środa, 13 września 2017

Ukraińska broń w Polsce



Ukraińcy nacjonaliści od lat publicznie głoszą program oderwania od Polski wschodnich terenów (przynajmniej do Przemyśla i Chełma). Chodzi nie tylko o regularnie powtarzane apele szefa ukraińskich nacjonalistów Andrija Tarasenki o „elementarną sprawiedliwość”, czyli oddanie naszych wschodnich terenów Ukrainie. W grudniu 2014 r. prowokacji dopuściła się nawet ambasada Ukrainy w USA, publikując mapę swojego kraju, na której „przyłączyła” już Przemyśl i Chełm. Te roszczenia stały się już niemal tak powszednie, że nie są nawet specjalne nagłaśniane przez media. Ot, taki folklor. W Polsce jest już ponad milion ukraińskich emigrantów i to w znacznej części na terenach, na których może dojść do zamieszek etnicznych. A teraz na te tereny płynie strumień nielegalnej broni idący w grube tysiące.

Nowa Ukraińska Podziemna Armia?

Teraz nie ma niemal miesiąca, aby nie zatrzymano próby przemytu broni. Ten rok jest szczególnie dorodny w efektowne akcje. Najpierw 31 marca czworo Ukraińców zatrzymano przy próbie wwiezienia na terytorium Polski morskiego działka przeciwlotniczego AK-630 kaliber 30 mm. W kwietniu udaremniono przemyt dwóch sztuk broni długiej i dwóch sztuk broni krótkiej. A to tylko to, co wyłapano. Jak wynika z policyjnych danych, aż 552 sztuki nielegalnej broni palnej przechwyciło CBŚP w całym 2016 r. W porównaniu z poprzednim rokiem jest to wzrost o prawie 80 proc. i dwa razy większy niż w całym 2014 r. Jest to efekt zalewu broni właśnie z Ukrainy.
O tym, że nasza granica nie jest szczelna, pokazała kuriozalna historia z maja, gdy do Polski bez żadnego nadzoru wjechał transport pięciu czołgów T-64 BM z Ukrainy. Czołgiści podobno jechali na zawody w Niemczech. Jednak dopiero po kilkudziesięciu kilometrach po przekroczeniu granicy, dyskretną obserwacją objęła konwój polska policja. A przecież czołgiści mogli przewozić broń, która została rozładowana zanim kolumną czołgów zainteresowały się służby.
– Mamy do czynienia z celowym przerzuceniem broni do Polski – tłumaczy nam jeden z oficerów ABW zajmujących się sprawą, i dodaje, że problem jest bardzo poważny. Na niebezpieczeństwo powstania w Polsce podziemnej armii ukraińskiej zwracał uwagę już w połowie zeszłego roku znany publicysta Stanisław Michalkiewicz, a w grudniu alarmował, że ma wiarygodne informacje o kolejnych dużych transportach przemycanej broni do Polski.
Na pewno dla części przemycających jest to zwykły biznes. Na Ukrainie karabinek AK kosztuje między 500 a 1 tys. dolarów, czyli tanio. Szacunki mówią, że na Ukrainie jest parę milionów sztuk niezarejestrowanej broni palnej. To właśnie ona jest przerzucana do Polski. Funkcjonariusze służb którzy zajmują się przemytem szacują, że wjechało do naszego kraju minimum kilkadziesiąt tysięcy broni krótkiej. Granica jest dziurawa jak przysłowiowe sito.
Dostęp diaspory ukraińskiej, szacowanej już na około 1,5 mln osób (w tym ponad milion przyjezdnych pracowników) budzi niepokój. Ukraina jako państwo nie jest bowiem przyjazne Polsce.

Ten 28-letni obywatel Ukrainy, broń przemycił aż do samej Warszawy

 Kleszcze ukraińsko-niemieckie

Chociaż Polska zaangażowała się mocno w pomoc polityczną i finansową dla Ukrainy, to jej obecne władze robiły wszystko, aby okazać nam swoją pogardę. Typowym „splunięciem w twarz” było uhonorowanie przez ukraiński parlament na wiosnę 2015 r. zbrodniarzy mordujących Polaków na Wołyniu. Celowo uchwałę przegłosowano podczas wizyty prezydenta Bronisława Komorowskiego, aby afront był jeszcze bardziej widoczny. Ówczesny prezydent zniewagę przemilczał. Ukraińcy robili też wszystko, aby wyeliminować Polskę z rozmów pokojowych o przyszłości Ukrainy. Nasz wschodni sąsiad chętnie bierze od nas pieniądze, ale za pożądanych mediatorów uznaje Niemców i Francuzów. Właśnie tradycyjna przyjaźń niemiecko-ukraińska jest dziś największym zagrożeniem dla Polski. Za wybuch konfliktu ukraińsko-polskiego o Małopolskę wschodnią (Przemyśl, Lwów itp.) odpowiadają Austriacy. Raz, że przez cały okres zaborów szczuli Ukraińców na Polaków, chcąc w ten sposób kontrować nasze aspiracje niepodległościowe. Dwa, że odchodząc, zwyczajnie uzbroili Ukraińców, licząc, i nie przeliczając się, na wybuch walk ukraińsko-polskich. 

Jak nie wiadomo o co chodzi, to...wiadomo o co chodzi. Ale czy tylko?

Na niepodległe państwo Ukraina musiała poczekać do 1991 r. Do dziś nosi mało chlubny tytuł najgorzej zarządzanej republiki byłego Związku Sowieckiego. Od 1991 r. PKB, czyli wartość produkcji kraju, spadła o ponad 35 proc. Inaczej mówiąc, Ukraińcy są o ponad 1/3 biedniejsi niż byli, żyjąc w ZSRR. Dlatego ukraiński żywioł nacjonalistyczny może próbować brać rewanż w szukaniu zwarcia z Polakami i Polską. Bez wątpienia będą temu sprzyjać prowokacje rosyjskie. Na wykorzystaniu ukraińskich pretensji do Polaków mogą skorzystać także mocno szerzące u nas intrygi Niemcy. Szczególnie że Ukraińcy bardzo mocno skolonizowali tereny, do których Niemcy roszczą sobie pretensje. Tylko według oficjalnych danych we Wrocławiu jest ich ponad 70 tys., czyli ponad 10 proc. Według nieoficjalnych – sporo więcej.

W większości są to ludzie, którzy ciężko pracują i przyjechali poszukiwać swojego miejsca na ziemi. Nie ma się jednak co oszukiwać: gdyby musieli wybierać za przynależnością tych terenów do Polski lub do Niemiec – wybraliby tych ostatnich. Co ciekawe, zbiegiem okoliczności, niebiesko-żółte barwy Autonomii Śląska są dokładnie identyczne jak na ukraińskiej fladze.

Choć brzmi to jak ponury żart, tę właśnie część działka systemu Gatlinga próbowały wwieść do Polski dwie Ukrainki, pod pozorem przewozu instalacji hydraulicznej (!) 

A Niemcy od upadku muru berlińskiego marzą o przejęciu Śląska. Mniejszość niemiecka na tych terenach jest zbyt mała, ale żywioł ukraiński jest szansą na promocję ulubionej strategii Niemców, czyli promocję autonomii śląskiej. Biorąc pod uwagę tempo zmian w strukturze narodowościowej, mówimy o realnym zagrożeniu. I nie jest to bynajmniej trend, który przeminie. Ukraińcy ściągają do naszego kraju swoje rodziny, zakładają stowarzyszenia czy kluby sportowe, takie jak np. Dynamo Wrocław. Kupują nieruchomości. Aż 7 proc. mieszkań sprzedanych w ubiegłym roku wykupili cudzoziemcy. Z danych MSWiA za 2016 r. wynika, że Ukraińcy wykupili ponad 64 tys. metrów kwadratowych powierzchni, podczas gdy rok wcześniej było to zaledwie 35,5 tys. metrów. Trend ma się utrzymywać. Ukraińcy mają z roku na rok kupować coraz więcej mieszkań w Polsce. Nasz kraj jest wręcz skazany, na pozyskiwanie pracowników z tego kraju [czemu służy jawnie bijąca w Polaków polityka PiS, polegająca na dotacjach dla pracowników zatrudniających obywateli Ukrainy- przyp.moje]. Trzeba mieć jednak świadomość, że to nie tylko szansa dla gospodarki, ale również zagrożenie. Jak odnoszą się do Polski świadomi narodowości swojej Ukraińcy, widać właśnie w rejonie Przemyśla i okolic, gdzie głoszą chwałę zbrodniarzy z UPA, mordujących Polaków. Wręcz prowokacyjnie stawiają im pomniki. Podczas uroczystości wygłaszają buńczuczne zapewnienia, że to była, jest i będzie „ziemia ukraińska”. Wspierają je w tym ukraińskie media non stop nazywające okolice Przemyśla „etniczną ukraińską ziemią”. Oprócz Niemców ukraińscy nacjonaliści mają silne oparcie w Kanadzie, gdzie jest jedna z największych ich diaspor (licząca grubo ponad milion ludzi). Nowym ministrem spraw zagranicznych Kanady jest zaś Chrystia Freeland, wnuczka ukraińskiego nacjonalisty i hitlerowskiego kolaboranta Mychajły Chomiaka. Właśnie specjaliści wojskowi z Kanady od 2015 r. szkolą ukraińskich żołnierzy. Teoretycznie do walki z separatystami w Donbasie, ale Przemyśl przecież jest przysłowiowy „rzut granatem” od poligonów, na których ćwiczy się elitarne ukraińskie wojsko.

Łukasz Pawelski

*** 

W "polskich" mediach oczywiście problemu nie ma. "Dobra zmiana" nie chce sobie szargać opinii, a neoliberalna "opozycja" też nic nie piśnie, bo poruszanie tych problemów, podobnie jak problemów z gwałcącymi i napadającymi islamistami, to trochę jak "strzał w kolano". Zatem milczą. Gdzieniegdzie pojawią się zdawkowe informacje o tym wszystkim i tylko jako nieśmiałe uzupełnienie dla newsów rodem z "Pudelka", poprzeplatanych kroniką wypadków, sportem i pogodą. 
Ale zapytajmy może o sprawę kluczową, czy mamy szansę na skuteczne uszczelnienie wschodniej granicy. Czy jest to w ogóle możliwe? I odpowiedzmy sobie zaraz na pytanie, jak ważny dla Zachodniej Europy jest poradziecki Wschód? Czy to może nie za poważny rynek zbytu produkcji, pozyskiwania surowców, jak i doskonały korytarz tranzytowy, który sprawdza się wraz ze wzrostem znaczenia gospodarczego takich np. Chin? Nie oszukujmy się. Nikt nie postawi tu "betonowej granicy i kilometrów zasiek" tylko dlatego, by Polska miała dokładniejszy wgląd w politykę migracyjną w tej części kraju. Choć idea ściągnięcia "poradzieckiej Europy" w struktury Unii poniosła spore fiasko, to jednak widać, że polityka RP wciąż stanowi tu "element zaczepny" dla pomysłu wkomponowania Ukrainy, w stały kręgosłup UE. I widać to bardzo wyraźnie.
Dla Warszawy, Kijów pozostaje wciąż partnerem strategicznym. Mało tego. Polska racja stanu niejako jest na tym polu ściśle sprzężona z ukraińską, co udowadniał już nie raz w przeszłości prezydent Komorowski, a obecnie Duda. Ale żeby było ciekawiej, z ich ust nie usłyszeliśmy informacji, że za kryzys ukraiński odpowiada ściśle oligarchiczny ustrój, który robi co może, by blokować wszelkie reformy strukturalne w państwie od roku 2012. Nie powiedzą o kacykowskich grupach wpływu, którzy z państwa uczynili swój prywatny folwark dla niejednokrotnie dziwnych i podejrzanych interesów np. z Zakaukaziem. Winna oczywiście jest tylko Rosja i jej "szaleńczy imperializm". Na jej karb zrzuca się ogromną pauperyzację społeczeństwa, wojnę w republice donieckiej i ługańskiej, a także lawinowy wzrost zadłużenia oraz rosnącą inflacje. To wszystko, co zaowocowało największą w historii tego kraju emigracją, która na dzień dzisiejszy wynosi już 8-9mln.obywateli (z czego oficjalnie do Polski trafiło ok.1200 tys.).
Jakby jednak nie patrzeć, cały ten proces stał się wręcz idealnym zapleczem, do stworzenia zakrojonej na szeroką skalę kontrabandy. Przoduje w tym oczywiście nielegalny przerzut alkoholu i papierosów. O wysokiej dochodowości może świadczyć fakt, iż organizatorzy tych akcji potrafią zarobić nawet do miliona euro na jednej tylko ciężarówce. Jak przyznaje polska Straż Graniczna, najpopularniejsze regiony do tego typu działalności to: lwowski, rówieński, wołyński i podkarpacki. Wtajemniczeni mówią, że Kijów już dawno utracił kontrolę nad tymi zachodnimi obwodami, gdzie na dobre miejscowe klany kryminalne zdobyły wszelkie możliwe przywileje, do uprawiania przemytniczego procederu na szeroką skale. A skoro można przemycać używki, to przecież równie opłacalnym przedmiotem kontrabandy może okazać się broń, tym bardziej, że z jej nielegalnym obrotem Ukraina ma od dawna duży problem. Podkreśla się fakt, iż ukraińska broń w dużej mierze ma trafiać do Niemiec i innych krajów zachodnich (ciekawe dlaczego?), ale jej część zostaje też w Polsce, trafiając w ręce gangsterów, jak i np. prywatnych kolekcjonerów. Wśród przechwyconej przez CBŚP broni, najczęściej znajdują się modele pistoletów Walther, CZ 70, jak i pistolety maszynowe Skorpion oraz popularne karabinki Kałasznikowa.
Niepokojący jest jednak fakt zmiany asortymentu owej broni. O ile wcześniej dominowała broń krótka w rodzaju pistoletów Makarowa, oraz różne warianty karabinków AK, o tyle ostatnio coraz częściej konfiskuje się także karabiny snajperskie, granatniki oraz materiały wybuchowe. W 2016r. tylko w jednym obwodzie, policja skonfiskowała 176 sztuk broni automatycznej, 260 granatników i około 3 tys.ręcznych granatów zaczepnych i obronnych. I to ponoć całkiem przypadkiem, bowiem lokalne służby tak naprawdę nie panują nad skalą i mocą tego procederu. Dlaczego na Ukrainie tyle nielegalnej broni? By rozwikłać tę zagadkę trzeba nieco cofnąć się w czasie.
W czasach Związku Radzieckiego, zakarpacki okręg wojskowy był odcinkiem do mobilizacji armii pierwszego i drugiego rzutu. To do nich należał w razie konfliktu marsz w stronę Turcji, Bałkanów, przez europejskie wybrzeże Morza Śródziemnego, aż po Portugalię. Taka taktyka wymagała uzbrojenia milionów żołnierzy, dlatego tak naprawdę Ukraina stała się potężną składnicą broni i amunicji w części europejskiej (ustępując jedynie chyba tylko słynnemu Nadwołżańsko- Uralskiemu Okręgowi Wojskowemu). I dlatego też po upadku ZSRR, potencjał wojskowy Ukrainy szacowany był jako czwarty na świecie. Od tego czasu, państwo to stało też w ścisłej czołówce eksporterów broni. Jak się szacuje, jej nielegalny eksport dawno przekroczył kwotę 30mld.dolarów, a ukraiński przerzut zasilał min. część afrykańskich konfliktów lokalnych.


Na ile polskie służby okażą się skuteczne, w starciu z problemem przemytu broni ze wschodu?

Tajemnicą poliszynela jest to, że właśnie podczas "majdanowego" 2014 roku, grabieży uległo wiele arsenałów jednostek MSW oraz SBU (Służba Bezpieczeństwa Ukrainy). Zaraz potem zaczął się konflikt w Donbasie i obie strony sporu ruszyły, by jak najszybciej przejąć składnice wojskowe we wschodniej części kraju. W związku z brakami w armii regularnej, Kijów uzbroił wiele tzw. batalionów ochotniczych, gdzie trafiło mnóstwo najemników, a często też pospolitych przestępców. Również przez niepowodzenia wojenne, armia porzucała lub traciła sporą część sprzętu, czemu niejednokrotnie towarzyszyły dziwne wybuchy i pożary różnych składów amunicji, co według niektórych było niczym innym, jak korupcyjną próbą upłynniania zapasów. I dlatego później wyciekały informacje o tym, jak to np.zastępca dowódcy 53 brygady zmechanizowanej, tylko w czerwcu 2016r. załatwił cywilnemu kupcowi 5 tys.sztuk amunicji strzeleckiej, oraz kilkadziesiąt granatów zaczepnych za 66 tys.hrywien. Ten przypadek który raczej przemawia za regułą a nie incydentem, pokazuje niepoliczalne możliwości nielegalnego handlu bronią przez armię walczącą na wschodzie Ukrainy.
Mówi się o tym, że runął czarny rynek broni. Ceny spadły znacząco, gdyż karabinek AK można kupić za 500-1000 dolarów, czyli mniej więcej tyle co w Afganistanie. Jednorazowe granatniki (w zależności od wersji), to koszt 600-800 dolarów. Natomiast ręczne granaty oferowane są już od 10 dolarów za sztukę. Im dalej od stref walk, tym cena rzecz jasna wyższa, ale rynek i tak odczuwa stałą tendencję spadkową. Choć niebezpieczne jest nie tylko to. Socjologowie i psycholodzy biją na alarm, bowiem społeczeństwo ukraińskie popada pomału w stan, który określić można jako: "strzelaj wszędzie i we wszystko". Ilość broni w niepowołanych rękach, oraz jej rosnąca dostępność niejako zdeprawowały Ukraińców, co przejawia się znacznym zobojętnieniem na przestępstwa dokonywane z jej użyciem. Przez ostatnie lata Ukraina spadła w międzynarodowym rankingu bezpieczeństwa publicznego ze 136 na 164 miejsce, co lokuje ją w okolicach takich państewek jak Botswana czy Sudan. Ponadto Ukraińcy już na dobre są przyzwyczajeni do rozwiązywania problemów za pomocą broni, a kraj przeżywa teraz istną erupcję przestępczości, gdyż to przede wszystkim świat kryminalny jako pierwszy skorzystał z masowo plądrowanych arsenałów.
Funkcjonariusze ukraińskich służb interweniują z bronią w ręku niemalże każdego dnia, zwracając uwagę, iż cały kraj pokrywa sieć zakonspirowanych arsenałów nielegalnej broni, znajdujących się w rękach mafii lub politycznych radykałów o wątpliwej reputacji.

Zwarci, gotowi i...pod bronią. W przeciwieństwie do reszty obywateli skutecznie rozbrojonej Europy

Zatem należałoby spytać, jak na tak zastaną rzeczywistość reagują praworządni obywatele? Okazuje się że znamiennie. Po prostu...zbroją się w błyskawicznym tempie, ogołacając legalne sklepy z bronią ze wszystkiego co może strzelać. Ponoć ogromnym powodzeniem cieszą się pistolety automatyczne, choć hitem pozostają strzelby śrutowe i broń krótka. Mógłby ktoś rzec: to w sumie przecież problem Ukrainy. Ale czy aby na pewno. Czy czasem konsekwencje tych poczynań nie dotkną wkrótce obywateli reszty Europy, w tym sąsiedniej Polski?

Na koniec mała dygresja. Wcale nie uważam i nie chcę udowadniać tym wpisem, iż każdy obywatel Ukrainy trafiający do Polski czy reszty Europy, jest potencjalnym przestępcą "umoczonym" w przemyt, lub inne nielegalne interesy. Takie myślenie byłoby mocno nieostrożne i pozbawione obiektywizmu. Ale nie da się ukryć, że właśnie na naszych oczach zaczyna tworzyć się bardzo niepokojący scenariusz, który jest przecież niejako konsekwencją masowego napływu tej właśnie nacji do Polski. Państwo ukraińskie nie radzi sobie z tym problemem i lada chwila może się okazać, że i u nas sytuacja zacznie po prostu wymykać się spod kontroli. Oby nie. Ale jest jeszcze druga strona medalu i zupełnie inna granica. Tam, gdzie rodzime służby działają już naprawdę wyrywkowo, przez co jakiś Abdul z Raszidem bez problemu wjadą w dowolny zakątek naszego kraju i zrobią z "niewiernymi" to, co im się rzewnie podoba. Czy to aż tak trudne do wyobrażenia? Myślę że nie, tyle że niekumatym bądź po prostu zamulonym potrzebny jest koronny dowód, w postaci samochodu wjeżdżającego w tłum ludzi, lub fanatyków z khukri, obcinających głowy niedzielnym spacerowiczom. Choć przypatrując się wokół pewnym dziwnym przypadkom można wysnuć tezę, że niektórym faktycznie przydała by się szybka dekapitacja, bo głowy które noszą są chyba jedynie atrapami do mierzenia siły wiatru między uszami.

Uzupełnienie:
https://www.youtube.com/watch?v=SeyWkQ12MRo                 
       
Źródło artykułu: https://polskaniepodlegla.pl/
Źródło zdjęć: internet
Korekta: Medart



 

 
         
  

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Wzgórza Łomnickie - wspomnienia


Będąc w Kotlinie Jeleniogórskiej, a przede wszystkim w Jeleniej Górze, Cieplicach, Karpaczu lub Kowarach, oprócz poznawania walorów Karkonoszy czy Rudaw Janowickich, warto też skierować swoje kroki nieco w bok, by dotrzeć do mniej popularnych, lecz również atrakcyjnych zakątków. Jednym z nich, są na pewno Wzgórza Łomnickie.
Jest to niewielkie pasmo górskie o wyspowym charakterze, składające się z kilkunastu zalesionych wzniesień, z rzadka przekraczających 500m.n.p.m. Może nie wszystkie z nich rzucają się w oczy i oferują to co najciekawsze, ale na pewno dwa z nich, warte są szczególnej uwagi. Pierwsze to położona w bliskim sąsiedztwie wsi Sosnówka (Seidorf)- Grodna (506m.n.p.m.), będąca jednocześnie najwyższą kulminacją Wzgórz Łomnickich. Osiągnąć ją można idąc z owej wsi szlakiem żółtym, lub też podążając z Cieplic- Śląskich, szlakiem niebieskim. Żółtym szlakiem dojdziemy tam także z drugiej strony, od dworca PKP w Jeleniej Górze, przechodząc po drodze przez Staniszów (Stonsdorf). Z kolei właśnie nad Staniszowem, znajduje się drugie, z interesujących nas wzgórz. Mowa oczywiście o Witoszy (484m.n.p.m.).

Grodna posiada całkowicie zalesiony wierzchołek, zaś od strony północnej i zachodniej, na jej zboczach odnajdziemy liczne granitowe skałki, nierzadko z kociołkami wietrzeniowymi. Największą atrakcją wzniesienia, są ulokowane tu sztuczne ruiny tzw. zamku księcia Henryka (niem. Heinrichsburg) z pierwszej połowy XIXw. Zostały one zbudowane z polecenia ówczesnego właściciela Staniszowa, księcia Henryka von Reuss, jako- jak mawiano- skromną konkurencję dla nieodległego zamku Chojnik. Budowla na planie kwadratu zbudowana jest z cegły oraz nieregularnych kamiennych bloków, natomiast okrągła wieża posiada szczyt zwieńczony blankami, podobnie zresztą jak ściana północna i południowa. Obecnie zamek jest zrujnowany. Zachowały się ściany obwodowe i wieża, którą nie tak dawno wyremontowano i dzięki temu istnieje możliwość dostania się na jej najwyższa kondygnację. Jako że obiekt jest prywatny, można zwiedzać go tylko w określonym terminie (maj- październik, 10-17:00).

Zamek księcia Henryka między 1910-20r.

Drugie wzgórze- Witosza, zdecydowanie góruje nad wspomnianym wcześniej Staniszowem. W dolnej części tej wsi, znajduje się Pałac na Wodzie (Schloss Nieder- Stonsdorf), wybudowany w 1786r, z polecenia wspomnianego wcześniej H.von Reuss (obecnie ekskluzywny hotel i resort Spa), natomiast w górnej części, u stóp wzgórza Czop, znajduje się kolejny, powstały w II poł. XVIw. jako renesansowy dwór. Pałac Staniszów (Schloss Ober- Stonsdorf) to dziś nie tylko hotel, restauracja i centrum konferencyjne, ale też miejsce gdzie organizowane są liczne imprezy kulturalne (wernisaże, prelekcje, koncerty).
Ale powróćmy do Witoszy. Była ona niegdyś (podobnie jak Grodna) bardzo popularnym celem wycieczek. Na jej szczycie znajdowała się kolumna poświęcona "żelaznemu kanclerzowi", która była ówcześnie popularna również na wielu innych miejscach widokowych w Sudetach.
Znajdziemy tutaj interesujący skalny labirynt, z szeregiem grot szczelinowych (np. Skalna Komora, Ucho Igielne, Skalna Uliczka, Pustelnia), które w granitowym rumowisku tworzą miejsca o niezwykłej specyfice i klimacie.
Z górą Witosza związana jest osoba "lewitującego proroka" i samotnika, o pseudonimie Hans Rischmann, który pomieszkiwał tu w burzliwych czasach wojny trzydziestoletniej. To on miał ponoć przepowiedzieć pożar Jeleniej Góry z roku 1633r., późniejsze zawalenie się ratusza w tym mieście, rozwój tegoż, a na końcu także nieszczęśliwy koniec zamku Chojnik, strawionego przez płomienie wywołane uderzeniem pioruna.
Dawnym legowiskiem Rischmanna na Witoszy, miała być właśnie wymieniona wcześniej Pustelnia, przestronna grota, umiejscowiona pod potężnym skalnym okapem. Choć w istocie takich zakamarków, gdzie można swobodnie ukryć się przed postronnymi, znajdzie się tam o wiele więcej.

Witosza i część Staniszowa w 1910r.

Dziś na samym wierzchołku nie odnajdziemy już słynnej kolumny Bismarcka, a jedynie pozostały po niej niewielki postument. Natomiast jest tu balkonik widokowy, z którego można śmiało podziwiać część Wzgórz Łomnickich, Pogórza Karkonoskiego i oczywiście samych "Gór Olbrzymich".

Galeria archiwalna (lato 2012r.)

Sosnówka

Widok z podejścia pod Grodną...

zbliżenie na Pogórze Karkonoskie, ze wzniesieniami Chojnik, Żar, oraz zbiornikiem "Sosnówka"

Widok na Sosnówkę, Grabowiec i Husyckie Kąty, oraz Karkonosze w tle

Zamek księcia Henryka

Na dziedzińcu

Na murach widoczne fragmenty blanek

Widok os strony północnej

W stronę Staniszowa

Staniszów- kościół pw. Przemienienia Pańskiego z przełomu XV/XVIw. W tle- Witosza

Dawna gospoda z XVIIIw. Mieścił się tu browar, oraz wytwórnia słynnego w okolicy likieru ziołowego- "Echt Stonsdorfer".

Podejście pod Witosze

Są barierki oraz schodki...

ciekawie kluczące wśród skał

Na wierzchołku, pozostałości pomnika ku czci Bismarcka

Widoki

c.d.

c.d.

c.d.

Tablica informacyjna

Na balkoniku widokowym

Wracamy przez ciasne zaułki...

oraz wąskie korytarzyki

Wielkość niektórych bloków na Witoszy jest imponująca

Zejście

c.d.

Witosza widoczna ze Staniszowa



Źródło archiwalnych fotografii: https://dolny-slask.org.pl/ 

     
    
 



       
       

sobota, 19 sierpnia 2017

"Diora"- jak wygaszono polską Dolinę Krzemową


Upadek Dzierżoniowskiej Diory sprokurowany przez środowisko tzw. gdańskich liberałów, jest wzorcową ilustracją transformacyjnego wygaszania polskiej gospodarki.

Na początku przemian produkująca elektronikę hi-tech Diora nie musiała gonić technologicznie Zachodu, gdyż była w I lidze. Diora zapowiadała wówczas utworzenie w Dzierżoniowie polskiej Doliny Krzemowej, która swoimi produktami podbije Europę.
Na początku przemian pisano o Diorze w niemieckim piśmie fachowym „Stereoplay": „Polacy nadchodzą. Czyżby kraj sprzętu hi-fi?". W opublikowanym tam teście Diora wyprzedzała czołowe marki światowe, takie jak JVC, Technics, Aiwa, Grundig. Naturalnie, Zachód nie miał zamiaru zostać podbitym, więc cała polska elektronika została skazana na wygaszenie.

W 1991 premier Jan Krzysztof Bielecki powiedział, że Polsce elektronika jest niepotrzebna. Był to zapewne element dążenia do integracji europejskiej. Europejskie struktury polityczne nigdy nie zgodziłyby się na integrację, gdyby wiedziały, że ich wrażliwe, wysoko rozwinięte i strategiczne sektory gospodarki mogą zostać podbite przez polskie firmy. Polska transformacja musiała więc uporać się z wygaszeniem bądź półdarmową wyprzedażą zachodniej konkurencji tego wszystkiego, co „zagrażało". Jeszcze w ostatnich latach przed wejściem do UE sztucznie dociskano polskie hutnictwo redukcjami produkcyjnymi. Bielecki doglądał integracji europejskiej już w rządzie Hanny Suchockiej. W 1993 został powołany do Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Później był namiestnikiem międzynarodowej finansjery na Polskę.

Premier-wygaszacz

Diorę załatwiły właśnie banki. Zachodni rynek był wówczas zainteresowany produktami Diory, lecz tuż po podpisaniu dużej umowy eksportowej — naraz banki odmówiły dalszych kredytów. Zaczęło się kawałkowanie zakładu i jego dobijanie fiskalne. Efekt był taki że Diora miała zamówienia, lecz nie miała środków na materiały, więc nie mogła ich realizować. W 1995 zapowiedziano więc wygaszenie zakładu, który jeszcze w roku ubiegłym przyniósł Skarbowi 100 mld zł.

Cudem go wówczas uratowano. Główna w tym zasługa Elżbiety Jaworowicz, która zrobiła niezwykle poruszający całą Polskę materiał w ramach „Sprawy dla reportera", pt. „Ostatnie dni Diory".

Na pomoc fabryce ruszyli wówczas minister przemysłu i handlu Klemens Ścierski, wiceminister przemysłu i handlu, Jerzy Markowski (inżynier górniczy), wicepremier i minister finansów Grzegorz Kołodko, poseł wałbrzyski Mieczysław Jedoń. I naraz Agencja Rozwoju Przemysłu podjęła decyzję o ratowaniu zakładu. Nim jednak Diora stanęła na nogi do władzy doszli znów liberałowie gdańscy, którzy dokończyli robotę. Diora padła w 2001. W 2011 na miejscu Diory wybudowano Kaufland, który został cichaczem dofinansowany przez bank Bieleckiego — EBOiR.

Za czasów świetności...

Przemiany w Polsce często są chwalone jako bezkrwawe. Ostatnio zarzucano Kornelowi Morawieckiemu który poruszył Polskę przejmującym orędziem inaugurującym nowy sejm, że swego czasu był on odsunięty na bok jako fanatyk i radykał, który opowiadał się za radykalną zmianą systemu. W istocie jednak przemiany wcale nie były bezkrwawe, tylko ofiary zostały poniesione nie przez szczyty polityczne, lecz doły pracownicze. Przez te tysiące ludzi, którzy pozbawieni wszystkiego popełniali masowo samobójstwa, bądź wegetowali na marginesie społecznym. Ich resztki zostały określone „moherami", gdyż mówili językiem radykalnym i ostrym, jako jedyni rozumiejąc to, co się działo. O ile szeroka publika została nauczona wiary w nowego bożka „Niewidzialną Rękę Rynku" — te marginesy z rozwalonych celowo zakładów, dokładnie wiedziały do kogo owe „niewidzialne ręce" należą.

W 1995 u Jaworowicz jedna z pracownic mówiła zalana łzami: „Mówi się o godności ludzkiej, a gdzie tu jest godność ludzka? Tu jest tylko płacz, tyle mamy z demokracji. Jeśli rozwalą nasz zakład to można nas tutaj powybijać."

Masowe niszczenie takich zakładów na polskiej prowincji było dramatami, których wymiar daleko wykraczał poza kwestie czysto ekonomiczne. Przede wszystkim niszczyły one więzi społeczne, prowadząc nas ku temu zatomizowanemu stanowi, w jakim znajdujemy się dziś.

Były pracownik Diory, Edward Kumorek, tak to opisywał: „Kiedyś, gdy szło się ulicą, co drugi człowiek to był kolega z pracy lub ktoś, kogo zna się z widzenia, bo pracuje w tym samym zakładzie. Diora trzymała ludzi razem, wszyscy żyli jakby bliżej siebie. Dzisiaj wszyscy są zajęci swoimi sprawami, chowają się we własnych mieszkaniach. Bez Diory miasto jest jakby opuszczone".

Podobny wyrok spadł na całą polską elektronikę. Elwro, Elta, Elwa, Cemi, Diora, Fonica, Radmor… Byliśmy jedynym krajem z własną technologią układów scalonych i półprzewodnikowych, nie bazowaliśmy na Tajwanie czy Chinach.

"W roku 2000 dowiedziałem się, ze zdziwieniem, iż w Republice Czeskiej jest więcej serwerów Internetu niż w Polsce. W dodatku Czesi produkowali też więcej nowoczesnej technologii niż Polacy. A jest ich cztery razy mniej (!). Sprowadzając w latach 2000-2001 oryginalne, amerykańskie, podręczniki do programowania obiektowego ze zdziwieniem stwierdzałem, że zostały już dawno przetłumaczone i wydane w Bułgarii (o Rosji nawet nie wspomnę). Amerykański wydawca chwalił się w internecie, okładkami swoich książek w wersji cyrylicą (а вот какая экзотика!).

Działo się coś dziwnego ...

Na początku lat dziewięćdziesiątych wrócił do Polski inżynier Jacek Karpiński (twórca legendarnego mikrokomputera K-202). Nie przybył z pustymi rękami — przywiózł nowatorską koncepcję ręcznego mini-skanera, którego produkcję chciał wdrożyć w swoim kraju. Niestety znów został udupiony, tym razem ostatecznie.

Przykładem „prywatyzacji" w wykonaniu liberałów gdańskich, było sprzedanie polskiej firmy państwowej również firmie państwowej, tyle że francuskiej. Oczywiście chodzi o Thomson-POLKOLOR. Mało kto wie, że oprócz produkcji kineskopów, zakłady te miały rozbudowany sektor badawczo-rozwojowy. Opracowano tam między innymi, rewelacyjne systemy noktowizyjne. Rozwiązania sprzedawano za twardą (i ciężką) walutę. Był dynamicznie rozwijający się, przyszłościowy dział ekranów LCD. Było … No sporo tam było. Wkrótce po sprzedaży zespoły rozwojowe rozwiązano. Co się stało z dokumentacją techniczną — nie wiem..."

Jestem przekonany, że historia polskiej transformacji zostanie rychło napisana na nowo, z pokazaniem jej prawdziwych mechanizmów.

Póki co opowiada się brednie o tym, że nie dało się przewidzieć skutku reform i „zachowań rynku", który doprowadził nas do tego, że młode pokolenie z prowincji musiało wyjechać za granicę, a ci co zostali mają problemy z utrzymaniem rodziny, o rozwoju osobistym czy kulturalnym już nawet nie mówiąc. Oczywiście nie dotyczyło to grup wielkomiejskich, które kształtują przekaz o Polsce.

Wszystko dało się przewidzieć!

W 1995 w programie Jaworowicz zwykły pracownik Diory przestrzegał:

„Jak tak dalej będziemy robić to niedługo wszyscy będą kelnerami na Zachodzie. Polak jest Polakiem. Tutaj mamy tysiącletnie państwo i tutaj musimy istnieć!"

Jeśli prości robotnicy rozumieli ekonomię doskonale i potrafili celnie przewidzieć przyszłość Polski z wyprzedzeniem 10-15 lat, to dlaczego te wszystkie uczone głowy ekonomiczne opowiadały wówczas na łamach gazet tak kuriozalne brednie? Może dlatego, że nie byli ekonomistami, lecz namiestnikami zachodniego kapitału ds. wygaszenia polskiej konkurencji?

To lud był wówczas racjonalny, to lud rozumiał wówczas procesy gospodarcze. Elity natomiast krzewiły wiarę w nieistniejącą „Niewidzialną Rękę Rynku", w którą uwierzyły całe tabuny lemingów.

Potraktujmy to jako lekcję. Nie dajmy sobie dziś wmówić pseudokonfliktów wewnątrz polskich, o drugorzędne dla procesów gospodarczo-społecznych kwestie, konfliktów o symbole, wierzenia, obyczaje. Nasi okupanci stoją dziś na miejscu naszych dawnych zakładów produkcyjnych, które były głównymi ośrodkami lokalnego życia społecznego.

i obecnie...

Komisja Europejska wydała dziś uchwałę, która przewiduje specjalne znakowanie towarów produkowanych na terenach sporu pomiędzy Izraelem a Palestyną. Izrael jest oczywiście oburzony i podnosi, że jest to antysemicki bojkot. Unia odcina się, że nie jest to wcale bojkot, tylko danie konsumentom możliwości świadomego wyboru, czy chcą produkty izraelskie czy też nie. Uważam, że jest to dla nas bardzo dobra okazja, by pójść za ciosem i zrobić coś analogicznego na całym polskim rynku. Dziś konsument nie ma możliwości świadomego wyboru, nawet jak się stara, gdyż zachodnie firmy podszywają się pod polskimi markami — i drenują nas z kapitału. Tymczasem faktem jest, że proces integracji z Unią kosztował nas destrukcję polskich zakładów produkcyjnych. I skala tego była o wiele większa u nas niż np. w Czechach. Byliśmy zbyt dużym krajem, by nam odpuszczono. Dlatego polscy konsumenci powinni dziś mieć możliwość świadomego wyboru, czy chcą kupować co popadnie, czy wezmą współudział w czekającym nas procesie odbudowy polskiej produkcji, rezygnując zwłaszcza z produktów wytwarzanych w tych krajach, które były największymi beneficjentami polskiej transformacji. Gdyby Unia miała co do tego pretensje, można odpowiedzieć jej własnymi słowami: to nie jest bojkot czy dyskryminacja, lecz danie wolności wyboru.

Program „Ostatnie dni Diory" jest dziś wielkim wyrzutem dla polskich mediów, gdyż stanowi on dowód na to, że media mogły wówczas całkowicie zatrzymać proces destrukcji. Świadomie jednak wybrały wówczas tematy zastępcze. Obejrzyjcie na czym powinno polegać prawdziwe dziennikarstwo w okresie transformacji:

Mariusz Agnosiewicz

 
***

A tu raptem kilka (z tysięcy) przykładów skutecznego wygaszenia...







Zakłady Przemysłu Ciągnikowego- "Ursus"- Warszawa

Zakłady przemysłu bawełnianego "Uniontex"- Łódź

Cementownia "Szczakowa"- Pieczyska

Cukrownia "Racibórz"

"Celwiskoza"- Jelenia Góra

...bo komuż dziś potrzebny tutaj silny i nowoczesny polski przemysł? No przecież nie tym, którzy uzurpują sobie prawa do machania buławą i szabelką, nad tym umęczonym krajem nad Wisłą, gdzie jak zwykle każdy ciągnie do siebie, by ugrać, udźwignąć lub pochwycić jak najwięcej.
I tylko ludzi żal. Tych normalnych, prostych ludzi i ich zmarnowanego potencjału, pracy, pomysłów, zaangażowania, ambicji i niejednokrotnie wielkiej chęci na faktyczną poprawę sytuacji.
Kogoś tu koszmarnie oszukano. Komuś splunięto w twarz i odarto nie tylko z godności. A owoce pracy rozjechano spychaczami i koparkami każąc wierzyć, że to domena jedynie słusznej opcji. Historia się powtórzyła. Ale człowiek żyje chyba jednak za krótko i przez to zawsze jest jak ten pocisk, ładowany do lufy. Nigdy sam nie strzeli. Zawsze wystrzelą go inni, i to częstokroć w momencie najmniej przewidywalnym. A poleci i wybuchnie z reguły tam, gdzie go nakierowano. I nie będzie już niczego. Bo czas na to by wszystkiemu zaradzić i coś poprawić, właśnie minie. Gdy ucichnie wrzawa i opadnie kurz, następni podejdą i posłusznie dadzą się umieścić w komorze. I tak w kółko. I znowu. I wciąż.
Jak długo jeszcze?           
 

Źródło artykułu: http://www.racjonalista.pl/
Źródło zdjęć: http://m.fotopolska.eu/
internet
Korekta: Medart