wtorek, 29 stycznia 2013

Moje drzewa cz.1



Zabieram was dzisiaj w specyficzną podróż. W różne miejsca i przestrzenie, które łączyć będzie jedno- ich piękno, majestat i urok. Jako wielki miłośnik natury nie odmówię sobie przyjemności oprowadzenia was po świecie, który dla mnie jest absolutnie wyjątkowy i niepowtarzalny.

O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa
W brązie zachodu kute wieczornym promieniem,
Nad wodą, co się pawich barw blaskiem rozlewa,
Pogłębiona odbitych konarów sklepieniem...

Tak pisał Leopold Staff. I trudno się z tym nie zgodzić. Stanowią tylko skrawek jakże dalece bardziej złożonego i pięknego obrazu, a jednak pozostają w bliskim nam sąsiedztwie. Są niemalże tuż obok. Żyjąc spotykamy ich tysiące, może miliony, ale często nie poświęcamy im należytej uwagi. A przecież zasługują na to jak najbardziej.
Drzewa- niesłychanie piękne dzieła natury, które swoją złożonością i kolorytem upiększają każdy krajobraz a także...nasze wnętrze. Chyba bowiem każdy z nas, przynajmniej raz w życiu poddany był chwili, kiedy dostrzegł magię i niepowtarzalność tych istot. Żyjemy jednakże w dziwnych czasach. Zdecydowana większość ludzi patrzy niestety na drzewa nie jak na żyjące (i czujące) stworzenia, a tylko jak na "coś", co jest rzeczą lub...budulcem. Taka jest smutna prawda. Brak poszanowania dla natury które cechuje współczesnego człowieka, objawia się często działaniem na szkodę takich prawdziwych cudów.
  Grab, pomnik przyrody. Talar- dolina rzeki Grabi (woj. łódzkie)...

I jego potężna korona

Ale wróćmy do moich odczuć. Jako że od dzieciństwa wychowałem się w towarzystwie drzew (działka na prowincji), mo uznać że niemalże rosłem z nimi i od szczeniackich lat pozostawałem pod ich wrażeniem. Oczywiście nie od samego początku. Ale z czasem coś kazało mi te (szczególnie imponujące pod względem wymiarów) dęby, lipy, graby, sosny czy jesiony, obdarzyć jakimś swoistym szacunkiem i estymą. Wtedy jeszcze nie patrzyłem na nie w ten sposób jak chociażby dziś, ale już czułem że należy im się co najmniej szczególna uwaga.
Topole kanadyjskie- łódzki ogród botaniczny

Później przyszło już zainteresowanie i chęć dowiedzenia się czegoś w praktyce . Wielokrotnie podglądałem na działce swojego tatę, który skrupulatnie sadził i doglądał drzewek wszelakich (również owocowych). Pamiętam doskonale jak posadziłem swoje pierwsze. Było to chyba w czwartej klasie podstawówki. Nieopodal działki, na bezpańskim poletku znalazłem ledwo co stojącego, cudem zakorzenionego w bycie małego kasztanowca. Zrobiło mi się go żal i postanowiłem go przygarnąć. I być może pożył by jeszcze nieborak długie lata, ale nie dałem mu wyboru i przy pomocy małej łopatki i wiaderka pozbawiłem go możliwości egzystencji w tym zacisznym skrawku przestrzeni. Przetransportowałem go oczywiście z należytymi honorami na działkę i znalazłem najlepsze (jak mi się wtedy wydawało) stanowisko.
Dąb szypułkowy- łódzki park Źródliska

Niestety, ów kasztan nie dał mi satysfakcji udanego debiutu i nie dotrwał nawet do jesieni. To mnie jednak nie zniechęciło a wręcz przeciwnie, tylko zmotywowało do dalszych działań. I o ile pamięć mnie nie myli, następnego lata posadziłem już kilka drzewek. Tym razem się udało. Szczególnie dumny byłem z pewnego świerka. Wiozłem go na działkę na bagażniku swojego składaka ładnych kilkanaście kilometrów. A że był zmarniały i rachityczny, nie dawałem mu większych szans. Przyjął się jednak dobrze i żprawie 20 lat, kiedy to jakieś paskudztwo wlazło mu na korę (ponoć grzyb) i byliśmy zmuszeni ukrócić jego męczarnie. Potem dowiedziałem się od pewnego leśnika, że ten gatunek świerka jest wyjątkowo mało odporny i z reguły rzadko dożywa u nas sędziwego wieku.
Dąb. Talar- dolina rzeki Grabi (woj. łódzkie) Zdjęcie już historyczne. To piękne drzewo wycięto w zeszłym roku

Na działce, wspólnie z ojcem posadziliśmy przez lata wiele drzew. Mamy tam brzozy, klony, sosny, graby, świerki i jarzębiny. Jest też kilka dębów, akacji, osik oraz lipa, jesion i dwie jodły. Oczywiście są też drzewka owocowe, gdzie prym wiodą nieocenione wprost jabłka antonówki (idealne na przetwory). Dzięki nim mamy niemalże co roku wspaniałe i (co najważniejsze) pozbawione chemii owoce.
Działkowe srebrne świerki (dwa różne gatunki)

Nie wyobrażam sobie zatem życia, pozbawionego obcowania z tymi wspaniałymi tworami matki natury. Gdziekolwiek jestem, staram się zwracać uwagę na ich obecność i cieszy mnie ich widok, kiedy to można bez skrępowania oddać się celebracji ich złożonego piękna.
Kolejny działkowy okaz. Świerk pospolity "Emsland"

Równie mocno przemawia do mnie sytuacja odwrotna. Kiedy dane jest mi widzieć ich upadek, całkowity brak poszanowania ze strony człowieka i traktowanie czysto przedmiotowe. Na to jednak w większości nie mam wpływu, toteż jedyne co mogę zrobić, to zaakceptować istniejący (nie-) porządek rzeczy.
 Wierzba płacząca- łódzki park Źródliska

Obcowanie z drzewami to nie tylko podziwianie ich charakteru, uroku czy kolorytu. W dużym stopniu to także odczucie bardziej wewnętrzne. Ma ono miejsce wtedy, kiedy mamy możliwość świadomego wyciszenia się lub relaksacji w cieniu ich przepastnych koron.
Często z takiej właśnie perspektywy, lubię podziwiać urok drzew

W kolejnym wpisie na ten temat podzielę się z wami kilkoma refleksjami, odnośnie takiego właśnie obcowania z tymi najbardziej chyba majestatycznymi przedstawicielami fauny.

Przydrożne wierzby białe. Kiedyś gmin wierzył, że właśnie w tych drzewach siedzi "licho"- Ślądkowice (woj. łódzkie)

Usychający niestety, kilkusetletni dąb szypułkowy w Dankowie (woj. śląskie)


 
 

 




 

  




   
    




     
    

niedziela, 27 stycznia 2013

Pod ciśnieniem




Dwa ostatnie wpisy poświęciłem w całości na przedstawienie pewnej sytuacji. Na zwrócenie uwagi na scenariusz, który powinniśmy moim zdaniem uznać za delikatnie mówiąc, mało komfortowy. Miało to swój cel. Bo teraz zastanowimy się co wobec tego wszystkiego możemy uczynić my sami. Wpis nie będzie mieć jednakże charakteru zorientowanego na udzielenie odpowiedzi czy wskazanie skutecznego lekarstwa. Ma to być jedynie pewien impuls. Znak. Może propozycja. Nic więcej.
Dlaczego ciśnienie?  Ano dlatego, że jest ono wszechobecne i wszechwieczne. W kategoriach rzeczywistości w jakiej egzystujemy od momentu narodzin, jest tu z nami do samego końca. Do fizycznej śmierci. Przybiera najróżniejsze formy, które są naszą wewnętrzną interpretacją wszelkich zewnętrznych przejawów życia. Jest jego indywidualną kroniką spisaną przez doświadczenia, obserwacje i emocje. Wszystko to następnie odkłada się w naszych tzw. "ciałach bolesnych"- bytach, które są zbiornikiem dotychczasowego "ja".
Mówimy tu o subiektywnych interpretacjach, bez jakiegokolwiek odniesienia się do rzeczywistości odbieranej inaczej, jak poprzez zmysły. Zatem jest to tylko i wyłącznie taniec egocentrycznego umysłu, w którym to on pozostaje "rdzeniem i mózgiem" operacji. W tej płaszczyźnie nie istnieje żaden punkt odniesienia. Ego jest jedynym elementem, który podlega ciśnieniu i dalszym transformacjom pod jego wpływem. Pozostaje też bezbronne pod owym naporem. Każda niepokojąca sytuacja z zewnątrz, traktowana jest przez nie jako centralne i jedyne zestrojenie z rzeczywistością. Skutek tego jest oczywisty- dyskomfort. Przybiera on najróżniejsze formy, od niepokoju i strachu począwszy, poprzez osaczenie a na różnych formach zniechęcenia i apatii kończąc. Jednym słowem ego albo z tym walczy, albo się poddaje. Jednakże poddanie takie nie ma nic wspólnego z akceptacją. To już może nie walka, ale na pewno też nie pogodzenie się z aktualną sytuacją. Napięcie zatem i tak jest obecne.
Można a nawet należy przypuszczać, że zdecydowana większość ludzkiej populacji w ten właśnie sposób reaguje na ciśnienie. Walka albo poddanie się. To jedyne co mogą uczynić. Co przynosi ze sobą walka? Zapewne rozrastanie się "ciała bolesnego". Tworzy się obieg zamknięty. Pod wpływem walki powstają scenariusze, które stają się kolejnym katalizatorem dla emocji. Z kolei emocje pobudzają do dalszej walki, gdyż "ciało bolesne" żąda efektów. Walczący tkwi w pułapce własnych wyobrażeń i interpretacji, nie zdając sobie sprawy że walczy w istocie z samym sobą. Ten mentalny kierat trwa bez końca. Ów mechanizm znakomicie opisał Eckhart Tolle w książce "Nowa Ziemia", toteż nie będę do tego wracał.
Czy w istocie jesteśmy skazani tylko na te dwie skrajne postawy?
Operując z perspektywy egotycznego umysłu jak najbardziej tak. Co więcej, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Zatem i w jednym i w drugim przypadku skazani jesteśmy na cierpienie i końcową porażkę.
No dobrze...jaka zatem (i czy w ogóle) istnieje alternatywa? Oczywiście że istnieje. Najskuteczniejszym i jakby nie patrzeć końcowym efektem jest dostąpienie tzw. "przebudzenia".
Owo "przebudzenie" jest tak na prawdę wypadkową kilku zależności i owocem przyjęcia pewnej, określonej postawy. Ten temat odłożymy na później, gdyż potrzebne będzie wnikliwsze jego prześledzenie. Teraz skupimy się na ewentualności, znacznie poprzedzającej tę fundamentalną okoliczność. Zatem mamy jednostkę pod wpływem ciśnienia. Jednostka próbuje walczyć. Tu dochodzi do uruchomienia wszelkich scenariuszy opisanych wcześniej, z "ciałem bolesnym" w roli głównej. Po jakimś czasie następuje impas. Jednostka widząc że nic nie wskóra przyjmuje drugą postawę, opartą na bierności. Uaktywnia się"ciało bolesne", jednakże tym razem jednostka pozbawiona jest możliwości ataku. Prowadzi zatem działania defensywne. W jednym i drugim przypadku cały czas presja ciśnienia jest wysoka i wciąż rośnie. I tu właśnie, może dojść do swoistego przełamania. Pojawia się "punkt zerowy". Moment, kiedy uświadamiamy sobie nie tylko samo ciśnienie, ale też schemat jego działania. Ponadto zauważamy, że przybiera ono formę pewnych...energii. To już znaczący krok naprzód. Dlaczego? Ano dlatego, że niejako zaczynamy budować wobec tego opozycję. Tym razem jednak inną niż tę, zaproponowaną przez umysł.
Pierwszy raz zamiast walki lub bierności, powołujemy do życia kreatywność. Wprowadzamy do obiegu własną wizję, w której jest miejsce na wszystko, co może wydać się pomocne w zredukowaniu ciśnienia. Nie walczymy tylko budujemy. Zasadnicza i znacząca różnica! Oto z wojownika uwikłanego w schemat powtarzających się w kółko ciosów, lub ofiary która ciosy przyjmuje i znosi je pokornie, przemieniamy się w "wielkiego budowniczego". W kreatora nowych wyobrażeń. Z miejsca powołujemy energie oparte na współistnieniu z naszymi pragnieniami i wyobrażeniami. To w istocie początek wyzwalania się z presji ciśnienia. Zasadnicza sprawa, jak wspomniałem wcześniej, tkwi w tym swoistym dojściu do "punktu krytycznego". Jednak to nie wszystko. By odpowiednio wykorzystać wiedzę wynikłą z uświadomienia sobie energetycznej natury ciśnienia i w rezultacie wprowadzić "do gry" swoją, pomocne mogą okazać się pewne techniki. Pierwszą której przyjrzymy się już wkrótce będzie...technika wizualizacji.

c.d.n.
 


czwartek, 17 stycznia 2013

Cudowna kraina

Niech ten wpis będzie swoistym suplementem do tego, co poruszone zostało wcześniej. Zabawmy się zatem w małe podsumowanie. Jeszcze trochę słów i kilka zestawień cyferek. Może wreszcie rozbolą nas brzuchy...

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Stan wyjątkowy



Wielu ludzi po obejrzeniu tego bądź podobnych filmów, na moment być może się zastanowi, pomyśli, po czym lakonicznie stwierdzi: "To nas nie dotyczy". Tak moi drodzy. Większość ludzi wciąż jeszcze nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia i z konsekwencji pewnych decyzji, które zapadają wysoko nad naszymi głowami.
Gdy po ciężkim dniu wracamy z pracy, wkładamy ciepłe papucie i siadamy w fotelu przed telewizorem by pobawić się z dzieckiem lub psem, chcemy wiedzieć jedno. Że wszystko idzie dobrze ustalonym trybem, nie ma żadnych niespodzianek i bez obaw można snuć plany na przyszłość. Że trywialnie mówiąc "jest git".
Czy aby na pewno?
Oglądamy wiadomości. Czyli...znajomy scenariusz. Trochę politycznych przepychanek, trochę obietnic, kilka nowinek ze świata i na koniec informacja dnia w stylu: nowa kreacja celebrytki Muchy na Balu Mistrzów Sportu. Ziewając odchodzimy od telewizorni i zmierzamy do drugiego pokoju by odpalić kompa. A nuż kumpel wysłał nam ciekawe info, tudzież coś fajnego pojawiło się na allegro.
I już entuzjastycznie serfujemy po wirtualnych falach, ale ni stąd ni zowąd pojawiają się jakieś zawirowania, jakieś spięcia i zniekształcenia. Co u licha? "Nie mam dziś ochoty na jakieś brednie"-mówicie próbując wyjść z tego ustrojstwa ale...ciekawość zwycięża. Zatrzymujecie na dłużej wzrok na tytułach i zaczynacie czytać:
Ustawa o GMO przegłosowana, Projekt o obowiązkowych szczepieniach w toku, Ustawa o ograniczeniu preparatów ziołowych zatwierdzona, Projekt obowiązkowych czipów dla pacjentów szpitali od 2013r....
Czym więcej nagłówków, tym przybywa zmarszczek na waszym czole. Niektóre zdania czytacie po dwa razy, bo za pierwszym wydaje się że czegoś nie zrozumieliście. Że przecież to niemożliwe. Dopiero po dłuższej chwili możecie oprzeć plecy o krzesło i patrząc tępo w monitor wycedzić przez zęby: "Kurwa mać".

Tak moi drodzy. Prawda bywa okrutna i w zdecydowanej większości zaskakująca. Przynosi obawę a być może od razu kopie trwogą miedzy oczy. Nagle uzmysławiamy sobie, w jakim niebezpieczeństwie się znaleźliśmy. Słynny casus "To nas nie dotyczy", niestety już nie obowiązuje. Dlaczego? Ano dlatego, że chcąc nie chcąc jesteśmy na samym dole drabinki. Wyżej są instytucje, urzędy, ministerstwa czyli...państwo.
"Ale jesteśmy demokratycznym i wolnym Państwem"-  zaraz ktoś powie. Czyżby?
Przecież wchodzimy w skład większego tworu, który znajduje się na jeszcze wyższym szczeblu i to od jego wewnętrznej doktryny (czyt. finansów) zależy, co tak naprawdę i za ile będzie realizowane. To jest wolność?
A przecież ponad tym tworem są kolejne. Ponad UE, czy ONZ znajdują się radośni przedstawiciele największych banków, które owym instytucjom udzielają pożyczek, jak np. słynny Goldman Sachs Bank.
Z kolei owe banki są własnością kilku znanych rodzin, takich jak Rothschildowie, Rockefellerowie czy Morganowie. Tak więc piramidka doskonała. Pech tylko, że właśnie znajdujemy się na samym jej dole.

Wciąż wielu ludzi nie dopuszcza do siebie faktu istnienia NWO. Choć na każdym kroku widoczna jest coraz bardziej posunięta indoktrynacja i próba odwrócenia uwagi społeczeństwa od rzeczy bardzo istotnych. Można rzec- kluczowych. I nie mam na myśli totalnego zadłużenia kraju, ale chociażby bandycką "zasłonę dymną" w sprawie GMO; gdzie polskie społeczeństwo zostało postawione przed faktem dokonanym, bez najmniejszej możliwości wypowiedzenia się w tej sprawie. Jak dla mnie to już całkowicie wyraźny dowód na to, że ludzie rządzący tym krajem realizują politykę antyspołeczną i antyludzką. Że są po prostu agentami międzynarodowego korporacjonizmu, którzy po raz kolejny sprzedali Polskę za "garść srebrników". Macie wątpliwości? Poczytajcie więc dokładnie czym jest GMO i jak rzutuje na ludzki organizm. To jest akurat świeży przykład, choć wcześniej mieliśmy ich już na pęczki (vide- gaz łupkowy). Zmierzam do tego, że społeczeństwo powinno zdać sobie sprawę z jednej, podstawowej kwestii. Jesteśmy tylko i wyłącznie zadłużonym niewolnikiem w tym całym chorym systemie międzynarodowej lichwy i wyzysku. Na wielu forach toczą się bezowocne spory i dyskusje, KTO w istocie jest za to odpowiedzialny. Czy to żydomasoneria, iluminaci, Różokrzyżowcy, Watykan czy może kosmici (Reptillianie). Ale czy w istocie jest to takie ważne? Kimkolwiek by oni nie byli, faktem jest że stworzyli potwora. Że obecnie obowiązujący system finansowy pożera już całe kraje i doprowadza do wciąż pogłębiających się różnic i dysproporcji w świecie. I z roku na rok rozszerza tylko enklawy biedy i destabilizacji, doprowadzając również do degradacji naszej planety.
"To nas nie dotyczy"? Nie moi drodzy-wręcz przeciwnie. Siedzimy wszyscy w tym szambie po uszy. Musimy uzmysłowić sobie, że prędzej czy później ta patologia przełoży się na to co mamy, bądź mieć będziemy w portfelach. Na to też, co niebawem będziemy chcieli nabyć (a być może okaże się że nas nie stać). Czy wreszcie na to, że może wkrótce zachorujemy (czego nikomu nie życzę) na tyle poważnie, że aby funkcjonować nie tylko potrzebny będzie znaczny wydatek, ale i bardzo kosztowna rekonwalescencja.
I że przy obecnym chorym systemie będzie to prawdziwie "rosyjska ruletka".

Wielu ludziom po mału zaczynają otwierać się oczy. Zmusza ich do tego sytuacja i niebywałe ciśnienie. Widzą jak w istocie zbiurokratyzowana machina państwa traktuje zwykłego człowieka. Że odhumanizowany system niszczy w zarodku wszelkie próby wykreowania jakiejś alternatywy, dla źle funkcjonującego państwa. Myślę tu o drobnej przedsiębiorczości i ludziach ją tworzącej. Że w tym pochwalnym wyciu z ekranów tv i codziennej prasy mamy same fałszywe dźwięki, służące omamieniu społecznemu i odwróceniu uwagi od jakże ważnych aspektów naszego życia. Że pod tą fasadą, utkaną ze świecidełek, pięknych hasełek, owacji i podziwów mamy zgniliznę, upadek i biedę. Czy trzeba więcej? Już nawet sami politycy zaczynają bez kozery mówić o aktualnej sytuacji:

Zastanówmy się nad tym. Wspólnie...  

sobota, 5 stycznia 2013

Samoloty widmo, chemtrails i wojna genetyczna



Jeszcze kilka dni temu nie przewidywałem wcale tego wpisu. Przynajmniej nie w takiej formie jak obecnie. Jednak 02.01.br. byłem świadkiem ciekawej obserwacji, która ponownie zwróciła moją uwagę na zagadnienia, od pewnego czasu mnie zastanawiające. Ale po kolei. Będąc w domu w godzinach popołudniowych, zaobserwowałem na niebie dość mocno widoczny obiekt. Przesuwał się po trajektorii E-W. Wkrótce już gołym okiem mogłem wychwycić sylwetkę samolotu, który wyraźnie odbijał się w promieniach zachodzącego słońca. Nie potrafię szczegółowo określić pułapu, jednak wydaje mi się że leciał mniej więcej na 2500-3000m. Obserwowałem go przez około minutę. Przez ten czas samolot zbliżył się do niewielkiej grupki chmur stratocumulus, które były jedynymi w obszarze widocznego mi nieba, po czym w nią wleciał. Przyjmując że miał cały czas równą prędkość przemieszczania się, z owej grupki chmur powinien wylecieć po ok. 10-15 sekundach. Jednak nie wyleciał. Ponieważ jak wspomniałem, wokół niebo było absolutnie czyste, nie istniała żadna inna bariera mogąca odgrodzić ów samolot od naziemnej pozycji obserwatora. Szybko sięgnąłem po swoją podręczną lornetkę 10X25 i jeszcze raz zlustrowałem wszystkie krawędzie chmury. Śledziłem też inne kierunki, biorąc pod uwagę być może nagłą zmianę kursu (choć w przypadku samolotu nie jest to przecież gwałtowny proces). Jednak moje czynności okazały się bezowocne. Samolotu już nie zobaczyłem. Po prostu zniknął całkowicie w grupce stratocumulusów. Od samego początku obserwacji nie słyszałem silników samolotu. Jednak przebywałem w pomieszczeniu, poza tym pewnie i na zewnątrz nic nie byłoby słychać ze względu na znaczny pułap. Nie było też żadnych smug kondensacyjnych po owym samolocie (zresztą w momencie obserwacji w ogóle takowych nie było, włącznie ze śladami chemtrails). I w sumie tyle. Zjawisko zaintrygowało mnie na tyle że zacząłem drążyć temat. O tzw. "samolotach widmo" czytałem niejednokrotnie w literaturze ufologicznej, jednak wtedy traktowałem problem dość wybiórczo.
Samolot czy...hologram?

Okazuje się że temat "samolotów widmo" jest ostatnio dość mocno eksploatowany. Ale początek temu wszystkiemu dał incydent 9/11, a w zasadzie stopniowe odkrywanie wielu nieścisłci co do jego wersji oficjalnej. I nie mam tu na myśli ataku na Pentagon (gdyż tu akurat nikt samolotu nie widział), a o uderzenia tychże w wieże WTC, które według niektórych wyglądały  na tyle nierealnie, iż zaczęto doszukiwać się potężnej mistyfikacji za którą stoi nie tylko manipulacja medialna, ale też użycie techniki komputerowej i hologramowej.
Jeden z filmów demaskujących komputerowo- hologramową mistyfikację

Ale zostawmy już sprawę 9/11. Nie minęła jednakże dekada, gdy znów dowiedzieliśmy się o "samolotach widmo", tym razem występujących często w połączeniu ze zjawiskiem chemtrails. W sieci bez trudu można znaleźć filmiki, na których rozsiewanie smug tworzą obiekty których...prawie nie widać.
     Jeden z filmów

Inny przykład zajmują doniesienia w których dochodzi rzekomo do lotniczej katastrofy, po której nie ma jednak na ziemi absolutnie żadnych śladów. Świadkowie widzą spadający samolot i nierzadko moment eksplozji, ale po udaniu się na miejsce stwierdzają że...nic takiego nie miało miejsca.

"Mieszkańcy Westbrook w stanie Connecticut byli zaskoczeni gdy w środowy ranek 15 stycznia 1997 usłyszeli, jak jednosilnikowy samolot wpadł do wód rzeki Long Island Sound... i znikł. Według gazety The Day, "Straż Przybrzeżna, stanowy Departament ds. Ochrony Środowiska, dwa helikoptery ratunkowe, oddziały straży pożarnej z Westbrook, Old Saybrook, Madison i Clinton, a także patrole marynarki wojennej i prywatne łodzie przeszukały obszar 100 mil kwadratowych po tym, jak jeden z mieszkańców zgłosił obserwację samolotu wpadającego do wody". 

"26 lipca 1998 roku w pobliżu Skelmersdale w hrabstwie Lancashire w Anglii mieszkańcy donosili o spowitym płomieniami samolocie, który uderzył w ziemię, wybuchając kulą ognia. Policja, zespoły ratownicze, strażacy i medycy wraz z helikopterami przeszukali teren. Świadkowie mówili, że samolot rozbił się na polu, a za nim ciągnęła się smuga dymu. Nigdy nie znaleziono żadnego samolotu ani też śladu po jakimkolwiek upadku."

Czym zatem są podobne doniesienia i czy mamy tu do czynienia z fizycznymi obiektami, czy np. zbiorową halucynacją lub hologramami? Jakiś czas temu w magazynie "Wizje peryferyjne", pojawił się ciekawy wywiad z nieżyjącym już płk.Philipem J.Corso, autorem książki "The day after Roswell", w którym bez ogródek poruszana jest kwestia wojskowych pojazdów o zaawansowanym stopniu kamuflażu. Corso mówi tam o przynajmniej trzech niezależnych projektach realizowanych na zlecenie Departamentu Obrony USA. Pierwszy z nich miał powstać już pod koniec lat 60. zaś najnowszy (i najbardziej zaawansowany) wszedł ponoć w życie podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej. Jednakże nie o słynną technologię "stealth" tu chodzi, a o znacznie bardziej zaawansowany projekt. Zakłada on bowiem nie tylko "niewidzialność" dla radaru, ale przede wszystkim dla...ludzkiego oka. Brzmi ciekawie. Oczywiście można szukać tu analogii do popularnej swego czasu w USA (choć nie tylko) fali "czarnych helikopterów", które pojawiały się na miejscu rzekomych obserwacji UFO, po czym w sposób tajemniczych znikały, nierzadko na oczach wielu gapiów. Zresztą były to manifestacje różnego typu. Raz pojawiały się niby zwykłe helikoptery, które po jakimś czasie dosłownie rozpływały się w powietrzu, inne manifestowały się jako wizja (bez najmniejszego dźwięku), a niektóre obserwacje dotyczyły niesamowitych odgłosów helikoptera (łopot śmigieł i wirników) przy całkowitej niewidzialności obiektu. W wielu podobnych przypadkach pojawiał się też swoisty "efekt uboczny" w postaci okaleczonego bydła. I wreszcie zupełnie już kontrowersyjne doniesienia, na których helikopter z czasem tracił ostrość i kontury, przeistaczając się albo w jaskrawe światło, albo w dyskokształtny obiekt.
Jeden z "czarnych helikopterów" w pobliżu Louisville (marzec 2010)

Ale wróćmy do samolotów. Jeśli odrzucimy element  halucynacji (wydaje mi się że nie doświadczyłem jej kilka dni temu), to pozostaje nam albo jakaś nieznana szerzej technologia albo...cóż właśnie? Zastanówmy się jednak nad aspektem "samolotu widma" względem chemtrails. Jeśli zjawisko chemtrails przyjąć za realnie zachodzące (a nie mamy powodów by tego nie robić, wszak pojawiają się już coraz liczniejsze analizy rozpylanego materiału- vide forum aircrap.org), wówczas można zadać sobie pytanie, co taki kamuflaż ma skrywać. Hologramy teoretycznie nie potrafią rozpylać czegokolwiek, poza tym muszą posiadać swoiste tło na którym zostaną wyświetlone, dlatego należy przyjąć że chodzi tu jednak o coś innego. Zatem realna tym razem technika (prawdziwej) niewidzialności ma jakiś inny cel. Ale jaki. Ukrycie przed naszymi oczami obiektów które samolotami nie są? I tu do głosu dochodzi jak się okazuje pewne grono ufologów, którzy w fenomenie chemtrails upatrują wyraźnie działalność obcych. Co prawda literatura tego nurtu zna dużą ilość przypadków, które śmiało można uznać za próbę kamuflowania obiektów UFO pod postacią innych pojazdów, ale w przypadku chemtrails sprawa wydaje mi się podejrzana.
Sekwencja zdjęć rzekomo przedstawiająca transformacje nieznanego obiektu w samolot pasażerski

 Czyżby znów ktoś chciał zwalić potencjalną winę na biednych kosmitów i skierować naszą uwagę na rzeczy dalsze, podczas gdy pod nosem dzieją się te najistotniejsze? Jest to nie wykluczone a nawet bardzo prawdopodobne. Być może podobnym celom służył mit Roswell, dzięki któremu starano się odwrócić uwagę od badań nad nowymi technologiami. Tym razem jednak cel końcowy wydaje się być na prawdę zatrważający. Oto bowiem jeśli za chemtrails stoi tzw. wojna genetyczna, to na naszych oczach rozgrywa się być może proces całkowitego przeobrażania życia na naszej planecie. Jednak przeobrażenia stworzonego tylko i wyłącznie w intencji nowego sposobu panowania nad światem i czerpania z tego niewyobrażalnych zysków. Oglądając filmy jak ten poniżej, zaczynam mieć 100% pewność, że ludzie kręcący tym wszystkim są dewiantami czystej krwi, którym po raz kolejny wydaje s że poprawianie natury wyjdzie wszystkim na dobre. Szkoda że w swojej futurystycznej ślepej wizji zapomnieli o jednym. Że człowiek tworzy integralną całość z ekosystemem planety i w istocie bez niego nie potrafi funkcjonować. Chociaż nie,oni to doskonale wiedzą. Dlatego chcą to zaburzyć, zniszczyć i zrobić z nas robota oderwanego od natury i działającego na zasadach "nowego źródła". Ma nim być jakaś wyimaginowana sztuczna inteligencja, która wszystko będzie "wiedzieć więcej" i kreować ma "rozwiązania doskonałe". Znajome prawda? Jakbyśmy oglądali pewien hollywoodzki hit ostatnich lat. I jak myślicie, zrobią to z nieskazitelnie czystych pobudek, by dać ludziom możliwość wyboru, dać środki zaradcze na walkę z chorobami czy niedoskonałościami naszych ciał? Oczywiście że nie. Chodzi o niesamowicie prostą i prozaiczną wręcz rzecz. A imię jej: KONTROLA.

Jeśli to wszystko się uda, będzie to prawdziwy i nieodwołalny koniec naszej rasy. Ludzie pracujący nad tym nie rozumieją, że człowiek jest już w istocie istotą doskonałą. I że droga do odnalezienia uniwersalnej wiedzy Wszechświata znajduje się w naszych wnętrzach. Ale jak mają to wiedzieć, skoro są ślepi na logikę i system działania natury i zwą go "niedoskonałością"? To już nie tylko brak zdolności obiektywnej obserwacji, ale zwykła pycha, wynikła dodatkowo z chęci stworzenia czegoś, na czym po raz kolejny można zarobić krocie. Przez setki lat egotyczny umysł zatruwał naszą cywilizację, tworząc tu prawdziwe piekło na Ziemi. Teraz zaś dodatkowo jakaś grupka szaleńców próbuje wmówić nam że prawdziwa ewolucja to "wejście w skórę" stworzonego na szybko mutanta, który będzie rzekomo lepszy i znacznie lepiej dostosowany do warunków bytowania. Ale zastanówmy się, jaki w istocie byt mamy tu na myśli. No cóż...w filmie podkreślone jest to bardzo wymownie. Struktura ula bądź mrowiska staje się jedyną obowiązującą alternatywą. I absolutnie NIKT nie będzie już w stanie się wyłamać. Nawet Orwell nie wymyśliłby tego lepiej.