czwartek, 29 listopada 2012

Koniec czy...początek?



Tak się składa że małymi kroczkami ale jednak, zbliżamy się nieodwołalnie do daty 21 grudnia 2012r.
Chcąc nie chcąc, wpasowujemy się w pewien obowiązujący już od pewnego czasu schemat myślowy, który postrzega tę datę jednoznacznie- koniec kalendarza Majów a co za tym idzie- koniec naszej cywilizacji.
Stanowisko jakby nie patrzeć bardzo kontrowersyjne, ale jakże twórcze. Przez ostatnie lata o "końcu świata 2012" napisano i powiedziano chyba więcej niż o wszystkich innych wydarzeniach z tego okresu.
No i nie dziwmy się. Ten temat jest na tyle obiecujący, że można zaryzykować tezę, iż nie jeden wyczuł tu niezły biznes. Zresztą przykładów jest wiele, choćby świetnie sprzedające się za oceanem tzw. "zestawy ratunkowe", mające dać nam gwarancje przeżycia w najbardziej nawet ekstremalnych warunkach.
Abstrahując od takich skrajnych przykładów, wiemy na pewno, że poddani tej ogólnej medialnej presji wierzymy że "coś się święci". Oliwy do ognia dodają też co jakiś czas "eksperci", mówiący o takim czy innym niepokojącym zjawisku.
Także ludzie czytają, oglądają, myślą i czekają być może na wielkie "bum". Czy słusznie?
Nie chce mi się już wracać do materiałów, które jasno i dobitnie pokazują że interpretacja końca kalendarza Majów jest po prostu lekko chybiona. Mówi o tym chociażby ostatnia książka Barbary Marciniak "Ścieżka mocy 2012" (którą polecam). I choć nie ze wszystkim zgadzam się z autorką, to jednak podpisuje się pod taką właśnie koncepcją "daty końcowej".
Zatem koniec czy wręcz przeciwnie...początek? Zresztą teza tzw. "końca" wydaje się jakoś mało przekonywująca. Jeśli nawet grozi nam apokalipsa i popadniemy w niebyt, to przecież ewolucja dalej trwa i świat będzie istniał jeszcze pewnie długo. Tyle że bez naszego gatunku.
Ale jest coś jeszcze. Wszystkie bowiem zmiany cywilizacyjne zawsze postrzegamy w kategoriach form. Nie może być inaczej, gdyż właśnie (póki co) życia materialne wypełnia ludzką egzystencję prawie w 100%.
A jeśli tym razem zmiana (koniec) dotyczy czegoś innego. Na przykład naszego wnętrza? O tym zdaje się pisać właśnie Barbara Marciniak, o tym też znakomicie mówi na swoich wykładach Eckhart Tolle.
Zmiany nie muszą być wcale tylko i wyłącznie namacalne i widoczne. Mogą one być też zdecydowanie bardziej subtelne i dotykać tych rejonów, o których na co dzień (niestety) nie mamy pojęcia.
Zmierzam do tego, że "koniec cywilizacji" może oznaczać zrzucenie pewnego jarzma. Jarzma utożsamienia się z formą, z czasem i z ego. Z tymi właśnie czynnikami, które ograniczają naszą percepcję do dwóch czy trzech linii na krzyż, gdzie tymczasem obcujemy z całą siatką takich zależności, wynikłych z wielkiej złożoności życia w ogóle.
Wiem że jest to nieco enigmatyczne, ale uważam, że po mału dochodzimy (jako ludzie) do swojej prawdziwej natury. I ten "koniec" może być pierwszym i znaczącym sygnałem że to się zaczęło.
Są jednak jeszcze inne czynniki. Mówi się o NWO i Iluminatach, którzy doskonale zdają sobie z tego sprawę i skutecznie "hamują" ludzkość przed przejściem na wyższy poziom egzystencji. Po to, by dalej czerpać z naszej nieświadomości, niewiedzy i strachu olbrzymie profity, tak jak to dzieje się teraz.
Na szczęście (pisałem już o tym wcześniej i powtórzę jeszcze raz)- ewolucji się nie zatrzyma. To niemożliwe. Dlatego jeśli nawet owi dzierżący władzę chciwcy mają plan utrzymać nas w ryzach nieświadomości przez wieki, to jednak będą musieli przyjąć wkrótce do wiadomości swoją klęskę. Naturą Wszechświata jest wieczny ruch, wieczna zmiana i ewolucja. Jest to odwieczne prawo istnienia i nikt nie jest w stanie go odwrócić. To wypływa z naturalnego, przedwiecznego porządku, którego religię zwą Bogiem, inni Jednią a jeszcze inni uważają że słowa tu nie wystarczą (Laozi- Tao Te Ching)
Eckhart Tolle wspominał o tym także na jednym z wielu prelekcji: "Najpierw człowiek żył całkowicie nieświadomy istnienia ego. Kolejny etap to ten, w którym całe swoje życie podporządkował właśnie jemu. Z kolei teraz rodzi się nowy etap. Stopniowego uświadamiania sobie "istnienia ego", a co za tym idzie porzucania go na rzecz nowej świadomości. Świadomości życia w Jedni".

Czegóż więc się bać. Progresu i ewolucji? Było by to nad wyraz nielogiczne i zwiastowało tylko dalszy ciąg "choroby", z którą dziś zmagamy się na co dzień.
Nie bójmy się niczego. Spójrzmy na to wszystko z punktu widzenia "pogodzenia z chwilą". Z punktu widzenia życia w "tu i teraz". Tylko w ten sposób uzyskamy odpowiedzi które są w nas już od dawna, jednakże zbyt przysłonięte tzw. rzeczywistością, by móc odebrać ich pierwotną jasność i siłę.


wtorek, 27 listopada 2012

Polityka dezinformacji



Widząc dokonania kolejnych tzw. badaczy Riese mam nieodparte wrażenie, że mimo dość istotnych i dobrze sprecyzowanych wniosków które pojawiły się w przeszłości, usilnie stara się nam wmówić pewien schemat.
Co ciekawe, schemat, który już praktycznie został wcześniej ukazany jako niewystarczający i pozbawiony zdrowego rozsądku. Ale widocznie co po niektórzy zamiast kierować się nim właśnie, wolą jechać na najbardziej utartych i pozbawionych sensu teoriach, które negują osiągnięte już wcześniej tropy i ślady.
Jedną z takich właśnie pozycji jest najnowsza książka Dariusza Garby "Tajny projekt III Rzeszy - FHQu "Riese".
Zastanawia mnie po pierwsze jedna rzecz. Dla kogo ma być ta książka. Kogo tym razem autor obrał sobie za potencjalnego czytelnika? Biorąc pod uwagę lansowaną tezę (o "Riese" jako kolejnej kwaterze Hitlera), mniemam że kieruje ją w kierunku całkowitych "świerzaków", którzy sięgają po owe zagadnienie po raz pierwszy, albo do niedawnych czytelników książek pokroju: "Kwatery główne Fuhrera" Zeidlera i Zeigerta, która to z wielką łatwością określa "Riese" na mapie planów strategicznych III Rzeszy; nie zadając sobie trudu weryfikacji wielu rzeczy jak chociażby strategicznego charakteru kompleksu (co widać gołym okiem), tajemniczego zniknięcia dziesiątek tysięcy więźniów bezpośrednio pracujących przy budowie, czy wreszcie elementów scalających faktyczne "Riese" z Książem, Środą Śląską, Szczawnem Zdrój czy Pilznem i Monachium.
Również książka Dariusza Garby nie zadaje sobie trudu prześledzenia wątków podjętych przez np. Jerzego Cerę, dr Wilczura ale też Jacka Duszczaka czy Igora Witkowskiego, a które mówią o odnalezieniu w niektórych tunelach materiałów rozszczepialnych i rtęci. Również relacje najbardziej chyba reprezentatywnego świadka- prof Mołdowy są dla niego mało znaczące, mimo tego, że znajdują potwierdzenie chociażby w dokumentach Sonderstabu SS-Obergruppenfuhrera Kammlera, dotyczącej obiektów objętych kryptonimem S-3 (w skład których wchodziły na terytorium Polski min. Książ, "Riese", Ludwikowice czy Środa Śląska a także kilka obiektów w Czechach).
Co więcej, autor powołuje się w swojej książce na inną, mianowicie pracę Kowalskiego, Kudelskiego i Rekucia "Tajemnica Riese", którzy to również z uporem maniaka lansują tezę nowej kwatery Hitlera. Ale w ich pracy pojawia się na przykład interesujący wątek niejakiego radzieckiego oficera nazwiskiem Plisko i tropów odnośnie rzekomego przejęcia Rosjan dokumentacji, a także ciekawe zeznania niejakiego Kazimierza Fiedorowicza, potwierdzające jednoznacznie zbrojeniowe przeznaczenie kompleksu. Autor milczy też chociażby o pracach H. Strugholda ze Szczawna- Zdrój, pracującego nad zachowaniem się organizmu człowieka w stratosferze. Efekty jego badań trafiały bezpośrednio do Książa, gdzie mieścił się departament badawczo- rozwojowy Jagerstabu (Sztabu myśliwskiego Luftwaffe).
Takich zresztą relacji jest o wiele więcej, tyle tylko że pan Dariusz Garba sprytnie omija takowe, skupiając się na jednopłaszczyznowym ujęciu zagadnienia. Nawet jeśli przyjmiemy że Hitler miał mieć tam kolejną kwaterę, to wielu badaczy udowodniło już że najprawdopodobniej chodzi tu o sam Książ. Choć nie jest to do końca pewne. Jednak utrzymywanie całego "Riese" wraz z przyległymi obiektami na Dolnym Śląsku (których jest kilkanaście) i jeszcze dokładając do tego na przykład powiązany ośrodek naukowy w Pilznie, w ramach koncepcji kolejnej kwatery wodza Rzeszy staje się nie tylko nielogiczne ale i śmieszne.
Reasumując: pan Garba poszedł jedynie sobie właściwym tropem i omijając wiele niewygodnych faktów zaserwował nam znów "odgrzewane kotlety".
Celowa polityka dezinformacyjna, czy próba zaistnienia z rzekomo "nowymi" dowodami?
Trudno powiedzieć. Owe dowody nie tylko rozczarowują ale i nasuwają wnioski, iż część badaczy woli tkwić przy skostniałych schematach i z tyłkiem przy stołku, zamiast też ruszyć w teren i skorelować swoje spostrzeżenia z chociażby geologami (jak uczynił to chociażby I. Witkowski).
Cóż...trzeba więc zatem dalej oddzielać ziarno od plew mając nadzieję, że podobnych publikacji jak książka Dariusza Garby ujrzymy jak najmniej.
 

poniedziałek, 26 listopada 2012

Zbędność słów

Czy w dzisiejszym rozdygotanym świecie, pełnym szerokich pojęć i definicji rzucanych na prawo i lewo, pełnym osądów, przykazów nakazów i wniosków, jest jeszcze jakieś małe miejsce na przechowywanie ciszy? Mam na myśli tę pierwotną ciszę, która wypływa z naszego wnętrza w momentach szczególnych. Kiedy ustaje myślenie a my, poddajemy się nastrojowi chwili. Czy posiadamy takie małe zamknięte enklawy spokoju, do których możemy dotrzeć?
Obserwując wszystko wokół zaczynam nabierać pewności że jednak coraz większa liczba ludzi zaczyna to dostrzegać. Tę naturalną ostoję naszego wnętrza, tę cierpliwą i nigdy nie osądzającą sferę, gdzie jest połączenie ze WSZYSTKIM.
Tak sobie myślę, że człowiek ma jeszcze w swoim wnętrzu jakieś pierwotny instynkt, który mimo wszystko każe mu zwracać uwagę na to co wewnątrz. Ten instynkt często jest zaburzony. Szczególnie dziś, w dobie cywilizacji medialnej. Tu wszystko podporządkowane jest bowiem umysłowi, a cała reszta uważana bywa za zbędny lub mało znaczący balast. Ale bywa i tak, że ta presja czynników zewnętrznych działa jak "katalizator" na drodze ludzkiego przebudzenia. I dziś to chyba zaczyna mieć miejsce. Dlaczego bowiem tak wielu ludzi właśnie teraz, w czasach dominacji miliardów gadżetów i rzeczy materialnych które przysłaniają zdrowy rozsądek, nagle sięga do swojego wnętrza. Czyżby "zmęczenie materiału"? A może po prostu dostrzeżenie pierwotnych i szczerych instynktów?
To widać gołym okiem moi kochani, choć oczywiście telewizja tego nie pokazuje. Ona zawsze skupiona jest przecież na negatywnych aspektach rzeczywistości, bo takie najlepiej się sprzedają. Coraz więcej jednak ludzi próbuje szukać gdzieś indziej. Nie oglądają telewizji, nie gonią za nowinkami które rzekomo "musisz mieć". Wyzbywają się otwarcie takiego spojrzenia na rzeczywistość. I stanie się tak, że prędzej czy później cały ten, wyśniony przez globalistów i NWO świat legnie w gruzach. Dlaczego? Bo ludzie odwrócą się od niego plecami a zwrócą twarzami ku sobie. I podadzą też sobie rękę. Pomogą. Tak będzie, gdyż prędzej czy później instynkty zwyciężą. Istota ludzka to istota społeczna i naszym celem jest kochać i budować świat na relacjach współdziałania.
Mrzonki...ktoś powie. Przez tysiące lat przecież było tak samo. Było, ale być nie musi. Poza tym widać już pewien postęp. To również pewien paradoks, że szkodliwa i trująca ludzi cywilizacja medialna, staje się też narzędziem pomocnym w kształtowaniu naszego wnętrza, a w szczególności rozbudzania naszych serc.
Wielu ludzi jest jeszcze w letargu. Wielu śpi i słucha tych, co rzekomo mają przepis na "raj na ziemi".
Ale są już tysiące myślących zupełnie inaczej. I sytuacja ta zmienia się na korzyść z każdym kolejnym pokoleniem. Po prostu...ewolucja i...instynkt.

Kiedy uświadomimy sobie ten proces, tę zbędność słów w momentach kluczowych i nader ważnych, wtedy dotrze do nas prawdziwa i szczera energia. Energia, którą przecież wszyscy posiadamy i dzięki której możemy zobaczyć więcej. Nie bójmy się jej, bo to nasza prawdziwa i jedynie szczera natura.


Namaste     

niedziela, 25 listopada 2012

Dlaczego Sudety?

Wiele osób zadaje mi pytanie, dlaczego akurat te góry, dlaczego ten region. Ale jak im to wyjaśnić? Z reguły jest tak, że gwałtowne uczucie przychodzi niepostrzeżenie i w najmniej odpowiednim momencie. A później jest już za późno na cokolwiek. Moje pierwsze spotkanie z Sudetami to zima 1981 roku i wczasy w Dusznikach- Zdrój, u stóp Gór Bystrzyckich. Byłem jeszcze młokosem, ale już pewne obrazy przemówiły do mnie nad wyraz silnie. Pamiętam pierwszą wycieczkę po okolicy, gdzie wyobraźnia pracowała na całego, gdy samochód wjeżdżał w głębokie jary, parowy i lawirował krętymi drogami. Gdy zobaczyłem niesamowite piaskowcowe formy Gór Stołowych, które przypominały postacie zaklęte w kamień. I gdy szum górskich strumieni zlewał się z przepięknie ośnieżonym aż po widnokrąg "morzem" świerczyny.
I wystarczyło...coś w sercu drgnęło i tęsknota pozostała. W kolejnych latach wracałem w te miejsca. Najpierw jeszcze z rodzicami, potem już samodzielnie. Za każdym razem doświadczałem tego samego. Jakiejś trudno wyrażalnej mieszanki zachwytu, nostalgii i wrażenia, że oto obcuje z terenem niezwykłym. Później, gdy trochę zacząłem interesować się historią regionu, zdałem sobie sprawę że to wrażenie było jak najbardziej na miejscu. Że Dolny Śląsk i Sudety są wyjątkowe,bo tam właśnie fantastyczny koloryt miesza się z niesamowitą geologią i historią (jakże wielokulturową) i tworzy mieszankę iście piorunującą.
Zróżnicowanie tego krajobrazu może doprowadzić do zawrotu głowy i bezsprzecznie nie ma ono swojego odpowiednika w Polsce. Zresztą w całej Europie można znaleźć jedynie kilka podobnych. Mamy tu wszystko. Od przestronnych i urozmaiconych pod względem rzeźby Sudetów zachodnich, gdzie prym wiodą monumentalne Karkonosze, z jakże surowym zimowym klimatem; przez bardzo tajemnicze Sudety środkowe, poprzecinane wieloma dolinami, co wpływa na bardzo zróżnicowany charakter tych pasm. Gdzie łagodne Góry Sowie kontrastują z głęboko wciętymi zboczami Gór Kamiennych, a już kawałek dalej z krajobrazu wyrasta kolejny cud natury, w postaci jedynych w naszym kraju gór płytowych. Mam oczywiście na myśli Stołowe. I wreszcie rozległe połacie Sudetów wschodnich, z dominującymi Jesionikami i nie mniej imponującym Masywem Śnieżnika, oraz jednym z najbardziej dziewiczych pasm sudeckich- Górami Bialskimi. A wszystko to w otoczeniu przepięknych i wyjątkowych zabytków i to nie tylko z dziedziny architektury ale też górnictwa, które w Sudetach rozwijało się od czasów neolitu.
Jakże zatem nie kochać tych gór? I dlatego nie przemawiają do mnie postrzępione tatrzańskie turnie, beskidzkie połacie i bieszczadzkie połoniny. Swój "kawałek" Tatr mam w karkonoskich kotłach polodowcowych, beskidzkie klimaty chociażby w Niskim Jesioniku a "dzikość" Bieszczad, odnajdę bez trudu w Górach Bystrzyckich lub Bialskich.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w Polsce mamy wiele pięknych i nader ciekawych miejsc. Zawsze tak uważałem i zdanie nie zmienię. Mamy bowiem wspaniały i zróżnicowany krajobrazowo kraj, w którym każdy może znaleźć coś dla siebie. I ja też znalazłem. Mimo że mieszkam w środkowej Polsce, moje serce już od wielu lat bije na Dolnym Śląsku. Gdzieś tam, wśród tych wyjątkowych gór, gdzie związek przyrody i historii zaowocował regionem niepowtarzalnym i arcyciekawym.

 



 Zdjęcia: internet      

sobota, 24 listopada 2012

Szukanie...




Jakże często widzę wokół ludzi, którzy zachowują się jakby nie mieli wyboru. Wyglądają jak spłoszone i zaszczute zwierzęta, na które się poluje, które szukają swojego miejsca w stadzie, lecz nie wiedzą za kim podążać. Są skołowani, sfrustrowani, a z oczu można wyczytać jedynie lęk i niezrozumienie dla otaczającej rzeczywistości. To w konsekwencji rodzi alienację a później już pewne patologię.
Ilu ludzi tak żyje? Możemy zaryzykować stwierdzenie że coraz więcej.
Nasza cywilizacja i podążająca za nią kultura medialna są bezlitosne. Już dawno człowiek pozostaje pod wpływem jej niszczycielskiej ideologii, zmieniając swoje wnętrze w pustą bańkę, gdzie miejsce podstawowych życiowych odruchów zajęła chęć posiadania, wybicia się ponad "coś tam" i rzekomy indywidualizm, który w rzeczywistości jest tylko efektem odpowiednich rynkowych haseł, kreowanych na potrzeby marketingu. Wielu ludzi uwierzyło jednak w ten "matrix" i goni jak w kieracie od rana do wieczora, rzucając się w wir dodatkowej pracy, biorąc kredyt i zadłużając się w imię czegoś, co rzekomo uczyni ich szczęśliwszym.
A gdy już to mają i osiągną cel stwierdzają, że tak naprawdę chodzi o coś jeszcze i...gonitwa trwa dalej.
Co za ironia... Ludzie na masową skalę zaczęli produkować swoje złudzenia i karmić się nimi wprost bez opamiętania. I w imię czego? By pokazać że się jest niby lepszym, że się ma dom, 48 calową plazmę, dwa samochody (bo jeden to już słaba stopa życiowa) i że stać nas na coroczne wyjazdy w tropiki?
To jest właśnie pełnym uzależnieniem od czynników zewnętrznych. Nie ma tu nawet grama wolności i chęci samostanowienia o sobie. Jest smycz, rygor terminowych spłat kredytu i frustracja, czy aby nie stracimy pracy i zdrowia, bo jeśli już to...przegraliśmy.
Tak więc odgrywamy w tym teatrzyku rolę pokornego sługi, który w imię kilku społecznych definicji, gadżetów lub rzekomego życia na "lepszej stopie" wyzbywa się nie tylko swojej godności, ale też niejednokrotnie swojej natury.

Dlaczego tak daleko odeszliśmy od faktycznego postrzegania (i przeżywania) życia. Dlaczego uwierzyliśmy że ktoś lepiej potrafi zorganizować nam życie, że potrzebujemy przewodnika i mentora?
Dlaczego oddaliśmy swój los w ręce cwanych manipulatorów, dla których jesteśmy pożyteczni jedynie wtedy, gdy stajemy się niewolnikami ich wydumanych i nieraz całkowicie zbędnych produktów. Co stało się z naszym postrzeganiem, analizowaniem i wyciąganiem wniosków? Zostały tylko odruchy, które zaszczepia nam codziennie odpowiednia prasa, radio i telewizja. Impulsy, dzięki którym włączamy odpowiedni program i stajemy się bezwolnym zombie. A przecież wciąż tyle zależy od nas samych . Tak wiele! Mamy wielkie, wręcz nieograniczone możliwości kreacji. Wszystko, dosłownie wszystko zależy od nas!

Od jakiegoś czasu wszystkich szukających czegoś nowego w życiu, staram się odsyłać do lektury ksiażek Eckharta Tolle.
Dlaczego? Bo uważam że są one szczególne. Tak się składa że literatura tzw. ezoteryczna, pozostaje w kręgu moich zainteresowań od ładnych paru lat. Ale tak na prawdę nie zaliczył bym tych książek wyłącznie do tej kategorii. Według mnie to niemalże książki terapeutyczne.
Eckhart Tolle uczy. A w zasadzie pokazuje tylko to, co w sumie wiemy już od dawna, jednak dzięki czynnikom zewnętrznym utraciliśmy bądź niefortunnie "zamietliśmy pod dywan".
Warto jednak pod niego zajrzeć i wydobyć stamtąd tę naszą życiową mądrość, którą nosimy w sobie cały czas, nie zdając sobie z tego sprawy.

Wszystkim życzę odnalezienia siebie.

Namaste   

piątek, 23 listopada 2012

O lesie i wodzie...


Miło dowiedzieć się że na międzynarodowych imprezach, filmy o naszych pięknych górach zdobywają laury. Tak było bowiem podczas trwania festiwalu "Art & Tur Barcelos" w Portugalii. Film niejakiego Libora Spaćka "O lese a vode", o wspaniałej faunie i florze Karkonoszy otrzymał tam drugą nagrodę.
Teraz czekamy więc na rodzimych twórców, którzy z zaangażowaniem podejdą do tematu i zaprezentują być może swoje autorskie prace o tym monumentalnym i jakże pięknym paśmie Sudetów.

"Riese"- Olbrzymia tajemnica




"Kto nie wie- ten mówi, kto wie- ten milczy".

O Górach Sowich napisano już wiele, kto wie czy nie za dużo. Jednak jak by nie było, "Olbrzym" trwa w najlepsze i drwi sobie z wszelkiej maści poszukiwaczy przygód, jak i badaczy chcących rozwikłać zagadkę jego przeznaczenia.

Przez wiele lat po wojnie narosło wiele niejasności i sytuacji spornych, co do kwestii jaką ten kompleks miał odegrać w historii.
O ile na początku, popularna i mocno propagowana była wersja o kolejnej kwaterze Hitlera, to z czasem, po wnikliwej analizie zaczęła ustępować innym, jak chociażby tej- o obszernym kompleksie zbrojeniowym.
Zresztą wersja o kwaterze Hitlera jest jak by nie patrzeć nie tylko naiwna; posądzała by Niemców o marnotrawstwo wielu milionów RM (Hitler zresztą miał już na terenie Polski swoich kwater ok.10 !), ale też bezsensowna- jeśli weźmiemy pod uwagę że mamy w przypadku "Riese" do czynienia z inwestycją absolutnie priorytetową.
Kto jak kto, ale nie słynący z efektywności i pragmatyki (i dlatego też wyrafinowania w ludobójstwie) hitlerowcy, mogli pozwolić sobie na użycie tak olbrzymich środków, dla stworzenia kolejnego "Wilczego szańca".

Ale po kolei...
Dokumenty ujawniają, że terenami tymi hitlerowcy zainteresowani byli już w roku 1939, choć "właściwe" prace nad "Riese" rozpocząć mają się dopiero w 1943. Co ciekawe, nie mamy jednak co do tego absolutnej pewności, gdyż niektórzy więźniowie którzy będą w przyszłości pracować przy budowie kompleksu, trafiają tu już w 1941r.
Oczywiście pełnej dokumentacji na ten temat nie ma, gdyż podobnie jak w przypadku dokumentacji przeznaczenia "Riese"- zniknęła bez śladu. Tak więc od 1943r, prace ruszają pełną parą i prowadzone są bez przerw aż maja 1945r.!!!
Po co? Co skłoniło hitlerowców do tak desperackiego kroku, by w sytuacji widocznej już klęski, dalej prowadzić szerokie pracę w celu...no właśnie, jakim?
Wróćmy jeszcze na moment do skali samego przedsięwzięcia.
Jeśli powołamy się na dane Speera, to widzimy że przy realizacji "Riese":
- zużyto 257 tysięcy metrów sześciennych żelbetonu,
- wykonano 231 tysięcy metrów sześciennych podziemnych chodników,
- wybudowano 58 kilometrów dróg,
- położono 100 kilometrów rur.

Tymczasem odkryte do dzisiejszego dnia kompleksy, to "skromne" 85 tysięcy metrów sześciennych podziemi. Gdzie podziała się reszta?
Nawet gdy przyjmiemy że Speer przedstawił w swoich wspomnieniach nieprawdziwe dane, to mamy coś jeszcze.  Jest to wielka liczba siły roboczej zaangażowanej na tej budowie.
Wiele budów podziemnych III Rzeszy zewidencjonowano i z danych tych przebija jedna zasada: Jeśli tylko siła robocza była porównywalna (w "Riese"- w 1944r, średnio ok. 20 tys. ludzi), to pomimo krótszego czasu budowy, zakres uzyskanej kubatury jest dużo większy.
Widać to wyraźnie porównując "Riese" z zakresem prac przy innym podziemnym gigancie- kompleksem "Mittelwerk" w Turyngii.
W okresie gdy obiekt ten drążono, pracowało tam przy urobku skały 400 (!) ludzi (w okresie całodobowym), a uzyskany przez nich efekt to- 700 tys. metrów sześciennych kubatury podziemnej i to przy 90% ukończony!
Co prawda, zakres prac tam prowadzony był dwukrotnie dłuższy, ale nie da się ukryć że sama liczba "rąk do pracy" o wiele mniejsza niż w Górach Sowich.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze inną istotną rzecz. Otóż Niemcy z uporem maniaka drążyli podziemne korytarze "Riese" w niezwykle twardej i trudnej do obróbki skale- gnejsie. Czemu? Tym bardziej, że zaledwie kilka kilometrów bardziej na południe znajdują się wzgórza z piaskowca- idealnego materiału do takich prac.
Wydaje się że mamy tu znów do czynienia z zabiegiem jak najbardziej świadomym i przemyślanym, choć uwidaczniającym swój sens dopiero przy szerszym spojrzeniu na kompleks jako całość- ale o tym później.
Wracając do kwestii wielkości "Olbrzyma", to traktując poważnie protokoły Speera, prace te wykonano. Jeśli jednak tak się stało to mamy problem, gdyż brakuje nam ok. miliona ton betonu i stali, z którego można by zbudować powiatowe miasteczko.
Gdzie to wszystko jest?
Odpowiedz może być tylko jedna- pod ziemią!

Nim jednak zaczniemy snuć przypuszczenia co do tego gdzie konkretnie, skupmy się na tym co mamy.
Prace związane z wielką budową w Górach Sowich, prowadzone były na powierzchni około 200 kilometrów kwadratowych, w masywach kilku gór.
Do najważniejszych należały:
- Wielka Sowa (Hohe Eule)
- Włodarz (Wolfsberg)
- Jedlińska Kopa (Saalberg)
- Moszna (Mulenberg)
- Soboń (Ramenberg)
- Osówka (Sauferhohen)
- Ostra (Spitzenberg)
- Gontowa (Schindelberg)
- wzniesienia Działu Jawornickiego (Mittelberg)
Ponadto prace prowadzono na skalistym wzniesieniu Wilk, na którym stoi zamek Książ, oraz w górze Włodyka w Ludwikowicach Kłodzkich.
Głównymi (znanymi) zatem kompleksami są:
A) Część centralna- Włodarz, Osówka, Jugowice Górne, Soboń, Rzeczka i Moszna.

B) Część zewnętrzna- Sokolec, Wielka Sowa i Ludwikowice Kłodzkie

C) Część sąsiadująca- zamek Książ i okolice.

WŁODARZ- mamy tu do czynienia z największym znanym kompleksem podziemnym. Składa się on z czterech sztolni, biegnących równolegle wgłąb góry.
Długość jego korytarzy to 3100m, powierzchnia 10710 metrów kwadratowych, a łączna kubatura- 42000 metrów sześciennych.

OSÓWKA- system składa się z dwóch części. Pierwsza to sztolnie numer 1 i 2 i położone między nimi wyrobiska chodnikowe.
Druga- to sztolnia nr.3. Jest oddalona od właściwej części podziemi o ok. 500m i tworzy osobny system nie połączony z nim.
Ogólna długość wyrobisk w Osówce to 1750 m, powierzchnia- 6700 metrów kwadratowych, a kubatura 30000 metrów sześciennych.

JUGOWICE GÓRNE- system również jest dwuczęściowy. Pierwsza z nich to sztolnie 1-5, druga 6-7.
Jak na razie, jedynie sztolnia numer 2 została spenetrowana w większym zakresie. Ma ona długość 109m, szerokość 3, a wys. między 2,2 a 3,2m.
W końcowym odcinku wznosi się na tyle, że prawdopodobnie osiąga poziom sztolni 1 i 3 (umiejscowionych nieco wyżej).
Pozostałe ze sztolni kończą się zawałami raczej już po kilkunastu, kilkudziesięciu metrach.
Ogólna długość poznanych wyrobisk w tym systemie wynosi 450 m, powierzchnia 1360 metrów kwadratowych, a kubatura sięga 4200 m.s.

SOBOŃ- podziemna część tego kompleksu składa się z trzech sztolni wchodzących w górę z trzech kierunków.
Jedynie sztolnie 1 i 2 przecinają się ze sobą pod kątem prostym. Sztolnia nr.3 leży dokładnie na przeciwko sztolni nr.1, lecz kończy się zawałem (według badaczy- celowo wykonanym). Z zawału tego wychodzą tory kolejki wąskotorowej, oraz przewody elektryczne.
Ogólna długość sztolni to 700m, powierzchnia 1900m.k, i kubatura 4000 m s.

RZECZKA- do wnętrza góry prowadzą trzy wejścia, oddalone od siebie o około 40 m. Tunele główne biegną równolegle i są połączone poprzecznymi halami.
To właśnie w tym kompleksie tunele 1 i 2 dochodzą do największej ze wszystkich znanych obecnie hal o wymiarach 80m dł, 8m szer, i 10m wys.
Całkowita długość odkrytych wyrobisk kompleksu Rzeczka wynosi 500m, powierzchnia 2500 m.k., a kubatura 14000 m.s.

MOSZNA- jeden z najmniej poznanych kompleksów w "Riese".
Istnieją realne przesłanki mówiące o części podziemnej tego systemu, jednak na dzień dzisiejszy prace tu przeprowadzone okazały się niewystarczające do zgłębienia tego tematu.

SOKOLEC- kolejny, mało poznany kompleks leżący lekko na uboczu całej Wielkiej Budowy. Podziemia Sokolca składają się z co najmniej dwóch zespołów.
Poziom I- tworzą dwie sztolnie mające wloty na północnym zboczu góry.
Poziom II- również dwa wejścia. Jedno z nich było na początku lat 90-tych ofiarnie badane przez grupę KRET, która dotarła tu do ciekawych spostrzeżeń i wniosków mówiących np. o tym że tunel może być dość długi (i ostatecznie łączyć się z tymi na Włodyce).
W drugiej sztolni (nr.4) odkryto wiele sprzętu górniczego i wyposażenia (łącznie z torowiskiem kolejki i wagonikiem!).
Warto zaznaczyć że ogólny stan podziemi w Sokolcu jest zły, a jego penetracja wiąże się z dużym ryzykiem. Jest to spowodowane zwiększonym w tym miejscu występowaniem piaskowca jako skały. Całkowita długość znanych tuneli to 860m. Ich powierzchnia- 2450m k., a kubatura 7100m. s.

WIELKA SOWA- bardzo zagadkowy rejon, gdzie pod koniec lat 90-tych odkryto dwa ciekawe miejsca będące najprawdopodobniej betonowymi korkami maskującymi wejścia do szybów. Po częściowym usunięciu jednego z nich stwierdzono jednak że wnętrze jest ciasne i całkowicie zalane. Jeżeli jednak jest to szyb wentylacyjny to...istnieć muszą także podziemia.
Tak na marginesie, to masyw Wielkiej i Małej Sowy był wymieniany przez bezpośrednich świadków jako miejsce jakiejś "podziemnej budowy".
Najprawdopodobniej odpowiedzialne za nią było tzw. komando Eule, które też na tyle skutecznie zatarło ślady iż dziś mamy perfekcyjnie zakamuflowaną strefę budowy.
Ślady po niej jednak istnieją (hałdy wokół Łąki Sikorskiego, hałdy wokół samej Wielkiej Sowy, rurociągi na Sowim Spławie).

LUDWIKOWICE KŁODZKIE- czyli fabryki w podziemnych wyrobiskach nieczynnej kopalni węgla kamiennego Wacław (Wenceslaus).
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nikt nie wiązał tych terenów z "Riese", jednak po wnikliwszej analizie wielu badaczy doszło do wniosku że mamy tu do czynienia z ogromnym zapleczem "Olbrzyma". Czy tylko?
W latach 1939-45, cały teren kopalni (szczególnie zachodnia część góry Włodyka), była miejscem szeroko zakrojonych prac przemysłowo- budowlanych. Był również terenem całkowicie zamkniętym i wyjątkowo strzeżonym (jak "Riese")
Mieściły się tu dwa zakłady zbrojeniowe (fabryka amunicji Molke- Werke, oraz fabryka materiałów wybuchowych Dynamit AG.).
Oba zakłady zajmowały w większości część naziemną, natomiast wyjątkowo mało wiadomo o pracach postępujących pod ziemią. Wiadomo że hitlerowcy celowo przygotowywali niektóre sztolnie w kopalni do zupełnie nowych celów. Należy przypuszczać że pracy miały za zadanie jakby udrożnienie bądź powiększenie istniejących wyrobisk.
Warto tu nadmienić jedną tylko rzecz. Wyrobiska przejętej przez SS kopalni Wenceslaus to- bagatela 130 kilometrów drożnych sztolni i hal!!!
Mając już tyle, hitlerowcy mogli skupić się tylko nad ulepszeniem infrastruktury tego "monstrum".
Co jeszcze bezpośrednio łączy właściwe "Riese" z Ludwikowicami to fakt, iż tu powstawał właśnie donarit- materiał wybuchowy, którym drążono skały w całych Górach Sowich, ponadto komando tu pracujące podlegało ściśle AL "Riese", jak i również to, że elektrownia mieszcząca się na terenie Ludwikowic poprzez podziemne kable zaopatrywała w energię elektryczną całego "Olbrzyma".
O podziemiach Ludwikowic wiadomo niewiele, gdyż poziom kamuflażu jest tu na wyjątkowym poziomie i z tego co wiadomo, wciąż dba się o to, by każdy nowy ślad był sukcesywnie zacierany...

KSIĄŻ- kolejny, legendarny już kompleks o którym niestety wciąż niewiele wiemy.
Jeśli chodzi o jego część podziemną, to na dzień dzisiejszy znane są jedynie dwa poziomy:
- Pierwszy- na głębokości 15m (pod zamkiem)
- Drugi- na głębokości 53m (pod dziedzińcem)
Podziemia poziomu pierwszego mają długość około 80m, powierzchnię 180m. k, a kubaturę 400m.s.
Podziemia poziomu drugiego są niedostępne, jako że mieści się tu laboratorium pomiarowej stacji sejsmograficznej PAN (swoją drogą ciekawy zabieg, hamujący zapędy wścibskich poszukiwaczy). Składają się z czterech sztolni dolotowych oraz sieci krzyżujących się ze sobą wyrobisk chodnikowych, które powiększono do rozmiarów hal (ok.5m. wys, 5m. szer.).
Mimo że istnieją bardzo realne przesłanki co do istnienia innych poziomów podziemi, to jednak w kwestii tej niewiele zmieniło się przez kilkadziesiąt lat i wciąż mamy do czynienia z polityką dezinformacji, celowego "wyciszania", a także zastraszania (czego doświadczyli niektórzy badacze).

Prześledźmy teraz najbardziej gorące tropy, które pojawiły się na przestrzeni ostatnich lat, i które mogą jasno sugerować, które miejsca "Riese" są warte uwagi.

1) CENTRALNE RIESE.
Hipoteza centralnej części "Riese" pojawiła się ok. roku 2000, w kilku ciekawych publikacjach na temat Gór Sowich.
Według niej przedłużone wyrobiska Włodarza, Rzeczki i Osówki (może też Sobonia- choć obiekt ten znajduje się jednak trochę wyżej), mają łączyć się gdzieś w centrum góry Włodarz.
Przy takim spojrzeniu na kompleks, uzyskiwało by się dostęp do 150-200tys. m. sześciennych nieodkrytej kubatury podziemnej.

2) KSIĄŻ I...
No właśnie. Temat zamku Książ powraca jak bumerang. Dziś wiemy już że kompleks ten miał być integralną częścią "Riese". Obecnie znane podziemia tego kompleksu są zdecydowanie w najlepszym stanie ze wszystkich znajdujących się w Górach Sowich i tu...mała dygresja.
W jednym z zaledwie kilku dokumentów niemieckich mówiących o "Riese" (Bundesarchiv N-1340/ 237) stwierdzono wyraźnie że prace w Książu (Furstenstein) rozpoczną się na dobre dopiero wtedy, gdy "wykonane zostaną GŁÓWNE części "Riese"!
Jeśli więc Książ jest ukończony, tym bardziej ukończona powinna być główna część "Riese". Tymczasem nasze oczy widzą coś zupełnie innego.
Sprawa podziemi Książa jest również otwarta. Jak przekonało się wielu badaczy (np. Jerzy Rostkowski), wciąż istnieje wiele śladów mówiących o starannie ukrytych przejściach na inne poziomy. Jednak jak sami mówią, ślady te celowo są niszczone i dezaktualizowane przez pewnych ludzi.
Ciekawą sprawą jest także pewien trop, na który zwrócił uwagę Igor Witkowski, mianowicie istnienie części podziemnej pod tzw. "starym Książem". Sprawa jest o tyle ciekawa że w istocie istnieją realne przesłanki do tego, iż również tam prowadzono "wykopki". Także i tym terenem, zaraz po wojnie szczególnie "mocno" interesowali się Rosjanie.
Osobiście będąc kilka lat temu w Książu, rozmawiał on z jednym Czechem (z Liberca), który w Góry Sowie jeździł regularnie. Opowiedział mu fajną historyjkę jak w 1996 roku spotkał w Książu pewnego sędziwego Czecha, który napomknął mu że "wszyscy węszą pod dużym zamkiem, a mały skrywa prawdziwe cuda"- tak podobno pięknie to ujął.
Powiedział mu również inną ciekawą rzecz. Miał on jakoby pracować podczas wojny w zakładach Skody w Pilznie (nota bene również bardzo "tajnych", i jak twierdzą niektórzy badacze częściowo powiązanych z "Riese"). Co ciekawe słowa te, idealnie pokrywają się z wersją chociażby Mieczysława Mołdowy, byłego więźnia Gross Rosen, pracującego w „Riese”.

3)JUGOWICE GÓRNE (kompleks Jawornik).
Kolejne, bardzo interesujące miejsce. Jak jednak przekonał się na własnej skórze badacz Mariusz Aniszewski- dość "niewygodne", do zgłębiania tajemnic.
Przypomnę: Podczas prac w roku 1998, mających na celu odkopanie jednej ze sztolni, badacze zostali dość niemiło potraktowani przez uzbrojonych (!) pracowników leśnych.
Pracę wstrzymano, obiekt został zasypany i na jego miejscu w trybie przyśpieszonym dokonano natychmiastowego zalesienia terenu.


4)SOKOLEC
Miejsce interesujące ze względu na prawdopodobieństwo połączenia z podziemnymi kompleksami Włodyki. Ze względu jednak na bardzo trudne warunki eksploracji- wciąż mało zbadane.

5)WIELKA SOWA
Jak już wspomniałem wcześniej, mamy tu do czynienia z kolejnym trudno dostępnym miejscem.
Trudność związana jest tu jednak nie tyle z warunkami prac badawczych, co z...ogromnym zakamuflowaniem kompleksu.
Ślady poważnych prac jednak są widoczne i być może przy odrobinie szczęścia komuś uda się znaleźć istotny trop.

6)LUDWIKOWICE KŁODZKIE.
Temat rzeka, a właściwie...ocean.
Cały teren Ludwikowic posiada ogromną infrastrukturę naziemną (której nota bene nie ma prawie wcale typowy "Riese"), poza tym podziemia tego kompleksu zostały totalnie ukryte przed wścibskimi. W kilku miejscach postawiono potężne żelbetonowe korki (np. w południowo- wschodnim szybie kopalni), a ogromną część wyrobisk kopalnianych zalano wodą. Na tyle skutecznie, że powojenne próby ich udrożnienia spełzły na niczym.
Jest jednak wiele przesłanek mówiących, iż Włodyka i korytarze Ludwikowic skrywają w swoim wnętrzu ogromną tajemnicę.
I wreszcie temat podziemnego połączenia kopalni Wenceslaus i właściwego "Riese"- przez wielu niedoceniany, choć możliwy (od Osówki do najbliższego szybu Wacława jest nieco ponad dwieście metrów).

7)GŁUSZYCA
Schron za byłymi Zakładami Przemysłu Włókienniczego nr.1 i 2.
Tunele tam biegnące są całkowicie wykończone i według najnowszych badań niechybnie ciągnęły się wgłąb góry. Jak zwykle jednak zostały skrzętnie zabetonowane i "zabite",aby utrudnić pracę tym, którzy chcieli by je odkryć.

To tyle jeśli chodzi o miejsca.
Po co jednak to wszystko? Co chciano osiągnąć budując tak wielki kompleks, a przede wszystkim- dlaczego uparcie pracowano nad tym do samego końca???
Właśnie...pytanie goni pytanie, i choć już kilkadziesiąt lat minęło od tych faktycznych wydarzeń z Dolnego Śląska wciąż wiemy że...nic nie wiemy.

Osobiście uważam, że całe "Riese",składające się również z Ludwikowic i Książa, (choć ślady tego ogromnego przedsięwzięcia sięgają i innych obiektów na Dolnym Śląsku, a także terenu Czech), miało być swoistą, ostatnią redutą III Rzeszy.
Stopniowo i coraz śmielej mówi się o hitlerowskim programie nuklearnym jak i pracach nad bronią chemiczną. Ostatnie, wciąż nowe ślady jednoznacznie wskazują Góry Sowie jako miejsce ich wprowadzania w życie. Czy Książ miał być więc swego rodzaju sztabem głównym nowych broni i laboratorium badawczym, a podziemia "Riese" i Ludwikowic potężną fabryką zbrojeniową???
Bardzo możliwe. Wiele też wskazuje na to, że hitlerowcy pracowali nad czymś z goła innym, a czymś tak futurystycznym- iż po dzień dzisiejszy pozostaje to skrywane za zasłoną tajemnicy, i strzeżone jak największy skarb.
Tu tropy prowadzą do tajemniczego urządzenia określanego terminem Dzwon (Die Glocke), realizowanego w ramach projektu "Chronos"( najpierw w Lubiążu, a pod koniec 1944r.- w Książu). Urządzenie to miało jakoby pracować na zasadzie przeciwstawnego wirowania mas, stając się jakby potężnym generatorem antygrawitacyjnym napędzanym rtęcią (!)
Wiem, że pomału zbliżamy się do rejonu fantastyki naukowej, ale również wiele innych faktów przemawia za tym, iż Niemcy byli mocno zainteresowani pracami nad antygrawitacją.
I może tu jest "pies pogrzebany". Może właśnie te prace okazały się na tyle przyszłościowe, że późniejsze służby wywiadowcze aliantów i Rosjan tak stanowczo "walczyły" o spuściznę hitlerowców???
Wydaję mi się że jest to znaczący argument „za”. Tym bardziej że jak pisałem wcześniej- sprawa jest raczej "pilnowana" po dziś dzień, wciąż nikt nie odnalazł znaczącej dokumentacji na ten temat ( a przecież gdyby chodziło tylko o np. broń nuklearną, sprawa nie była by wcale tak sensacyjna- szczególnie współcześnie), a wszelkie istotne tropy są niszczone w zarodku.

Moim zdaniem prawda wciąż jest skrywana, gdyż późniejsze fakty które zaistniały po roku 1945, jak chociażby aktywność hitlerowców na Antarktydzie, i w następstwie tego interwencja sił USA w tym rejonie, a także późniejsze "rewelacje" o Roswell są następstwem WIELKIEJ TAJEMNICY "RIESE"....choć to już całkiem inna historia.

czwartek, 22 listopada 2012

...

Tak ostatnio sobie myślę, choć może to niezbyt odpowiednie słowo (jako że jestem świeżo po lekturze trzeciej książki Eckharta Tolle "Nowa Ziemia"), że jednak zbyt mało ostatnio w moim życiu pojawiło się spokojnych i subtelnych dźwięków. Przy moim, przebogatym spectrum muzycznym miałem już do czynienia chyba ze wszystkimi możliwymi gatunkami muzyki, które jednak nie sytuują się w ogólnie przyjętym nurcie popularnym. Po prostu, jakoś zawsze stałem w opozycji do stałych i przyjętych wzorców i szukałem czegoś innego. I tak przez lata przemieszczałem się przez dziesiątki stylistyk i poznawałem ciekawe i frapujące dźwięki. Niektóre z nich porzucałem dość szybko, z innymi zaś zaprzyjaźniałem się na długie lata.

Od pewnego zaś czasu dość mocno związany jestem z subtelnymi dźwiękami i muzycznymi aranżacjami, które wspierają mnie przy medytacji lub po prostu relaksacji po trudzie dnia codziennego. Chciałbym i Was zainteresować tego typu muzyką, gdyż wydaje mi się ciekawą propozycją na spędzenie czasu "z samym sobą" i znalezienia ciszy w swoim wnętrzu.
Nie musicie oczywiście słuchać jej w każdej wolnej chwili. Sam wciąż słucham bardzo wielu rzeczy i uważam że jedno nie wyklucza drugiego. Zróżnicowanie jest nawet wskazane, abyśmy nie popadli w zniechęcenie.
Zatem usiądźmy wygodnie, zapalmy kadzidełko i...




Start :)


Po wielu perturbacjach podjąłem decyzję o założeniu bloga. Powód? Może niech zostanie to na razie moją tajemnicą. Tak czy inaczej zaczynamy.

Co tu znajdziecie. Ano spory misz masz, ale to będzie jak najbardziej efekt zamierzony. Wyniknie on zapewne z moich rozległych zainteresowań, oraz chęci zwrócenia uwagi na pewne, moim zdaniem interesujące i warte uwagi kwestie.

Będę starał się być daleki od sztampy i wtórności. Oby mi się to udało.

Pozdrawiam potencjalnych czytelników.