piątek, 9 sierpnia 2019

Masyw Śnieżnika 2017


Część 4- Międzygórze- Polana Śnieżna- Droga Albrechta- Przełęcz Puchaczówka- Wilczyniec- Wapnisko (kamieniołom Rogóżka)- Konradów- Żabnica- Skowronia Góra- Biała Woda- Droga Albrechta- Międzygórze.

Nadszedł czas, ażeby zapoznać się bliżej z najmniej popularną (co nie znaczy że nieatrakcyjną) częścią Masywu Śnieżnika, jaką od lat pozostają...Krowiarki. 

"Krowiarki tworzą długi, malowniczy grzbiet, ciągnący się od Przełęczy Puchaczówka [...], aż po okolice Kłodzka. Dosłownie i w przenośni leżą w cieniu Śnieżnika. Nie spotkamy tutaj zbyt wielu turystów, których kuszą niedalekie, znacznie wyższe szczyty. A przecież prowadzący przez nie żółty szlak turystyczny, dostarcza niezapomnianych widoków z bezleśnych kulminacji, zaś ruiny dawnych domostw, czy kościoła w Marcinkowie. stwarzają nastrój wyprawy odkrywczej. Najwyższym szczytem Krowiarek jest Suchoń (964m.n.p.m.), a do najbardziej widokowych wzniesień, należy górująca nad Konradowem- Skowronia Góra".


No właśnie. Jako że nogi jeszcze nigdy nas tam nie zaniosły, bardzo byliśmy ciekawi, co skrywa ten fragment śnieżnickiej ziemi i co zaoferuje nam, podczas wędrówki. Przypuszczaliśmy natomiast, że mamy duże szanse na jeszcze większy spokój i odosobnienie, niż w innych częściach tych pięknych gór. Nie pomyliliśmy się...
Wyruszyliśmy w znakomitych nastrojach, bowiem pogoda od rana znów zwiastowała piękny, słoneczny dzień. Początkowo szlakiem niebieskim, który po opuszczeniu Międzygórza wyprowadzał na malownicze Polany Śnieżne, znane też jako Łąki myśliwskie, które znajdują się po południowej stronie Lesieńca. Widoki z tego miejsca przy sprzyjającej aurze, po prostu oczarowują. Widać sporą część Masywu, ale też kawałek Gór Bystrzyckich. Idealne miejsce, by usiąść i kontemplować widoki całymi godzinami. Aż tyle czasu nie mieliśmy, zatem niebawem zniknęliśmy w lesie, który doprowadził nas do Drogi Albrechta. Był to niegdyś jeden z najważniejszych traktów w tej części gór, nazwany tak na cześć małżonka księżnej Marianny Orańskiej- księcia Fryderyka Henryka Albrechta Hohenzollerna.
Droga prowadzi głównie lasami i dopiero przy skrzyżowaniu z Drogą Izebeli, robi się nieco przestronniej. Chwilę potem dochodzimy do drogi asfaltowej, łączącej Stronie Śląskie i Bystrzycę Kłodzką. Jesteśmy już u podnóża Czarnej Góry, jednak teraz nasza uwaga skierowana jest w inną stronę. Idziemy trochę się na wschód, na dobre osiągając otwartą przestrzeń i ciesząc oczy ładnymi widokami. Niebawem dochodzimy do Przełęczy Puchaczówka.

Schronisko Puhu Baude na Przełęczy Puchaczówka, ok. 1935 r.

Już w XIXw., istniała tutaj gospoda. Cieszyła się dużą popularnością, dlatego na początku następnego stulecia została rozbudowana i przemianowana na schronisko, z 28 miejscami noclegowymi. Obiekt nazwany Puhu Baude przetrwał cały czas wojny, zaś w 1947 roku został oficjalnie przejęty przez PTT, otrzymując nazwę "Puchociówka". Niestety schronisko nie doczekało już ponownej reaktywacji, bowiem miejscowe władze dość szybko uznały iż lepiej będzie, jeśli posłuży ono jako baza materiałów dla...pobliskiego PGR-u! Cóż, nie pierwszy to znamienny przykład beztroski i niekompetencji ówczesnych dygnitarzy.
Sama przełęcz jest świetnym miejscem widokowym, zaś jedynym obiektem jaki dziś tam się znajduje, jest niewielka kapliczka domkowa, przypuszczalnie z roku 1781.

Kapliczka domkowa na Przełęczy (Puhukapelle), ok.1900 r. Towarzysząca jej lipa...wciąż rośnie

Za przełęczą podążamy szlakiem czerwonym i zielonym, które prowadzą najpierw przez całkowicie odkryty wierzchołek szczytu Pasiecznik, a następnie już przez las, gdzie osiągamy nieco niższy Wilczyniec. Schodząc z tej kulminacji spotykamy pierwszego i jak się okazało, jedynego tego dnia turystę plecakowego, zmierzającego w kierunku Czarnej Góry. Nie dochodząc do Przełęczy pod Chłopkiem, za którą po szlakach Kuźniczych Gór (północno- wschodnia część Krowiarek), można osiągnąć Stronie Śląskie i Lądek- Zdrój, odbijamy na zachód, tym razem na szlak rowerowy.
Najpierw znów jest trochę przez las, następnie zaś wychodzimy na obszerne łąki, między Wilczyńcem a szczytem Wapnisko. Stąd widać już ładnie coraz bardziej wyeksponowany, główny grzbiet Krowiarek, ze Skowronią Górą w roli przewodniej. Po około dwóch kilometrach, dochodzimy do reliktów dawnej wsi- Rogóżka (Wolframsdorf), z której przetrwała jedynie ruina kaplicy i pobliski krzyż. Wieś przed ostatnią wojną była jeszcze niewielkim letniskiem, które od drugiej połowy lat 40. zaczęło szybko się wyludniać. Ostatni mieszkańcy opuścili to miejsce w połowie lat 60. XXw.  Po prawej stronie drogi, natrafiamy niebawem na teren dawnego kamieniołomu wapieni, ulokowanego na zboczu wspomnianego już Wapniska. Historia ich pozyskiwania w tej okolicy sięga 1880r., zaś po wojnie, kamieniołom użytkowany był od 1949 do 1997 roku, po czym zapadła decyzja o jego likwidacji.
Największą atrakcją kamieniołomu, jest znajdująca się tutaj jaskinia krasowa nazywana "Załom", bądź po prostu "Jaskinia na Ścianie". Odkryli ją wiosną 1985 roku harcerze, należący do grupy grotołazów jednej z drużyn ze Stronia Śląskiego. Po pomiarach okazało się, że jest to piąta co do długości jaskinia w polskich Sudetach. Więcej na temat tej ciekawej osobliwości natury i jej najbliższej okolicy, we wpisie Jana Wieczorka
Na terenie kamieniołomu robimy sobie kilkunastominutową przerwę, a ruszając dalej, znajdujemy częściowo zachowany szybowy piec wapienniczy, zbudowany w połowie lat 30. XXw. Nasza dalsza droga przebiega dolinką Konradowskiego Potoku, cały czas na północ.
Z początku nawierzchnia jest ledwie utwardzona jakimiś wapiennym rumoszem, jednak po pewnym czasie pojawia się asfalt. To niechybny znak, że zbliżamy się do Konradowa (Konradswalde). Tymczasem robi się już naprawdę gorąco, toteż mamy nadzieję, że we wsi uda nam się znaleźć jakiś sklepik, gdzie uzupełnimy płyny. Mimo asfaltu i tak idzie się nieźle. Ruchu żadnego, zaś rosnące przy drodze drzewa, dają choć chwilowe wytchnienie.

Nazwa wsi utworzona została zapewne od niemieckiego imienia „Konrad" i słowa „Wald" (las). Prawdopodobnie odnosiła się do osoby właściciela lasu. Obecna nazwa miejscowości nawiązuje do lokalnej tradycji. Pierwsza wzmianka o Konradowie, wsi założonej na żyznych gruntach, pochodzi z 1346 roku. Wówczas miejscowość ta należała do dóbr karpieńskich i funkcjonowała według zasad prawa niemieckiego. Już w 1366 roku Konradów był wsią parafialną, a w 1416 roku wzmiankowano tu sędziostwo, które niewątpliwie powstało znacznie wcześniej. W 2 połowie XVI wieku i w 1 ćwierci XVII stulecia, w czasie niepokojów religijnych związanych z reformacją, Konradów tracił okresowo status wsi parafialnej i dołączony był do parafii w Nowym Waliszowie. W dobie wojny 30–letniej wieś znacznie zubożała, głównie ze względu na zniszczenia, kontrybucje i zarazy. W 1684 roku została sprzedana przez cesarską komisję alienacyjną i stała się własnością szlachecką, a w 1686 roku w ręce szlachty przeszło też sędziostwo. Dzięki temu, że Konradów założono na żyznych glebach stał się on w czasach nowożytnych dużą, rolniczą wsią z dość liczną warstwą kmieci (około 30 – 40). W późniejszym okresie nastąpił też rozwój rzemiosła np.: piekarstwo, piernikarstwo i rzeźnictwo, a także w niewielkim stopniu tkactwo oraz wytwórstwo przędzy. Rozwijał się też lokalny przemysł drzewny, młynarski i propinacyjny, a także handel, w tym handel zbożem. Dowodziło to niewątpliwie, że Konradów był w tym czasie zamożną wsią. Działała tu szkoła katolicka, wzmiankowana po raz pierwszy w 1789 roku. Do połowy XIX wieku Konradów podzielony był na dwie części, dominialną obejmującą większą część wsi i drugą z sędziostwem, mniejszą a w 2 połowie XIX wieku został scalony. W XIX stuleciu Konradów nadal pozostawał dużą miejscowością, w związku z czym po 1885 roku stał się siedzibą urzędu stanu cywilnego. Największą liczbę ludności wsi odnotowano w 1857 roku (900 osób). W 2 połowie XIX wieku wieś znalazła się na trasach turystycznych z Lądka na Przełęcz Puchaczówkę i Śnieżnik. Miała również charakter letniskowy.

Budynki i obiekty Konradowa. Pocztówka z 1900 r.

Po ostatniej wojnie, zasiedlony na nowo Konradów stał się wsią o charakterze stricte rolniczym. W latach 70. działała tu stacja turystyczna "Śnieżnik", prowadzona przez PGT. Myślano także o  utworzeniu w tym miejscu dużego ośrodka wczasowego, jednak plany te nie zostały zrealizowane. Obecnie mieści się tu kilka gospodarstw agroturystycznych, zaś wieś należy do jednej z najbardziej rozpoznawalnych w regionie i co ważne, już od wielu lat nie cierpi na kryzys związany z wyludnianiem.
Drogą przechodzimy niemalże przez cały Konradów. Okazuje się, że jak na złość sklepik zlokalizowany jest prawie na samym końcu. Ale i tak musieliśmy tu dotrzeć, jako że właśnie z tego miejsca niebawem rozpoczniemy podejście na Skowronią Górę. Tymczasem odpoczywamy pod obszerną wiatą koło tutejszej remizy, ulokowaną vis-à-vis barokowego dworu z końca XVIIIw. Próbuję później zbliżyć się do niego i trochę pofocić, ale od strony dziedzińca niebawem rusza w moją stronę komitet powitalny, złożony z kilku niezbyt przyjaźnie usposobionych czworonogów. Wrzucam zatem wsteczny, ograniczam terytorium i skupiam się jedynie na...froncie. :)
Po skromnym posiłku i solidnym nawodnieniu się, jesteśmy gotowi na "szturm" Skowroniej. ;)
Znajdujemy właściwą drogę i odbijamy w lewo. Teraz stopniowo pniemy się w górę, mając możliwość podziwiania wsi i jej najbliższej okolicy, z coraz szerszej perspektywy. Podejście do trudnych nie należy, choć w wysokiej temperaturze i tak swoje robi. Iza ściąga nawet podkoszulek, zostając tylko w sportowym biustonoszu. Ja co prawda aż tak golizną nie świecę, ale jak zwykle w podobnych sytuacjach, ratuję się swoim niezawodnym, pustynnym kapelusikiem. :)
Docieramy w końcu na główny grzbiet Krowiarek i obieramy kierunek na południowy. Robi się naprawdę sielsko. Szlak fajnie meandruje prowadząc w większości otwartym terenem, dzięki czemu pojawiają się coraz to ładniejsze widoki. Nie tylko na pobliskie grzbiety Krowiarek czy Wysoczyzny Idzikowej, ale też na bardziej odległe, chociażby- Góry Bystrzyckie. Mijamy dość mało wybijającą się kulminację Żabnica, za którą to teren dopiero wyraźnie zaczyna się wznosić Mijamy nieliczne pastwiska z rogacizną i dokonujemy finalnego podejścia pod Skowronią Górę. Jest niezwykle malowniczo i przestrzennie. Rosnące co jakiś czas skupiska drzew, wcale nie przeszkadzają w podziwianiu dalekich panoram. Pod samym wierchem jest jeszcze lepiej. Rośnie tu jedynie kilka brzozowych zagajników, które nadają temu miejscu specyficznej atmosfery, niemalże idyllicznego zakątka. A widoki na inne pasma? Cóż...narzekać absolutnie nie przystoi. W najlepszym momencie widać doskonale nie tylko znaczną część Gór Złotych i Bialskich, część Wysokiego Jesionika, ale i położone w innym kierunku Bardzkie, Sowie Stołowe, czy Kamienne, o Bystrzyckich i Orlickich już nie wspominając. Przy innym ułożeniu słońca, widoki zapewne sięgnęły by Rudaw Janowickich i Karkonoszy. Oczywiście najwyższa część Masywu Śnieżnika też ładnie się prezentuje, pod postacią Suchonia, Czarnej Góry, Żmijowca i samego Śnieżnika rzecz jasna. Tak więc niepozorna Skowronia Góra, okazuje się być naprawdę świetną miejscówką dla każdego, kto spragniony jest nietuzinkowych, sudeckich widoków. My w każdym razie byliśmy całkowicie usatysfakcjonowani. :) Szkoda jedynie, że na wierzchołku nie istnieje żadna infrastruktura turystyczna. Przydała by się tutaj choć skromna wiata, a jeśli nie, to chociażby zwykła ława i coś do siedzenia. Na pewno znacząco podniosło by to walory tego atrakcyjnego szczytu i ułatwiło pobyt turystom. Tyle tylko, że ich frekwencja tutaj jest na tyle znikoma, iż należy przypuszczać że w tym temacie niewiele ulegnie zmianie. Schodząc ze Skowroniej, doszliśmy do kolejnej wyludnionej osady, jaką jest Marcinków (Martinsberg).

Marcinków był dawną wsią gwarecką. W dokumentach z 1344 r. wymienia się ją pod nazwą Mertetindorf, a w 1465 r. jako Merbotindorf (czyli Nierobocin), co sugeruje, że była zwolniona od pańszczyzny. Wiadomo jednak, że już wtedy zaprzestano tu wydobycia srebra. W XV w. wytapiano tu także szkło. W 1481 r. rodzina Gregor otrzymała z rąk Henryka Starszego Podiebradowicza, teren wsi wraz z prawem do poszukiwania i wydobycia rud. W XVI w. znacznie wzrosło tu wydobycie galeny. We wsi w 1598 r. stanął kościół pw. św. Marcina, pełniący rolę kościoła cmentarnego. Rozwój gospodarczy przerwany jednak został przez wojnę trzydziestoletnią, która w 1623 r. zniszczyła także kościół. Ożywienie gospodarcze nastąpiło dopiero w XVIII w. wraz z przejęciem okolicznych ziem przez ród Wallisów. W 1701 r. odbudowano kościół. Kolejną próbą wznowienia działalności górniczej było otwarcie w 1749 r. kopalni (Zum reichen Segen) a w 1755 r. huty (Friedrichs Silberhütte) przez spółkę kpt. von Zerbst i radcy podatkowego Menceliusa. Prace górnicze zeszły do głębokości 25 m. Przerwane zostały w roku 1784, po czym teren wsi został podzielony na trzy części własnościowe. Jeszcze jedną nieudaną próbę reaktywacji górnictwa podjęto w 1855 r. Po 1945 r. Marcinków został zasiedlony przez niewielką grupę Polaków, jednak z biegiem lat pustoszał i popadał w ruinę. W latach 50. prowadzono tu prace poszukiwawcze rud uranu. Znaleziono niewielkie okruszcowania, których eksploatacja okazała się nieopłacalna na skalę przemysłową.

Dziś Marcinków, to zaledwie kilka zamieszkałych domów. Mimo ciekawych walorów krajobrazowych, wieś nie rozwija się w kierunku turystyki, zaś działalność rolnicza, prowadzona jest tutaj na szczątkową skalę. Nie wykluczone więc, że za jakiś czas i ona podzieli los wspomnianej wcześniej...Rogóżki.
Dość szybko mijamy nieliczne zabudowania, wraz z ruinami tutejszego kościoła św.Marcina i nieco wspinamy się na stok bezimiennego wzgórza (878m.n.p.m.), położonego na wschód od Suchonia i z ładnymi widokami na Czarną Górę, dochodzimy do reliktów wsi Biała Woda (Weisswasser).

Widok na fragment wsi Biała Woda. Po prawej, dawne schronisko młodzieżowe. W tle- Suchoń. Fotografia między 1920-40.

Dziś po tej rozległej wsi (sięgającej niegdyś Przełęczy Puchaczówka), pozostały jedynie nieliczne fundamenty rozsiane po okolicznych stokach, oraz niewielka kaplica św.Anny z połowy XIXw., stojąca tuż przy drodze nr.392.
Po ponownym dzisiaj przekroczeniu szosy, wspinamy się widokowymi łąkami, ulokowanymi u podnóża Czarnej Góry, z widokiem na Suchonia i okolice doliny Białej Wody, niewielkiego potoku płynącego jej dnem. Dalej już zagłębiamy się w las, by po pewnym czasie znów pojawić się na znajomej Drodze Albrechta, którą to spokojnie powracamy do Międzygórza.

Ruszamy...

Podejście pod Polany Śnieżne...

po pierwsze tego dnia, przyjemne widoki

Kawałek laskiem...

i znów cieszymy oczy rozległymi panoramami

Widok na grzbiet z Modrzewiową i Jaszkówką. Dobrze widać też Jawornicką Polanę. Na ostatnim planie- Góry Bystrzyckie

Na dobre znikamy między drzewami

Pachnący nowością paśnik

Droga Albrechta

Później, cienia przybywa...

i znów chowamy się w lesie

W końcu drzewa ustępują

Przy szosie nr.392, łapiemy widoki na Góry Złote

Na razie idziemy asfaltem...

a z każdym krokiem, robi się bardziej przestronnie

Widok na Sienną. Ta miejscowość to mekka narciarzy, nie tylko z Ziemi Kłodzkiej

W oddali Góry Złote i Bardzkie

Sienna raz jeszcze

Osiągamy leciwą kapliczkę na Przełęczy Puchaczówka. Poczciwa lipa, daje jej teraz trochę cienia

Widok z przełęczy na Czarną Górę

Podejście pod Pasiecznik

Widoczek zza pleców...

w lewo, na okolice Suchonia i Górzycy...

oraz w przeciwną stronę, na Czarną Górę, Żmijowiec i Śnieżnik

Wierzchołek Pasiecznika

Ponownie w las

Na stokach Wilczyńca

Widok na szczyt Rudka. Z tyłu po prawej, majaczy też Młyńsko

Zejście. Tu spotykamy jedynego tego dnia turystę

Pojawia się szerszy dukt, prowadzący w stronę Przełęczy pod Chłopkiem. My jednak...

odbijamy na szlak rowerowy

W tle, majaczy już grzbiet główny Krowiarek

Obszerne łąki nad Rogóżką

c.d.

Pod nogami wciąż wiosennie

Droga lekko sprowadza w dół

Łagodny stok Wapniska

Wchodzimy na tereny, które mniej więcej pół wieku wcześniej, opuszczali ostatni osadnicy

Resztki kaplicy i kamienny krzyż. Tyle pozostało ze wsi Rogóżka

Dochodzimy do kamieniołomu

Jego lewa strona...

i przeciwna. Po prawej, rozległa połać rumoszu, po której teoretycznie można by wskrabać się wyżej. Ale...na własną odpowiedzialność ;)

Czerwoną strzałką, zaznaczyłem przybliżoną lokalizację wejścia do jaskini "Załom"

Ruszamy dalej...

by zaraz odnaleźć położony blisko drogi, wapiennik 

c.d.

Fragment paleniska, od strony okna dmuchowego

Betonowy mur, dawnego Strońskiego Zakładu Kamienia Budowlanego

Podążamy doliną Konradowskiego Potoku

I oto on sam, za nim zaś, niewielkie pastwiska

W stronę Konradowa

Mała kapliczka na początku wsi

Jedno z pierwszych domostw

Potok wciąż bystro rwie lewą stroną drogi

Pierwszy budynek po prawo, to garaże dawnej strażnicy

Zachowała się na nich nawet tabliczka z datą

W Konradowie

c.d.

Kościół Podwyższenia Krzyża Świętego, od głównej drogi. Zobaczymy go niebawem z innej perspektywy

Widok spod wiaty przy obecnej remizie. W tle, wzniesienie Różanka

Elewacja boczna konradowskiego dworu

Fragment dziedzińca z budynkami gospodarczymi. Pozwożono jakieś materiały, więc może wreszcie remont? Ponoć obecny właściciel, za bardzo się do niego nie pali

Ostatnie zdjęcie od strony dziedzińca, nim przegoniły mnie stamtąd rozwścieczone kundle

Od frontu natomiast, na szczęście nikt mnie nie ścigał :)

I jeszcze taki budynek, w bliskim sąsiedztwie dworu

Rozpoczynamy podejście

I kolejne ujęcie konradowskiego kościoła, tym razem z przeciwnej strony

Góry Złote, z dominującym pośrodku kadru- Jawornikiem Wielkim

Widok na coraz bardziej zostający w tyle, Konradów

Ostatni odcinek podejścia, uskuteczniany przy niemałym żarze lejącym się z nieba

Zaraz pojawiają się widoczki na przeciwną stronę

Wreszcie na grzbiecie

Malowniczy krajobraz Krowiarek

c.d.

Piramidalne wzniesienie na środku, to (chyba) Modrzeńce. Bystre oko wychwyci wystającą z lasu na prawo od niego, wieżę kościoła św. Mikołaja w Nowym Waliszowie

Grzbietem Krowiarek

Kadr zamykają Góry Bystrzyckie i Orlickie

Nieliczne pastwiska

Delikatnie pod górę...

gdzie czekają coraz obszerniejsze, widokowe rarytasy

Jeden z brzozowych młodników

Zielone łąki i...Góry Złote

Zbliżamy się do ostatniego zagajnika przed wierzchołkiem

Nieliczne drzewa, nadają temu miejscu malowniczości i przynoszą choć chwilową ulgę, przed upałem

Znów wyłania się Czarna Góra. Z tej perspektywy, bije wysokością samego Króla :)

Upojne widoki na Sudety Środkowe

c.d.

Wierzchołek Skowroniej Góry (839m.n.p.m.)

Na pierwszym planie grzbiet z Wilczyńcem  i Wapniskiem, gdzie wędrowaliśmy kilka godzin wcześniej (widać też kawałek kamieniołomu). Dalej...Góry Bialskie i Złote

Raz jeszcze Czarna Góra i Śnieżnik...

oraz usadowiony bardziej na zachód Suchoń i (nieco z prawej) Górzyca

Ostatnie spojrzenie na środkową część Sudetów...

i schodzimy

Po prawej, pozostałości wsi Marcinków

Widoczny z drogi, zrujnowany kościół św.Marcina

Spojrzenie do tyłu, na rosły dąb rosnący przy rozstaju wiejskich dróg

Z tego miejsca udaje mi się jeszcze złapać w kadr, ładnie wyeksponowane okolice Lądka- Zdroju. Tu dokładnie- Lutynia- Ułęże, z widocznym na środku kościółkiem św.Jana Nepomucena. Byliśmy tam dwa lata wcześniej

Na żółtym szlaku

c.d.

Na chwilę opuszczamy otwartą przestrzeń

Kaplica św.Anny. Jedyny w całości zachowany budynek, po dawnej wsi Biała Woda

Zaraz za szosą przekraczamy niewielki strumień, o nazwie tożsamej z nieistniejącą osadą...

i wspinamy się na obszerne łąki

Widoki na dolinę którą prowadzi droga 392, z dominującym Suchoniem...

i łagodniejszym, bezimiennym wzniesieniem (878m.n.p.m.) w tle

Jak kończą się łąki, musi zacząć się...las

c.d.

c.d.

Ponownie Droga Albrechta. W tle po prawej, grzbiet Czarnej Góry

Ostatni leśny odcinek...

wyprowadzający nas po raz kolejny dziś, na skąpane w słońcu Łąki myśliwskie

Aż chciało by się rozłożyć leżak i... :)

Chyba jeden z dwóch, ocalałych na tym terenie budynków. Jak widać, wciąż użytkowany

Ostatnie zejście...

z widokami na zdominowane przez roślinność, relikty dawnego osadnictwa

Kilkaset metrów za tym zakrętem...

osiągamy szykujące się  już do pożegnania dnia...Międzygórze

Zaliczenie kolejnej niezwykłej trasy, czcimy stosownym trunkiem :)



c.d.n.


Źródła cytatów: W.Brygier, T.Dudziak: Ziemia Kłodzka- przewodnik. Rewasz 2010. 
https://polska-org.pl/  

Źródła zdjęć archiwalnych: https://polska-org.pl/ 
https://fotopolska.eu/ 
            
        
   

czwartek, 18 lipca 2019

Cywilizacja wynaturzeń, kultura pogardy, programy ucisku i...My


"Ludzie nie chcą słyszeć prawdy, ponieważ nie chcą, by niszczono ich iluzje".
Fryderyk Nietzsche
  

Zastanawiałem się jak zacząć. Temat jest bowiem bardzo złożony, dotyka wielu kwestii i ma wpływ na niemalże wszystkie aspekty życia na tej planecie. Nie tylko tego, dotyczącego samej egzystencji ludzkiej. Najpierw jednak przedstawie pewien materiał, który dosadnie i bez ogródek odnosi się do bestialstwa, które mimo że istnieje od zarania dziejów, stanowi swoiste tabu, a ostatnio- nawet element medialno- politycznych rozgrywek. Natomiast schemat owej patologii pozostaje wciąż niezmienny. Ofiary w większości, są jedynie "głosem wołającego na puszczy", podczas gdy kaci oraz oprawcy, pod parasolem ochronnym i z arsenałem "środków zapobiegawczych" u boku...pozostają bezkarni.
Jeśli dacie radę, obejrzyjcie także drugą część tego filmu, ukazującą koszmar mający miejsce w Belgii (L'affair Dutroux), który jest mocnym opisem problemu, tym razem całkowicie w teatrze działań "ludzi władzy". Na samym końcu wpisu zamieszczę linki do źródeł, jasno wskazujących, że barbarzyński proceder przemycania i handlu dziećmi, które trafiają potem w ręce degeneratów, ma miejsce również w Polsce. 

Skupmy się teraz nad czymś innym. Czy kultura w której żyjemy, daje nam jakąkolwiek swobodę wyboru. Czy do tego gdzie tkwimy obecnie, przyczynił się akt powstały na mocy własnych, autonomicznych decyzji i posunięć, wynikłych ze świadomego pokierowania swoim losem? Czy może jesteśmy tu, bo chcąc sprostać pewnym oczekiwaniom i jakoś połączyć "koniec z końcem", zdecydowaliśmy się tylko na odgrywanie powierzonej nam roli? Tak...wiem. Media pełne są ludzi, którzy na łamach magazynów czy reportaży opowiadają o swoim spełnieniu, o szczęśliwym życiu u boku rodziny i realizacji pasji, jaką wymarzyli sobie już w kołysce. Ale muszę Was zmartwić. To są media. W 99% wykreowane sytuacje, tworzone na potrzeby oglądalności, propagowania kolejnych wzorców zachowań, czy tworzenia mitu sukcesu, który z sukcesem nie ma absolutnie nic wspólnego. To tylko wirtualna rzeczywistość, nie różniąca się niczym, od tej wygenerowanej przez komputer. Prawda jest taka, że media nie lubią prawdziwie wolnych i samostanowiących o sobie ludzi. Nie lubi ich cały establishment, który istnieje tylko i wyłącznie dzięki pewnym uwarunkowaniom i powiązaniom w systemie interesowności. Ludzie prawdziwie wolni drażnią ich, są bowiem niepożądanym elementem, który zorientowany jest na kultywowanie zupełnie innych wartości. Dlatego dzisiaj, tak bardzo nie znosi się niezależności (mimo że paradoksalnie, próbuje się ją propagować, tyle że na fałszywych wykładniach; bo jaką to niezależnością ma być np. wzięcie kredytu?).
Większość ludzi odgrywa zatem powierzone im role. I choć są wśród nich osoby doskonale to wiedzące, to jednak prawdziwą klęską jest to, że świadomość nie poszła w stronę analizy i próby zrozumienia dlaczego coś się wydarza, a zadowoliła się zdawkowymi wyjaśnieniami "autorytetów", mimo tego, że ludzie ci powtarzają to samo już dziesiątki, setki (a może tysiące) lat. Coś zblokowało się w mentalności ludzkiej, która nie pobudzona nowym bodźcem do znalezienia rozwiązania, spoczęła w martwym punkcie i ślepej uliczce. 

"Cechą uczonego umysłu, jest zdolność do rozważania myśli, bez jej przyjmowania".

Ta starożytna maksyma wcale nie jest odkrywcza. Jednak w dzisiejszych czasach masowej ignorancji, stała się całkowicie zapomniana. Otóż bowiem ci, którzy chełpią się przynależnością do dumnej społeczności homo sapiens, szczycącej się możliwościami kreacji, nauki i uznającej wyższe zasady moralne, nagle zapragnęli mieć...mentorów. I to znów tych samych! Mentorów, którzy od wieków robią w zasadzie to samo. Zakładają tylko coraz to inne szaty, zmieniają kierunki i dodają nowe narzędzia, ażeby wszyscy wierzyli, że istnieje jakakolwiek polaryzacja, wszystko jest dostępne na wyciągnięcie ręki i że możemy śmiało korzystać z jakiejkolwiek, dowolnej metody poznawczej. Tyle teoria. W praktyce sprawa się komplikuje, gdy "trzcina myśląca", zapragnie jednak zadać pytanie dlaczego, i przy niesatysfakcjonującej odpowiedzi, zapragnie zmodyfikować nieco "reguły gry". I tu zonk! Okazuje się, że oto na arenę wkracza prawo "autorytetów i mentorów", którzy już przecież wszystko opracowali lepiej. W dodatku docelowo, nieodwołalnie i od razu możliwie najbardziej rozwojowo. 
Jednak o jaki "rozwój" tu chodzi, doskonale widać chociażby na tym filmie:

 
        
Po tym jak "trzcina myśląca" ma już pewność, że coś jest "nie halo", system rozpoczyna wdrażanie procesu bagatelizowania tematu, odwracania uwagi i nachalnej tresury, po której delikwent powinien powrócić na właściwy tor. Jeśli jednak trafi się ktoś zbyt krnąbrny i uparty, to wpierw zostaje mu przyprawiona odpowiednia "gęba", ale bywa, że może nawet jakiś plan "współpracy", okraszony intratną propozycją, z czasem, mogącą przybrać wymiar jeszcze bardziej zyskownej. I czeka się. Czy "trzcina myśląca" łyknie przynętę, czy może przycichnie tylko na moment, albo- jeśli już będzie wybitnie upierdliwa- będzie brnąć w to dalej. Ale tu mają naszykowane do wyjęcia kolejne "króliki z kapelusza" i biada tym, którzy spróbują samowolnie realizować swój plan krucjaty przeciwko "mentorom". Przy dużym szczęściu skończą jak Mirko Hannemann, jako ośmieszeni "hochsztaplerzy", którym chodziło jedynie o zysk generowany z oszustwa.
O tym mechanizmie nie będę już pisał, bo jest on na tyle wymowny i jasny, że każdy patrzący nieco bystrzej o tym wie, rozumie to i zdaje sobie sprawę, że na takich wykładnikach zbudowany jest cały aktualny "porządek".
Powróćmy do "ludzi władzy". Niektórzy z nich, bardzo nieliczni, potrafią wykrzesać jeszcze ze swoich udręczonych dusz resztki przyzwoitości, potrafią obudzić ostatki sumienia, oraz dzięki skrawkom odwagi i honoru, decydują się powiedzieć więcej. Znikome to wyjątki...

 


 

Zatem jak wytłumaczyć tym wszystkim ludziom, że obowiązujące zasady funkcjonowania całych społeczeństw, opracowali nie jacyś tam geniusze, nie jednostki światłe, ani powołane do tego celu gremium świadomych, czy (jak chcą niektórzy)- boski porządek, a całkowicie prywatne komórki i sztuczne twory, mogące w każdej chwili z niczego stworzyć dowolną masę pieniędzy, by na zasadach tylko im znanych, zadłużać całe państwa oraz wywłaszczać narody.  Czy ci wszyscy wypruwający sobie żyły i harujący na spłatę kolejnego kredytu, w ogóle o tym myślą? Czy choć na moment zastanowili się, jak działa mechanizm kreowania długu i dlaczego wmawia się wszystkim, że zapieprzanie całe życie za "miskę ryżu" jest ok, a postęp i rozwój jednoznaczny jest z zaciągnięciem pożyczki i zadłużeniem siebie, oraz najbliższych? Czy choć w znikomym stopniu można mówić tu o jakiejkolwiek formie świadomego podejmowania decyzji? Otóż nie. Kłamstwa powtarzane tysiące razy stały się prawdą, a ludzką kreatywność oraz autonomiczność, zredukowano do kilku fizjologicznych potrzeb. Na straży tego stanęły ideologie, doktryny religijne i kulturowe wyznaczniki, które miały za zadanie kierować uwagę tam gdzie trzeba, przy jednoczesnym pomijaniu i bagatelizowaniu wielu kluczowych obszarów. I takim sposobem tkwimy w tym bagnie indoktrynacji, wciąż nie rozumiejąc, że jedynym prawdziwym wyznacznikiem kierunku rozwoju na tej planecie stało się...niewolnictwo. Jego specjalny, nowoczesny wymiar, który intencyjnie i materialnie wspieramy, bowiem znajdując się w centrum kultury która je stworzyła, nie może być inaczej. Jesteśmy cegiełką w murze tego ogromnego więzienia i obozu zagłady, ponieważ uwierzyliśmy, że "porządek" odgórnie narzucony, jest tym jedynym. A stało się to już dawno, kiedy utraciliśmy swój integralny ład serca. Kiedy zasady moralne, spokój, głębokie przeświadczenie o tym, że nie jesteśmy oddzieleni od reszty Wszechświata, poczucie godności, empatię, odwagę i troskę, zastąpiły sztucznie wprowadzone, wyniszczające programy, poparte wrażą działalnością wybranych do tego celu- rezydentów. To był długi i złożony proces, w dodatku współmierny z tym, co dziś nazwalibyśmy niejawną stroną rzeczywistości, a która to wtedy, dla naszych przodków, była czymś całkowicie normalnym. Ale zostało to zniszczone i poukrywane w taki sposób, ażeby dziś do rąk naszych, trafiały jedynie nikłe fragmenty tamtejszego obrazu egzystencji.
Wróćmy jednak do tego, co za oknem.

Wielu osobom, którym faktycznie od pewnego czasu coś się nie zgadzało, które dopuściły do siebie analizę faktów i trzeźwą ocenę sytuacji, otworzył się nagle z goła inny obraz niż to, co dotychczas znali. Odrzucili "gadające głowy", napotkane sytuacje skonfrontowali z innymi i zadali sobie trud, by dotrzeć do informacji, którymi bynajmniej codzienność wybrukowana nie jest. Spróbowali też znaleźć podobnie do siebie myślących. Jednym słowem...zakumali. Nagle dotarło do nich, że tak przecież dalej być nie może i że trzeba coś zmienić. Wielu z nich zakrzyknęło gromkim głosem, że tylko ruch opozycyjny, niesystemowy, niereżimowy, jako całkowicie wolna struktura obywatelska, może przeciwstawić się obecnie panującemu chaosowi. Problem polega na tym, że większość z tych ludzi, nawet nie wystawiła nosa poza komputer, jedynie przekierowując swoją uwagę tam, gdzie czekały już gotowe do zaakceptowania schematy. Po raz kolejny, zadziałał mechanizm stary jak świat. Niestety. Opozycja...jaka opozycja?

Jeśli ktoś uważa że takie rzeczy tylko w Ameryce, a u nas jest zupełnie inna bajka...powodzenia. Niech dalej tkwi przy swoim. Generalnie na powyższym materiale wszystko zostało powiedziane. Kluczem jest kto ustala zasady, a kto musi je przyjąć, jeśli w ogóle marzy mu się jakiekolwiek zaistnienie na planszy do gry. I absolutnie nie istotne, z której strony i w jakich barwach.

Tak więc gdy już na dobre jesteśmy upokorzeni, odcięci od funduszy, pozbawieni informacji, możliwości skonsolidowania się, a także coraz bardziej spauperyzowani, oraz gaszeni programami ucisku, które w najlepszym razie monitorują jedynie "mowę nienawiści", to można z nami zrobić...wszystko. I robią. "Nowy Wspaniały Świat" wchodzi już na dobre do polskich przedszkoli i szkół. Nie zdziwcie się więc rodzice, kiedy któregoś dnia wasze dziecko oznajmi wam, że od dziś nie będzie już chłopczykiem, albo dziewczynką. Że "nowoczesność, postępowość i tolerancja" pozwoliło mu zrozumieć, że jest zupełnie kimś innym! I nie dziwcie się także, jeśli dowiecie się, że np. od jutra, wasze kilkuletnie dziecko będzie w przedszkolu odbywało zajęcia z umiejętnego dotykania się, ażeby osiągnąć...erotyczną satysfakcję. Niemożliwe? Bynajmniej:

      


Ideologia multikulti, gender, LGBTQ i reszta tej socjotechnicznej papki do mieszania we łbach i  rozwalania społeczeństw, na dobre działa już na zachodzie, zbierając druzgocące żniwo. Nikt w krajach takich jak Szwecja, Francja czy Wielka Brytania nie pyta już o liczby gwałtów na białych kobietach, o akty dyskryminacji ze strony homofilów, czy o to, ilu tamtejszych cudzoziemców z krajów arabskich czy Afryki, "ubogaciło" kulturalnie i cieleśnie tamtejsze dzieci. W mediach jak zwykle cicho sza, zaś część informacji czy doniesień o tych bestialstwach i tak jest dyskretnie zamiatana pod dywan, chociażby przez funkcjonariuszy tamtejszych służb. Tu ostro i bez znieczulenia o tym:

Jeszcze raz powtórzę: kluczem jest kto ustala zasady, a kto owe zasady chce przyjąć. Na powyższym przykładzie widać, że społeczność tych angielskich miasteczek z całą odpowiedzialnością podpisuje się pod "porządkiem", który oznacza: dyskryminację, sutenerstwo, rasizm, pedofilię, terror, gwałt i zabójstwa, Bezapelacyjnie! A teraz przełóżcie sobie ten przykład, na te wszystkie "wysoko rozwinięte" kultury Europy zachodniej i Ameryki (choć oczywiście nie tylko), gdzie od lat trwa w najlepsze wdrażanie takiego właśnie modelu egzystencji. Gdzie obowiązuje jedynie kultura pogardy, oparta na prawie silniejszego i wyżej postawionego, wobec całej reszty, mającej status nie wyższy niż zwierzęta. Jak więc należy odnieść się, do tak funkcjonującej cywilizacji?
Jeśliby ludzie faktycznie zrozumieli, w jak mrocznej, uwłaczającej i wyniszczającej grze uczestniczą, to jedynym słusznym działaniem w tych, przykładowych miasteczkach w Anglii, byłby masowy akt nieposłuszeństwa i wielotysięczny wiec, po którym spłonęły by tamtejsze ratusze i siedziby policji, zaś ich pracownicy, zostaliby w tempie błyskawicznym (pod groźbą śmierci) zobligowani, do natychmiastowego i nieodwracalnego wdrożenia procesu deportacji całej tamtejszej mniejszości muzułmańskiej. Koniec. Kropka. Tak stało by się w przypadku, kiedy ludzie mieliby pełną możliwość samostanowienia, w jakiej przestrzeni społecznej egzystują i jak mogą sami  skutecznie poradzić sobie z nękającą ich patologią oraz zbrodnią. Ale to nie takie proste. Piętno niewolnika wypalone jest w mózgu dogłębnie i toczy duszę niczym rak. Tu nie ma nie tylko analizy, czy próby refleksji. Tu nawet najprostsze odruchy serca i ledwie kiełkujące ziarna empatii, zostały zalane breją i fekaliami. Zaś instynkt samozachowawczy- zredukowany do zera. Jak myślicie, czy za pewien czas u nas będzie inaczej? To oczywiście pytanie retoryczne...


Czy tak trudno wyobrazić sobie skalę obłędu jaki nas otacza? Czy tak ciężko jest dojrzeć siłę i natężenie programów, jakie wtłaczają ludzi w "przyciasne mundurki" norm, zachowań, uwarunkowań kulturowych oraz religijnych, które poprzez manipulację i ułudę jedynie słusznej drogi, prowadza nas przez życie, pozbawione zupełnie pierwiastka kreatywności, bowiem za cenę "czegoś tam", staliśmy się bezwolną masą baranów, których stać jedynie na warunkowanie klasyczne "psów Pawłowa"?
Okazuje się, że tak. Bowiem żeby to wszystko dostrzec i zaakceptować, potrzeba dużej odwagi i chęci "zanurzenia się" we własne wnętrze. Ażeby wreszcie poprzez proces autoobserwacji, oraz uważną i sumienną pracę zdać sobie sprawę, że ten dysonans w nas nie wziął się z niczego, i że ma zupełnie inne podłoże, niż pierwotnie zakładaliśmy. Robimy bowiem coś, co nie jest i nigdy nie było naszą autonomiczną decyzją, a co nas wyraźnie hamuje, ogranicza i w najlepszym razie skutkuje  niejasnym przeczuciem, że...coś jest nie tak. Oczywiście istnieje cała masa ludzi, twierdzących że wszystko jest w najlepszym porządku, że zmierza w jedynie słuszną stronę, a to co się wydarza jest jedynie "błędem w sztuce" cywilizacji, która wciąż się uczy i na drodze rozwoju napotyka różne wyboje i ciernie. Ale jeśli tak, to zapytuję: dlaczego w takim razie wiedząc o tym, wybiera wciąż te same kręte i wyboiste drogi. Dlaczego nie szuka innych?
"Kultura nie jest Twoim sprzymierzeńcem"- ostrzegał Terence McKenna. Przypomnijmy, na co jeszcze zwracał uwagę:


    

                         
Najśmieszniejsze jest to, że racjonalista w powyższym materiale dostrzeże tylko marne epatowanie postawami egoistyczymi, a nawet swoisty solipsyzm. Ale nic bardziej mylnego, zaś motto całej powyższej refleksji sprowadza się do wnikliwego spostrzeżenia że: nie ma się do czego przystosowywać. Z jakiej bowiem racji, jakikolwiek aparat represyjny ma być rdzeniem i bazą, do budowania naszej relacji ze światem? Jak będą one wyglądać, jeśli już jako dziecko otrzymamy zastrzyk potężnej toksyny, która zatruje nasze zmysły, oraz odbierze możliwość intuicyjnego podejmowania jakichkolwiek decyzji?
Oczywiście nie wszystko stracone. Nie jest tak, że trucizna działa natychmiastowo i ma moc, by całkowicie zamienić nas w kłody drewna. Okazuje się, że oto nagle pomoc przychodzi...z wewnątrz. Jakieś małe z początku, znikome impulsy, które niczym iskry napomnienia, ukierunkowują naszą uwagę w miejsca, które z pozoru wydawały się nieznaczące i błahe. To coś, co już od wczesnych lat życia, pomaga zrozumieć "architekturę światła" (odniosę się do tego terminu, podczas jednego z kolejnych wpisów). Krótko sprawę ujmując, dostajemy wyraźne sygnały. Każdy inne, każdy w stosownym momencie, jednak nieprzypadkowe i do bólu prawdziwe. Zaczyna się mozolny proces inicjacji, w którym doświadczamy rzeczy skrajnie różnych i zaskakujących. Wtedy to właśnie nasila się swoista walka jaźni z ego, zaś my, nie do końca rozumiejąc to wszystko, jak nigdy wcześniej podatni jesteśmy na ciosy z zewnątrz. Chwilę później, pojawiają się pierwsze postawy skorelowane wokół "wyuczonej" ekstrawersji, mającej zapanować nad niejasnymi dla nas odruchami serca, oraz widzeniem pod wpływem całkowitej uważności. Walczymy z tym, ponieważ nasz model kulturowy nie pozwolił nam od najmłodszych lat zaakceptować najprostszej rzeczy. Naszego w pełni autonomicznego prawa, do spontanicznego wyczuwania, co dla nas dobre.

Wielokrotnie wspominałem już o mechanizmie intencji. O tym, że istnieje pewna nienaruszalna przestrzeń, w której samoistnie i kiedy tylko zapragniemy, możemy dokonać wyboru. Bo choć już na samym początku wpisu posiłkowałem się przykładami rażącymi swoim bestialstwem, perfidią i egoizmem, to jednak zdaję sobie sprawę, że istnieje rzesza ludzi, którzy żyją według zupełnie odmiennych zasad i założeń, próbując kierować się świadomymi wyborami i biorąc pełną odpowiedzialność za swoje czyny. Oczywiście główny przykład nie wypływa od nich, gdyż takich ludzi nie zobaczymy na pierwszych stronach gazet czy programów medialnych. Nie tylko przez to, że są w mniejszości. W dużej mierze dlatego, że wymówili temu posłuszeństwo. Aktualna konstrukcja świata jest dla nich czymś irracjonalnym i w pełni sztucznym. Mają oni świadomość ogromnych paradoksów, oraz wadliwych schematów, które niszczycielsko wpływają na powstawanie wszystkiego, z czym wiąże się ludzki byt na tej planecie. Wybierają więc dla siebie swoisty ostracyzm, jako że intencyjne wspieranie panującego "chaosu i bezkrólewia", jawi im się jako czysta autodestrukcja, nie zaś kreacja. Ich duchowość jest prosta i nieskomplikowana, toteż nie stawia barier wynikłych z podporządkowania się konkretnemu systemowi religijnemu, by potem odgrywać teatrzyk "wiernego parafianina", który w systemie przykazań oraz zalecanych rytuałów i tak przepada, niczym ziarenko piasku na pustyni. Niejednokrotnie, niemalże całkowicie tracąc swoją podmiotowość. To ich nie dotyczy. Starają się być otwarci na świat i ludzi, ale nie po to, by hołdować idei ślepego posłuszeństwa oraz stopniowania każdego przejawu istnienia. Niepotrzebni im kapłani, świątynie, ołtarze i święci, bo wiedzą, że autentyczny Stwórca objawiony jest wszędzie i we wszystkim, również w nich samych. Czują to równie mocno podczas patrzenia na bezkres nocnego nieba, jak i wtedy, gdy muskają delikatne źdźbło trawy.


Wielu ludziom, może to wszystko jawić się zbyt skomplikowane i niedorzeczne. Ale dlaczego? Przecież odruchy serca zawsze są proste i czytelne. Jest impuls- jest działanie. Tak działa nasze wnętrze, kiedy dajemy mu możliwość spontanicznego wygenerowania przestrzeni otwartości. Dopiero kalkulacja i stopniowanie według określonych (wyuczonych) wzorców, spycha naszą intuicje na dalszy plan. Wtedy już jest różnie. Dobroć wcale nie musi emanować ekspresją. Nie potrzeba jej finalnych fajerwerków. Wystarczą małe i proste gesty. Małe iskierki wykrzesane w przestrzeni, którym wystarczy to, że zaistniały. Zawsze masz wybór. To Ty decydujesz, jaki będzie rodzaj i ważność przekazanego przez Ciebie komunikatu. Mimo że każdego dnia, ulice wielu miast na tym świecie kipią nienawiścią i spływają krwią, to przecież pistolety czy noże same nie zabijają. A myślenie, że ktoś zobligował nas do czynienia każdego możliwego draństwa, jest wymownym aktem tchórzostwa i niepospolitego barbarzyństwa, wobec samego siebie. To właśnie istota odhumanizowania, na którą zapadło mnóstwo ludzi. Gdy niejednokrotnie nie mogąc później patrzeć na swoje odbicie w lustrze, czując, że zaprzedając swoją duszę najniższym instynktom i ułudzie "prawdziwego życia", zbliżyli się zbyt mocno do jądra ciemności. I że pozostał im już tylko jeden krok, skutecznie kończący męczarnię. Nie namawiam więc do szerzenia jakiejkolwiek przemocy w imieniu swoim lub (co gorsza) innych, ale bynajmniej nie hołduję też bierności, ideologii ofiary i nadstawiania drugiego policzka. Bowiem czasami nie da się już bardziej ustąpić z drogi, a nasza wyciągnięta w geście pojednania ręka, bywa jawnie odtrącana, zaś nam i naszym najbliższym, grozić może widmo śmiertelnego niebezpieczeństwa. I tu jest granica, gdzie kończy się samarytanizm, a do głosu musi dojść pragmatyzm. Bo za coś i za kogoś, jesteśmy tu przecież jak najbardziej odpowiedzialni. Ktoś w nas wierzy i oczekuje, że zawsze pomożemy i staniemy w jego obronie, gdy zajdzie taka potrzeba. I wtedy nie ma zmiłuj. Trzeba wziąć zamach i przypieprzyć tak mocno, że aż mięso odejdzie od kości...  

Odkąd pamiętam, od szczenięcych lat, nosiłem w sobie pewne proste, ale niezwykle silne przeświadczenie, że oto uczestniczę w jakiejś grze, jakimś postępującym akcie, który nie jest z pozoru tym, czym w istocie się wydaje. Że z czasem, dane mi będzie poznawać coraz to większą część tego obrazu, choć natura zjawiska pozostanie i tak nieodkryta. Będzie tajemnicą i zagadką, drażniącą moją duszę do samego końca. Do momentu, zanim pozostawię tu to...co powinienem.
I choć życie z tym przeczuciem do łatwych nie należało, szczególnie wtedy, kiedy nastał czas "dojrzewania", gdy tysiące myśli wybuchało w głowie, w nadziei na ukojenie i znalezienie choć okruchu wyjaśnienia dla tego wszystkiego, to jednak dziś wiem, że był to schemat jak najbardziej wymagany. Że musiałem przeczekać to, jakoś przetrwać najtrudniejsze momenty, ażeby samemu poczuć, że rozwiązania nadchodzą z zupełnie przeciwnego kierunku. Z innej przestrzeni.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie posiadłem żadnej mądrości naczelnej, nie zostałem oświecony ani obdarowany "błogosławieństwem". Po prostu dostałem czytelną wskazówkę. A później poszedłem za nią i wiele trapiących mnie problemów, po prostu...zniknęło. 
Dziś mam tę głęboką pewność, że to nie żaden przypadek i że w istocie możemy sami zrobić ze swoim życiem wręcz nieprawdopodobne rzeczy. Cały czas czuję w sobie wiele skrajności, wiele niezrozumiałych zaklęć i haseł, które czekają na odkrycie, wciąż popełniam błędy i się uczę, ale wiem też, że to po prostu...proces. Że z każdym kolejnym dniem, uczestniczę w pięknym akcie "wykuwania" przestrzeni, pod nowe doświadczenie i możliwość pochwycenia niepojętych wrażeń.

Nie odczytujcie tego wpisu jako próby pochwały mechanizmu alienacji, czy traktowania rzeczywistości, jako przestrzeni mającej do zaoferowania jedynie pierwiastek obawy, bólu i destrukcji. Bo choć z pozoru widać dużo, to nie da się dostrzec wszystkiego. Trzeba stale próbować zmieniać perspektywę, ogniskować soczewki i szukać nowych kątów padania światła. Zachęcam do tego, do nieco szerszego spojrzenia na swoje życie. Do uważniejszego wniknięcia wgłąb. Do próby przebicia się poza kotarę codzienności i uchwycenia tego co "w cieniu". Do niebagatelizowania swoich przeczuć szczególnie wtedy, kiedy zdają się być mocno opozycyjne, wobec intelektu. Do woli odgadnięcia, skąd bierze się dany problem i jak wpływa na to, że danego dnia czujemy się tak, a nie inaczej. Do pokory wobec tego, co nie musi podpierać się realnymi przesłankami, by powstać i cieszyć się szacunkiem naszego udobruchanego umysłu. I do chęci zmiany. Bo zawsze możemy spróbować zrobić coś lepiej. Jeśli jesteśmy świadomi, otwarci i odpowiedzialni za to co czynimy, to w naszym wnętrzu coś się wydarza. Coś szalenie istotnego. Wyjątkowy proces, po którym już nic nie wydaje się takie, jak było pierwotnie...

     




P.S. Jeżeli komuś powyższy wpis wydał się kontrowersyjny, niepoprawny politycznie, kulturowo bądź ze wszech miar anty- wszystko, to...nic na to nie poradzę. To w końcu mój autorski manifest artystyczny, taki swoisty projekt sztuki awangardowej, w którym realizuję się jako twórca i "trzcina myśląca". A jak powszechnie wiadomo w sztuce można wszystko, bo ona..."ponad niebiosa wylata". ;)

P.S.2. Odnośnie wspomnianego na początku handlu polskimi dziećmi. Audycja z początku roku, zaś problem, niestety wciąż aktualny:

Paweł Bednarz:Handel dziećmi jest najbardziej dochodowym biznesem na świecie

Polskie sądy umoczone w handel dziećmi?                 

P.S.3. Jak sprawnie i po cichu podmienić Polaka na...                    


P.S.4. Coś na czasie. Ktoś o odmiennej orientacji, o LGBT i "aktach homofobii":


P.S.5. Zbrodnie, o których prawie nikt już nie mówi:


P.S. 6. Zabawki "inteligentnych" rodziców:


Źródło zdjęć: internet