicy? Z inwazją ludzi obcych nam kulturowo, co okraszone jest propagandą medialną, naciskami politycznymi i „tylnymi drzwiami”, którymi mieliby wlewać się do Polski nachodźcy przy sprzeciwie rządu warszawskiego[...]
Propaganda medialna każdemu jest doskonale znana. Chodzi przede wszystkim o mityczne „7000 kobiet i dzieci z Syrii„. Po głównym wydaniu „Wiadomości” w TVP zawsze jest rozmowa z jednym lub dwoma politykami (początek jest w końcówce „Wiadomości”, reszta jest w TVP Info). Wczoraj gościem był Jan Grabiec, poseł Platformy „Obywatelskiej”. Kilka dni temu PO hucznie ogłosiła bojkot TVP, ale dalej politycy PO tam przychodzą, jak gdyby nigdy nic. Grabiec jest osobą, która skrajnie działa mi na nerwy (zwłaszcza jego cyniczny uśmieszek), uważam, że powinien mieć zakaz pojawiania się w telewizji – on nie potrafi wytrzymać 5 sekund bez przerwania wypowiedzi rywala. W tymże wywiadzie Grabiec atakował rząd PiS, że ci nie chcą przyjmować „7000 kobiet i dzieci z Syrii”. Grabiec to tylko jeden z tysięcy przykładów, bo przekaz jest ustalony dla całej „opozycji totalnej”, dzień wcześniej o „7000 matek z dziećmi z Syrii” mówił Włodzimierz Czarzasty, szef SLD. Przekaz jest jednolity i utrzymywany z żelazną konsekwencją – Platforma, Nowoczesna, SLD, Partia Razem, TVN, Gazeta Wyborcza, tygodnik Polityka, ludzie Sorosa, portale Lisa, media niemieckie zawsze mówią, że w grę w chodzi „7000 matek z dziećmi z Syrii”. Chodzi oczywiście wyłącznie o „zmiękczenie” społeczeństwa, bo w tym krótkim określeniu są 3 kłamstwa. Po pierwsze – matki z dziećmi stanowią mniej, niż 5% liczby nachodźców, reszta to mężczyźni i „dzieci bez matek”, czyli również mężczyźni. Po drugie – nie są oni z żadnej Syrii. Nachodźcy, którzy obecnie docierają do Europy pochodzą głownie z 3 krajów: Bangladesz, Nigeria i Wybrzeże Kości Słoniowej. Syria jest w tej klasyfikacji w drugiej dziesiątce, a to pewnie i tak jest zawyżone, bo wielu nachodźców kłamie, że uciekło z Syrii, aby otrzymać lepszy socjal w Europie. Po trzecie – nie ma mowy o żadnych 7000, gdyż system relokacji polega na dystrybucji „kontyngentowej” nachodźców, według klucza populacji danego kraju Unii Europejskiej. Populacja Polski to około 7% populacji Unii Europejskiej, więc według tego klucza – 7% wszystkich nachodźców miałoby trafić do Polski. Rocznie do Unii Europejskiej trafia około 700.000 nowych nachodźców, mnożąc tą liczbę przez 7% – uzyskujemy wynik w wysokości 50.000 nachodźców rocznie (plus 7% z 1.5 miliona tych, którzy już są w Europie). Czyli na „dzień dobry” dostalibyśmy jakieś 100.000 ubogacaczy, a następnie te rzekome 7000 przypadałoby na Polskę na każde 2 miesiące (a nie jednorazowo, jak to próbują nam przedstawić sprzedajne media i politycy) – do tego jeszcze dochodzi prawo o łączeniu rodzin, więc w dalszej perspektywie wynik należałoby pomnożyć co najmniej przez 3. Zatem, w (powtarzanym do znudzenia) zdaniu „7000 matek z dziećmi z Syrii” chodzi wyłącznie o to, żeby wywołać swego rodzaju precedens. Gdybyśmy się na to w Polsce zgodzili – podpisano by stosowne umowy i uruchomiono machinę relokacyjną. Dopiero potem okazałoby się, że nie są to matki z dziećmi z Syrii (tylko młode chłopy z całej Afryki), a 7000 to tylko przystawka przed daniem głównym. Wówczas byłoby już za późno, żeby to zatrzymać. Dlatego w ogóle nie powinniśmy się na ten system zgadzać.

Zwróćcie uwagę na ciekawe słowo: ponad

Kolejny głupkowaty slogan, który często można usłyszeć w mediach to „uratowanie europejskiego rynku pracy”. Logicznie rzecz biorąc – gdyby nachodźcy mieli pozytywny wpływ na gospodarkę i rynek pracy, to Niemcy nie chcieliby ich za wszelką cenę eksmitować, a wręcz przeciwnie. Jeżeli niektóre kraje uważają inaczej – niech sobie wezmą tą „gospodarczą słodycz” w prezencie, a wówczas ich PKB zanotuje niebywały rozwój. Większość nachodźców nie ma ani chęci, ani kwalifikacji do pracy, zamiast tego wolą pobierać socjal (dżizję). Oczywiście – wśród niemal 2 milionów nachodźców na pewno są jacyś pojedynczy lekarze, inżynierowie i inni fachowcy, ale ci już zostali wyłuskani przez zachodnie firmy i na pewno nie będą podpadać pod system relokacyjny. Zamiast tego Polska dostanie największych możliwych zbójów, łotrów, dżihadystów i wszystkich tych, którzy sprawiają kłopoty, to chyba oczywiste, zwłaszcza biorąc pod uwagę poziom determinacji krajów zachodnich w naciskaniu na Polskę.
Często w lewackich mediach słychać też argument typu „uchodźcy uratują Europę przed wymarciem”. Tego to już w ogóle nie rozumiem. Gęstość zaludnienia w Unii Europejskiej wynosi obecnie 115 osób na kilometr kwadratowy, czyli całkiem dużo. Gęstość zaludnienia w Afryce to około 40 os/km2, czyli 3 razy mniej. Skoro Afrykanie koniecznie muszą ratować świat przed wymarciem, to najpierw powinni ze swoją misją ubogacić Amerykę Południową (23 os/km2) i Rosję (8.5 os/km2). Albo niech najpierw „ciepły Dżastin” Trudeau z Kanady przyjmie „ratowników demograficznych”, bo gęstość zaludnienia jego kraju to raptem 3.5os/km2 – aby osiągnąć europejski poziom zaludnienia, Kanada musiałaby przyjąć ponad miliard nachodźców (całą Afrykę). Zresztą nawet, gdyby ludność Europy zaczęła się zmniejszać, to co z tego? Tak byłoby nawet lepiej, z powodów ekologicznych i zużywania surowców. Co światu do zaoferowania mają Indie, których populacja przekroczyła miliard? Chyba tylko tanią siłę roboczą i groteskowe filmy Bollywood, bo oprócz tego w Indiach występuje głównie nędza, syf, kiła i mogiła oraz katastrofa ekologiczna. Tego chcemy w Europie? Oczywiście pseudoekolodzy od Sorosa stają murem za ideą „ratowania Europy przed wymarciem” i zajmują się jedną martwą wiewiórką w warszawskim parku (pomijam już kwestię traktowania zwierząt przez muzułmanów, bo to nadaje się na osobny artykuł – nie chodzi mi tylko o seks, ale o zabijanie zwierząt dla zabawy). W XIX wieku Europejczyków było o połowę mniej niż teraz, a mimo to zdołali podbić niemal cały świat. Po co ma nas być w Europie coraz więcej? Czy biali mężczyźni nagle przestali być zdolni do zapładniania kobiet, żeby musiano ściągać tutaj miliony „ratowników demograficznych”? Czy 700 milionów obywateli Unii Europejskiej bez pomocy imigrantów wymrze w ciągu jednego pokolenia, a kontynentem zawładną dinozaury? Niski przyrost naturalny w UE nie jest spowodowany brakiem spermy, ale jest to skutek lewackiej ideologii – moda na „przedłużanie młodości” do 40-tki, wyśmiewanie rodzin wielodzietnych, homoseksualizm, aborcja, odejście od chrześcijaństwa. Teraz te same lewackie kręgi chcą nas „ratować demograficznie” ściąganiem tutaj kultury islamskiej, całkowicie przeciwnej ideologii, którą sami wprowadzili, gdzie nastoletnie dziewczyny (ubrane w worki po cemencie) często posiadają już dwójkę lub więcej dzieci.

Niemieccy lewacy w natarciu

Wróćmy do spraw bieżących, bo znów się niepotrzebnie rozpisałem o sprawach medialno-ideologicznych – gdy zacznę pisać o głupocie lewactwa, to wpadam w „ciąg”, jak alkoholik po wypłacie.
Jak pewnie każdy zauważył – Instytucje Unii Europejskiej ostatnimi czasy wzmogły naciski na Polskę w sprawie nachodźców. Grożą nam kary finansowe i zatrzymanie funduszy strukturalnych. W praktyce jednak – są to strachy na lachy. Wczoraj na ten temat wypowiadał się profesor Piotr Wawrzyk, jeden z najlepszych polskich ekspertów od unijnego prawa.  Powiedział on, że ścieżka biurokratyczna, która miałaby zaprowadzić do sankcji jest bardzo długa. Potrzebne są niezliczone debaty, potem ostrzeżenie, następnie ostateczne wezwanie do przyjmowania nachodźców, potem znów niezliczone debaty, później głosowanie wszystkich państw za sankcjami (z prawem liberum veto) i na koniec dopiero sankcje (poprzedzone kolejną prośbą o przyjęcie nachodźców). Profesor Wawrzyk oszacował, że w najszybszym możliwym przypadku – proces ten zajmie 3-4 lata, a realnie rzecz biorąc – dwa razy dłużej. Polska i jej sojusznicy mogą dodatkowo spowalniać ten proces, wykorzystując betonową unijną biurokrację, oraz stosując wiele przysługujących nam procedur i argumentów, np. zasłonić się milionem uchodźców z Ukrainy, lub odwołać się do faktu, że de facto żaden kraj UE nie wywiązał się w 100% z obowiązków relokacyjnych. Odsuwamy w ten sposób problem na wiele lat, podczas których na pewno sporo się wydarzy – menel Juncker odejdzie ze stanowiska, obozy we Włoszech i Grecji pękną w szwach, nachodźcy zorganizują dziesiątki krwawych zamachów terrorystycznych i tysiące mniejszych „incydentów”, władzę w wielu krajach UE odzyska prawica, być może kolejne kraje opuszczą eurokołchoz. W tym czasie odbędą się też negocjacje w sprawie nowego rozdania unijnych funduszy i na pewno zostaną one mocno zmniejszone (względem dotychczasowego poziomu), w dodatku odszedł jeden duży płatnik (Wielka Brytania), a doszli kolejni biedni beneficjenci (Rumunia i Bułgaria) – okaże się więc, że kwota, która miałaby trafić do Polski jest zbyt mała, by było o co walczyć.
Najważniejsze w tym momencie jest to, aby rząd PiS nie poddał się i nie zaczął przyjmować nachodźców już teraz. Naciski z zachodu są ogromne, ale według mnie osłabną w październiku, gdy minie termin „ultimatum” oraz będzie po wyborach parlamentarnych w Niemczech. Obecnie Angeli Merkel bardzo zależy na złamaniu Polski, bo to byłoby jej wielkim politycznym sukcesem, który mocno zwiększyłby popularność ‚Makreli’ wśród niemieckich wyborców. Po wyborach do Bundestagu (jakkolwiek by one nie wypadły) – odpadnie nam problem niemieckiej kiełbasy wyborczej, jaką jest eksport islamskich zbójów za wschodni brzeg Odry.

Bez komentarza

Rząd PiS na szczęście prezentuje twarde stanowisko i skutecznie odpiera wściekłe ataki z zagranicy. Obecnie mamy do czynienia z polityczno-medialną „gównoburzą”, polegającą na ostrzale premier Szydło i jej przemówienia w niemieckim obozie Auschwitz-Birkenau. Powiedziała ona, że Polska musi chronić własnych obywateli. Opozycja totalna, media lewackie i zagranica wpadły w szał, wezwano premier Szydło do złożenia oficjalnych przeprosin za to „skandaliczne” zdanie. „Oburzeni” nawet nie potrafią wytłumaczyć, w którym miejscu tego zdania jest rzekomy skandal. Nawet organizacje żydowskie nie widzą w tym problemu (mimo, że słyną z tego, że na ogół wszędzie widzą problem). Jednakże Niemcy i ich wierni jurgieltnicy pompują wersję, jakoby Szydło mówiła o uchodźcach. Oczywiście nic na ten temat nie powiedziała, ale Niemcy stosują słynną doktrynę Jacka-Hugo Badera, brzmiącą „nawet jak tego nie wypowiedzieli – czułem to”. Szydło też nic nie powiedziała o uchodźcach, ale to nieważne, bo jej przeciwnicy czują, że jej przemówienie było anty-uchodźcze. PiS na szczęście odpiera te idiotyczne ataki i stoi twardo w sprawie nachodźców (razem z pozostałymi krajami grupy V4).
W Polsce panuje system partyjny, a każda partia robi wszystko, aby zyskać władzę (wersja minimum to osiągnąć próg wyborczy, aby dostać wsparcie z budżetu państwa). Władza to cel każdej partii, bo to umożliwia im kontrolę nad budżetem, obsadzanie spółek skarbu państwa, ciepłe posadki. Jedyny plus tej sytuacji jest taki, że partie wybierane są w demokratycznych wyborach, więc muszą mieć poparcie społeczne, aby dorwać się do władzy i ją utrzymać. Polskie społeczeństwo jest przeciwko przyjmowaniu nachodźców, dlatego PiS stoi twardo w kontrze do Brukseli i Berlina, bo inaczej społeczeństwo by ich pogoniło w wyborach. Gdyby jednak partie wybierane były nie-demokratycznie, albo gdyby Polacy nagle zechcieli przyjmować nachodźców – rząd PiS od razu zacząłby ubogacać nasz kraj brodatymi matkami z dziećmi. Na szczęście jest demokracja, a Polacy sobie nie życzą ubogacenia brodatego, więc póki co – nie mamy się o co martwić. Zagrożeniem są media lewackie, próbujące „urobić” mózgi Polaków metodą „7000 matek z dziećmi z Syrii”, ale na szczęście – ich propaganda nie zyskuje nowych zwolenników, zwłaszcza jeśli chodzi o przyszłość narodu – młodzież, biegłą w obsłudze internetu.

Biedne kobiety z dziećmi przy granicy węgierskiej

Paradoksalnie rzecz biorąc – naszymi sojusznikami są sami nachodźcy, którzy nie chcą zostać siłą osiedleni w Polsce. W Bangladeszu, Nigerii, Pakistanie, Wybrzeżu Kości Słoniowej, Etiopii i innych głównych „eksporterach” ubogacaczy kulturowych, nie ma żadnych wojen. Ludzie stamtąd wyjeżdżają z powodu biedy i marnych perspektyw ekonomicznych. Są to imigranci ekonomiczni, ale nie tacy jak Polacy (którzy jadą harować do pracy i powoli się dorabiać), tylko socjalni (liczący na zasiłki). Oni wyjeżdżając ze swojego ojczystego kraju nie brali pod uwagę, że mogą trafić do Polski, bo wówczas w ogóle by nie wyjeżdżali. Oni od początku chcieli dostać się do Niemiec, Francji, Szwecji i innych krajów, oferujących bogate świadczenia socjalne. Do Europy zapraszała ich Angela Merkel, a nie Polska. Dlatego sprowadzanie ich siłą do Polski jest swego rodzaju oszustwem i niewywiązaniem się z obietnic. Sami nachodźcy będą bronić się rękami i nogami, aby tylko nie zostać przeniesieni nad Wisłę. Jednakże Bruksela zaleca robić to siłą, a to może być problem (wszak wsadzenie małych grup nachodźców w autobusy do Polski to łatwizna, a lewackich aktywistów i ich mediów „przypadkiem” w pobliżu nie będzie). Często wśród prawicowców słychać głosy: „przyjmijmy tych uchodźców, a oni na następny dzień uciekną do Niemiec, wtedy problem z głowy”. Niby logiczne, ale nie jest to takie proste, jak mogłoby się wydawać. Nachodźcy przydzieleni do Polski już na zawsze zostaną związani z naszym krajem na podstawie odcisków palców. Gdy uciekną do Niemiec – ci ich cofną z powrotem, a Polska zapłaci kary za ich „nieupilnowanie” (kara za złamanie swobody podróżowania po UE). Już teraz Polska ma taki problem z Czeczenami, którzy wyłapywani są w Niemczech i zawracani do Polski. Podobnie jest we Włoszech, gdzie obecnie dociera główny szlak przemytu nielegalnych imigrantów. Włosi błagają inne kraje, żeby ich odciążyć, bo oni już nie mają u siebie miejsca. Teoretycznie – Włosi mogliby wypuścić nachodźców z obozów, rozdać im mapy i powiedzieć, że mają 48 godzin, żeby opuścić kraj. Wówczas nachodźcy pędziliby na północ, aż by się kurzyło. Tak jednak się nie dzieje – z jakichś względów Włosi nie pozwalają tym nachodźcom wyjechać z kraju, mimo, że graniczą z Francją, Szwajcarią i Austrią. Zresztą nie byłbym taki pewny, że nachodźcy chcieliby uciekać z Polski. Wsparcie socjalne dla nich byłoby wielokrotnie większe, niż dla bezdomnego i bezrobotnego Polaka – nie ma tutaj mowy o równości w ujęciu klasycznie lewicowym, lecz zastosowany byłby twardy, anty-biały rasizm. Dostawialiby oni z naszych podatków tyle samo, co w Niemczech (gdzie koszt ich utrzymania wynosi ponad 1000 euro na osobę miesięcznie). Dlatego uważam, że argument: „przyjmijmy uchodźców, a oni sami za chwilę uciekną do Niemiec” jest szkodliwy i powinien zniknąć z debat wewnątrz-prawicowych. Niemcy po prostu by tych nachodźców zawracali do Polski, a kwestią czasu byłoby przywrócenie kontroli granicznych i nie wpuszczanie do Niemiec tych nachodźców, którzy „przypisani” byliby do Polski (tak samo, jak to zrobiły kraje graniczące z Grecją i Włochami). Ponadto – wielu nie chciałoby stąd uciekać, mając w zasięgu ponad 1000 euro socjalu, piękny kraj, piękne kobiety.

Biedne kobiety i dzieci u wybrzeży Włoch

Podsumowując, Unia grozi Polsce – oficjalnie, ale też pośrednio, wykorzystując opozycję i usłużne media, propagujące mit „7000 matek z dziećmi”. Rząd PiS ma świadomość, że społeczeństwo nie życzy sobie nachodźców, więc gdyby zostali tu oni sprowadzeni – PiS straciłby dostęp do koryta, czyli rację bytu. Zagrożenie jest jedno – gdyby Polacy dali się przekonać do ściągania nachodźców, to wybraliby do władzy którąś z partii „opozycji totalnej”, albo też sam PiS nagle zmieniłby zdanie o ubogaceniu kulturowym. Europa zachodnia jest już stracona i nic im już nie pomoże, nawet gdybyśmy przyjęli od nich te ustalone 7%. Dlatego po prostu my, jak zwykli zjadacze chleba nie powinniśmy ulegać naciskom, próbując przekonać do swoich racji osoby niezdecydowane i ogłupione przez TVN, Wyborczą i spółkę. Politycy muszą mieć świadomość, że aby mieć dostęp do koryta – muszą sprzeciwiać się Brukseli i Berlinowi. W przeciwnym razie – marny nasz los.

RacimiR, 17.06.2017

***

Zatem biją pianę, kręcą i na każdym kroku próbują straszyć. Nie tylko nas, ale i Madziarów, którzy już kilka razy pokazali Brukseli wyprostowany środkowy palec. Co dalej? Myślę że metoda "małych kroczków" stanie się na dobre obowiązująca. I z tego co widać nie tylko dzięki pomocy wiadomych mediów, ale też z sumienną pomocą notabli polskiego KK. Nie na darmo placówki Caritasu, w pocie czoła szykują kolejne miejsca do relokacji najeźdźców. To już się dzieje. Mamy więc zmowę milczenia środowisk katolickich, które pod płaszczykiem samarytanizmu i pomocy bliźniemu, gotowe są zaszczepić na polski grunt kulturę, która przecież stanowiła i zawsze stanowić będzie pole do zaistnienia potencjalnych konfliktów. Schizofrenia? E...nie, raczej czysty interes. Po prostu "mów mi do ręki, nie do ucha", jako koronny argument przy załatwianiu podobnych spraw.
A przecież dzieją się jeszcze inne ciekawe rzeczy. Jak informuje polska Straż Graniczna, przez pierwsze trzy dni zniesienia wiz dla obywateli Ukrainy, naszą wschodnią granicę przekroczyło ich już 8 tysięcy. Przez trzy dni...
Zatem mamy już w swoich granicach najazd, tyle że nie z Azji czy Afryki, a jego skutki na razie nie stały się dla statystycznego Kowalskiego specjalnie namacalnie. Choć to szybko się zmienia. Nie jest bowiem czczą pogłoską fakt, iż niedawno we Wrocławiu nacja spod żółto-niebieskich sztandarów, wystosowała apel o uznanie języka ukraińskiego jako drugiego, obowiązującego w urzędach. Ale cóż, skoro tak lawinowo rośnie ich społeczność, to przecież w konsekwencji tego wypada jedynie spodziewać się konkretnych i dosadnie sprecyzowanych żądań z ich strony. Mamy mieć im to za złe? Przecież oni po prostu walczą o swoje, robią to co uznają za stosowne bowiem zrozumieli, że jest ich już na tyle dużo, iż z powodzeniem mogą wywierać presję na administracje i władze na danym terenie. A to dopiero początek. Tymczasem Polak o tym nie myśli, bo woli mecze w telewizji i właśnie przymierza sandałki (skarpety już ma) na letnią kanikułę. Nie interesują go buńczuczne ukraińskie przemarsze w Przemyślu, którym zapewnia się ochronę i eskortę, niczym z obchodów głównych uroczystości państwowych (kto za to zapłaci, bo przecież nie prezydent Choma, czy reszta urzędników przemyskiego ratusza?).
Nie zawraca sobie też głowy awanturami, jakie wszczynają Czeczeni rozmieszczeni w niektórych ośrodkach (vide- Coniew, koło Góry Kalwarii).
Wszystko na razie wydaje się być odległe, mgliste i pozbawione elementu realności. Coś na kształt surrealistycznego koszmaru, który odczuły jedynie społeczeństwa Europy zachodniej. Ale niestety, "gotowanie żaby" już się rozpoczęło. Pytanie tylko...jak mocno odkręcony jest palnik.



Źródło artykułu: https://bialyrasizm.pl/  
Zdjęcia: internet
Korekta: Medart 
      


piątek, 16 czerwca 2017

Tak jak wszędzie


Bo wiesz, to jest tak, jeśli wydaje Ci się że umiesz to odnaleźć, pochwycić. I że zdołasz nad tym zapanować.
Nic bardziej mylnego. To samo niebo, ten sam krąg działań, ale z czasem dochodzi do Ciebie ten szczególny rodzaj wiadomego kontrastu. Gdy wpada Ci w źrenice nie wiadomo skąd przyniesiony spokój. Znajdujesz nagle jakieś znajome utożsamienie, jakieś głębokie przekonanie o tym, że to jednak pochodzi ze środka. Że absolutnie nie jest domeną złożoności świata, w jaką jesteś tak niesfornie wrzucony. I nie ważne gdzie akurat jesteś. Czy chodzisz po lesie, pracujesz, czy siedzisz ze znajomymi w knajpie, nad kuflem piwa. To dotyka. Bardziej niż myślisz. Wtedy z wolna budzi się ta zdolność, do rozróżnienia właściwej strony.   

Niektórzy śmieją się gdy o tym wspominam, ale ja to rozumiem bo wiem, że później i tak będą szukać cichego kąta, by w spokoju chłonąć ten blask na horyzoncie. To jest silniejsze niż wszystko inne. Mogą udawać, mogą zaprzeczać i kiwać sobie głowami. Ale reszta ukazuje się sama. Ubiera w gesty tak otwarte, że musiałbyś rękoma przesunąć góry, a jedną zapałką pokonać całą noc, by udowodnić że jest inaczej.        
    

Zdjęcie: Michał Sośnicki

sobota, 27 maja 2017

Góry Bialskie / Złote 2016


Część 4- Bialski Dukt- Wielkie Rozdroże- Czernica- Kobyliczny Dukt- Czarne Zbocze- Nowy Gierałtów- Przełęcz Gierałtowska- Czartowiec- Pośrednia- Łupkowa- Sedlo Peklo- Bielice

Kolejny dzień ponownie przyniósł fantastyczną pogodę. Na szlak wyruszyliśmy dość wcześnie, gdyż według prognoz w całym regionie zapowiadali popołudniowe burze, a my woleliśmy jednak większości trasy pokonać bez dodatkowych niespodzianek. I szczerze mówiąc, ledwo nam się udało.
Rozpoczynamy identycznie jak pierwszego dnia, z tym, że dotarłszy do Bialskiego Duktu, opuszczamy szlak żółty i kierujemy się na zachód. Na tym odcinku droga trawersująca Czernice oraz Zawodzisko, jest bardzo widokowa i daje możliwość podziwiania grzbietów Gór Bialskich, usytuowanych bardziej na południe, oczywiście wraz z grzbietem granicznym i szczytami Rudawiec oraz Iwinka. Idzie się tu wygodnie, a mnogość zakrętów powoduje, że co chwile naszym oczom ukazuje się coraz ciekawszy górski krajobraz. Po jakimś czasie osiągamy jednak znane już nam Wielkie Rozdroże i odbijamy w prawo, by szlakiem czerwonym i niebieskim tuż nad Rudym Zboczem, dostać się w miejsce, skąd rozpoczniemy dzisiejsze zdobywanie Czernicy. W międzyczasie robi się już naprawdę ciepło dlatego cieszymy się, że podejście od tej strony w większości odbywa się przez świerkowy las. Oczywiście wyżej drzew już ubywa i podchodząc pod wierzchołek, mamy możliwość podziwiania ładnych widoków w kierunku Masywu Śnieżnika. Gdy teren staje się bardziej płaski, pozostaje jeszcze do przejścia około stu metrów i docieramy do wieży widokowej. Tym razem możemy sobie całkowicie odbić, za dość niegościnną aurę z pierwszego dnia :) Wchodzimy zatem na wieżę i naszym oczom ukazuje się to, czego od tego miejsca oczekiwaliśmy.
Widoki są imponujące. Widać prawie całe Sudety Wschodnie i niemałą część Środkowych. Na wieży spędzamy w samotności prawie kwadrans, aż w końcu dociera tu zorganizowana, kilkunastoosobowa grupa, którą widzieliśmy dwa dni wcześniej w Chacie Cyborga. Jak się okazało, oni również postanowili wykorzystać doskonałą aurę i udać się na Czernice i w jej najbliższe otoczenie. Po krótkiej wymianie zdań z najaktywniejszymi członkami grupy (niektórym brakło chyba sił na dotarcie na wieżę), schodzimy i rozpoczynamy wędrówkę szlakiem czerwonym, w stronę Kobylicznego Duktu. Przez moment jest dość stromo, ale później dochodzimy do wygodnej leśnej drogi i trawersując Czarne Zbocze zmierzamy cały czas w stronę Doliny Górnej Białej Lądeckiej. Gdy osiągamy asfaltową drogę między Chłopską a Gierałtowską Kopą, z nieba leje się już prawdziwy żar. Z obawy przed przegrzaniem łepetyny wyciągam swój pustynny kapelusik, natomiast Izie słońce jakoś nie przeszkadza i cieszy się, że wreszcie solidnie wygrzeje swoje zatoki ;)
Wspomnianym wcześniej asfaltem dochodzimy do pierwszych zabudowań Nowego Gierałtowa (Neu Gersdorf). Tu na szczęście przez jakiś czas idziemy zacienioną drogą, dopiero w okolicy mostu, odbijamy w lewo, cały czas trzymając się szlaku czerwonego. Wiatr ustaje zupełnie, a nasz przenośny termometr wskazuje 36 stopni. Zapewne jest niewiele mniej. Z niepokojem zaczynamy obserwować chmury, które od strony zachodniej zaczynają gwałtownie się wypiętrzać. Wiele wskazuje na to, że prognozy synoptyków mogą się sprawdzić. Nowy Gierałtów głównie omijamy, przechodząc raczej nad nim. Ze szlaku wyłapujemy charakterystyczną sylwetkę kościoła św. Jana Chrzciciela z 1619 roku, oraz inne zabudowania, położone w jego otoczeniu. Wieś jest bardzo urokliwie położona, zatem nie dziwi fakt, że w ostatnich latach powstało tu wiele gospodarstw agroturystycznych i niewielkich pensjonatów (znacznie więcej niż w Bielicach).

Nowy Gierałtów na początku XX w.

Pozostało nam teraz podejście pod Przełęcz Gierałtowską, które w zaistniałych okolicznościach, wyciska z nas siódme poty (jak się okazało, wcale nie ostatnie tego dnia). Docieramy niebawem do znajdującej się tam wiaty, przy której spotykamy dwie sympatyczne dziewczyny, aktualnie bazujące w pobliskiej wsi i od kilku dni skwapliwie przemierzające szlaki Gór Bialskich i Złotych. Poruszamy z nimi pewne sudeckie tematy, uzupełniamy płyny i tak nie wiedzieć kiedy, pół godziny "jak z bicza strzela". W pewnym momencie zauważam, że niebo od zachodu stanowi już dość zbitą, szarą warstwę chmur, od czasu do czasu wzbogaconą wyraźniejszą kulminacją Cumulus congestus. Zatem nie ma bata. Burza będzie na bank, pytanie tylko, w którą stronę to wszystko ruszy.
Nie czekając jednak na dalszy rozwój sytuacji meteorologicznej, my postanawiamy się ruszyć i żegnając miłe turystki, wchodzimy na szlak zielony. Według mapy, pozostaje nam 3,5 godzinny marsz szlakiem granicznym Gór Złotych. Wcześniej uzgadniamy, że jeśli burza dorwie nas po drodze, to zejdziemy tylko poniżej grzbietu, rozbijamy tarp i spróbujemy przeczekać nawałnicę.
Idziemy zatem, a parne i gorące powietrze, oraz brak choćby najmniejszego podmuchu wiatru powoduje, że już po kilkuset metrach znów jesteśmy mokrzy. Na termometrze wciąż ponad 30 stopni, zatem zdajemy sobie sprawę, że ten ostatni odcinek wyciśnie z nas niemało. Zaczynam poważnie żałować, że nie spakowałem do plecaka krótkich gaci.
Początkowy odcinek trasy jest całkiem przyjemny. Wędrujemy przez kulminację Siwej Kopy, po czym niebawem docieramy w okolicę Boruvkovego vrchu, którego wierzchołek obchodzimy prawą stroną. Jednakże później rozpoczyna się prawdziwy hardcore. Niezbyt długie, ale strome podejście pod Czartowiec, daje nam porządnie w tyłek. W normalnych warunkach (czyt. przy sprzyjającej pogodzie), byłaby to zapewne formalność. Niestety w tym upiornym, stojącym i rozgrzanym powietrzu, zdobywanie tej góry okazało się niemalże gehenną. Już na szczycie robimy sobie kwadrans odpoczynku, rzucając się do bidonów, niczym jacyś morscy rozbitkowie :)
Niebawem trzeba było jednak ruszać dalej. Zanim rozpoczęliśmy zejście, do naszych uszu doszedł pierwszy, stłumiony jeszcze pomruk nadchodzącej burzy. Rzut oka na niebo wystarczył by stwierdzić, że ewidentnie wiatr gna ku nam niedawno powstałego Cumulonimbusa.
"Jak będzie tak będzie", stwierdziliśmy schodząc z Czartowca i kierując się w stronę następnej kulminacji, jaką była Pośrednia. Tu już na szczęście nie było aż takich przewyższeń, toteż mogliśmy spokojnie narzucić szybsze tempo. Gdy zbliżaliśmy się do Łupkowej, kolejnego szczytu na grzbiecie, z naszej prawej strony niebo zrobiło się już niemalże granatowe, a częstotliwość grzmotów, oraz dalekie łuny kazały przypuszczać, że ładunek tego Cb do małych nie należy. Ustaliliśmy, że chyba jednak rozsądniej będzie podjąć ostateczną próbę ucieczki przed nadchodzącym potworem, niż chować się gdzieś po krzakach i rozstawiać naszego filigranowego tarpa. Ruszyliśmy więc ostro z kopyta. Ostatni odcinek, między Łupkową a Sedlem Peklo, był niemalże sprintem ;) Nie przypominam sobie, kiedy ostatni raz tak zapierniczałem w górach. Zapewne nie w tej dekadzie. Sam nie wiem skąd wykrzesaliśmy tyle sił, mając już przecież w nogach trochę kilosów. Ale cóż...adrenalina robi swoje.
Za przełęczą, w lesie zrobiło się już ciemno, wiatr przybierał na sile, a coraz liczniejsze grzmoty zlewały się w przeciągły łoskot. W tym momencie opuściliśmy szlak i czym prędzej na skróty, ruszyliśmy w stronę Baraniego Wąwozu. Gdy go osiągnęliśmy, wiedzieliśmy że lunie lada chwila. Ale jak się okazało, Duch Gór sprzyjał nam do końca :) Pierwsze krople deszczu spadły dopiero wtedy, gdy przekraczaliśmy mostek nad Białą Lądecką i wstępowaliśmy w przytulne progi Chaty Cyborga. Nie minęło kolejne pięć minut, jak rozpętało się istne piekło. Ściana deszczu, która widoczność ograniczyła raptem do kilku metrów, porywisty wiatr i walące naokoło pioruny to scenariusz, który dominował przez następny kwadrans. Później nawałnica trochę zelżała, ale burza przetaczała się nad okolicą jeszcze przez ponad godzinę. Teraz jednak już nas to nie obchodziło. Siedzieliśmy sobie w suchym, przyjaznym wnętrzu i popijając kawę, oraz zagryzając kawałkiem pysznej szarlotki, wspominaliśmy kolejny owocny dzień w tych pięknych górach :)

Rozpoczynamy szlakiem żółtym

Wchodzimy na Bialski Dukt

Na Bialskim Dukcie

c.d.

Droga na sporym odcinku jest bardzo widokowa

Widok na Dolinę Bielawki, Bielskie Zbocze i Białą Kopę oraz Rudawiec (w tle)

Bialski Dukt

Droga na tym odcinku fajnie lawiruje

Kolejne widoki

Trochę wśród drzew...

i za moment znów na większych przecinkach

c.d

Osiągamy Wielkie Rozdroże

Na szlaku czerwonym i niebieskim, tym razem w pełnym słońcu

Momentami pojawiają się ładne widoki. Tu, w stronę Gór Stołowych

Kolejny zakręt

Ta rynienka ze źródlaną wodą, daje nam odrobinę orzeźwienia przy coraz cieplejszej aurze

Węzeł szlaków. Od tego momentu zaczynamy podejście...

z początku trochę strome

Pierwsze widoki w stronę Masywu Śnieżnika

Końcowe metry przed wieżą

Wieża na Czernicy

I widoki: Masyw Śnieżnika...

Jesioniki (przed nimi graniczny grzbiet Gór Złotych)...

Góry Stołowe i majaczące w oddali Kamienne oraz Sowie...

Czarna Góra i Krowiarki...

Góry Złote z wyraźnie widocznym Jawornikiem Wielkim oraz Borówkową, zaś w tle Góry Bardzkie...

dalsza część Gór Złotych i Rychlebskich (w tle jezioro Otmuchowskie i Nyskie)...

Góry Bialskie i Masyw Śnieżnika (w tle)

Widok na najbliższe otoczenie wieży

c.d.

Relaks na wieży

Schodzimy...

Ostatnie spojrzenie na konstrukcję i...

już na szlaku czerwonym

Na razie dość stromo w dół...

z częstym przebijaniem się przez świerkowe młodniki :) 

Zejście z Czernicy

Wchodzimy na Kobyliczny Dukt

c.d.

Pojawia się asfalt

c.d.

Odcinek przed Nowym Gierałtowem. Słońce praży niemiłosiernie...

Pierwsze zabudowania wsi. W tle grzbiet graniczny z Czernikiem

W Nowym Gierałtowie

Przekraczamy Białą Lądecką...

i wchodzimy na jedną ze ścieżek edukacyjnych

Na szlaku

Kościół św. Jana Chrzciciela w Nowym Gierałtowie

Kolejne podejście...

i wkrótce osiągamy Przełęcz Gierałtowską

Już za przełęczą. Z początku jest całkiem płasko

Idziemy zielonym i tzw. Szlakiem Kurierów Solidarności

Cały czas granicą

Po pewnym czasie natrafiamy na wały, będące pozostałością po dawnej granicy Austriacko-Pruskiej 

Podejście pod Boruvkovy vrch...

i okolica jego wierzchołka

Zbliżamy się do Czartowca

W morderczym upale rozpoczynamy "atak szczytowy"

Między drzewami chwytamy ograniczone widoki

Ostatnia faza podejścia...

i odpoczynek na szczycie Czartowca

Teraz w dół...

Między drzewami znów coś prześwituje...

min. zbliżająca się od zachodu burza

Dochodzimy do Pośredniej

Grzmiący potwór, wyraźnie wziął nas na celownik

Podkręcamy tempo

Niedaleko szczytu Łupkowa, potwór pokazuje całe swoje oblicze ;)

Grzbietem w stronę Sedla Peklo

Wyjście z Baraniego Wąwozu

Nad Białą Lądecką. Ostatnie sekundy przed nawałnicą

Jedna z sal w Chacie Cyborga

Bielice po burzy


 c.d.n.
        
 Źródło archiwalnego zdjęcia: http://dolny-slask.org.pl/