piątek, 6 listopada 2015

Twarzą w twarz z zagrożeniem




Z gen. bryg. rez. dr. inż. Tomaszem Bąkiem, dyrektorem Instytutu Studiów nad Terroryzmem Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Pod koniec września w wywiadzie udzielonym naszemudziennikowi.pl zwracał Pan uwagę na zagrożenie epidemiologiczne, jakie może się wiązać z napływem emigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu. Jak poważne to zagrożenie?
– W mojej ocenie to zagrożenie istnieje i bynajmniej nie chodzi tu o grypę czy choroby skóry. Niewykluczone, że fala migracji może zostać wykorzystana celowo, np. przez tzw. Państwo Islamskie do przenoszenia różnego rodzaju znacznie poważniejszych chorób. Nie jest kłopotem w tłumie setek tysięcy osób umieścić ludzi, którzy celowo zostaną zakażeni np. wirusem ebola czy innymi chorobami szybko rozprzestrzeniającymi się, a trudnymi do wykrycia. Zresztą w teorii działań terrorystycznych mówi się nie bez podstaw, że jedną z możliwości zastosowania podczas ataków terrorystycznych jest użycie broni masowego rażenia, w tym również broni biologicznej.

W jakiej postaci na przykład?
– Na przykład w postaci wszelkiego rodzaju prątków wirusów, które mogą doprowadzić do bardzo szybkiego rozprzestrzeniania się, a jednocześnie do zakażenia bardzo dużej ilości ludzi. O ile można zapanować nad wszelkiego rodzaju chorobami powstającymi w sposób naturalny, np. grypy, itp. o tyle trudniej zapanować nad celowymi zakażeniami. Niemcy twierdzą, że wszystko jest pod kontrolą, jeśli jednak przyjmiemy teorię, którą być może niektórzy uznają za spiskową, a mianowicie, że celem działania tzw. Państwa Islamskiego – obecnie jednej z najaktywniejszych organizacji terrorystycznych – do zamachu terrorystycznego może być użycie broni masowego rażenia, której jednym z elementów jest broń biologiczna – czyli celowo wszczepione do organizmu wszelkiego rodzaju choroby, które mogą być przenoszone przez człowieka, to jest to bardzo poważne zagrożenie. Jeśli zakazi się człowieka przed opuszczeniem jego rodzinnych stron w Afryce Północnej czy na Bliskim Wschodzie, to zanim dotrze on do Europy, choroba nie zdoła się na tyle rozwinąć, żeby można było ją wykryć czy zdiagnozować. Pewne natomiast jest to, że choroba ta pojawi się po jakimś czasie, kiedy dana osoba będzie już na kontynencie europejskim. I to jest prawdziwe zagrożenie.
Czy odpowiednie służby sanitarne poszczególnych państw Unii Europejskiej są w stanie przebadać dziesiątki tysięcy imigrantów nieustannie napływających do Europy?
– Z pewnością przebadanie takiej masy ludzi jest niemożliwe. Stąd mówienie, że wszystko jest pod kontrolą, jest ułudą. W jaki bowiem sposób można przebadać tłumy maszerujących ludzi, które widzimy w przekazach telewizyjnych. Nawet jeśli ci ludzie zatrzymują się na odpoczynek krótszy czy dłuższy, to nie sądzę, żeby służby sanitarne były przygotowane i na tyle sprawne, żeby przebadać każdego. Nie oszukujmy się, przecież żeby przeprowadzić takie testy i wykryć ewentualną chorobę bądź ją wykluczyć, potrzebna jest cała seria badań począwszy od krwi poprzez inne np. moczu czy kału, które zwyczajowo się pobiera. Tego się na da zrobić przy takiej masie ludzi. Warto też pamiętać, że ok. 700 tysięcy uchodźców już znalazło się w granicach Europy. Skoro tak, to należy zadać sobie pytanie, czy i ile tego typu badań dotychczas przeprowadzono. Wydaje się, że niewiele, i to musi budzić niepokój. Proszę sobie przypomnieć, jaką panikę kilka lat temu wywołała informacja, że w Europie stwierdzono kilka przypadków osób zarażonych wirusem eboli czy kiedy podobny problem dotknął dwoje lekarzy w Stanach Zjednoczonych. Wówczas wywołało to dyskusję, czy te osoby zostały odpowiednio odizolowane, czy dołożono starań, żeby uniknąć rozprzestrzeniania się tej choroby itp. Dzisiaj zagrożenie może być dużo większe, z tym że jakoś nie widać działań, które miałyby to ryzyko zminimalizować.
gen.Tomasz Bąk

Czym Pan tłumaczy tę ignorancję, bo przecież trudno to nazwać inaczej, przywódców takich państw jak Niemcy czy Francja?


– Uważam, że w tej sytuacji mamy do czynienia może nie tyle z ignorancją, co z próbami uspokojenia i tak napiętej sytuacji wśród społeczeństw państw europejskich. Proszę zważyć, co dzieje się obecnie w państwach zachodnich. Jeszcze niedawno to nas odżegnywano od czci i wiary, zarzucając, że jesteśmy nieludzcy, a teraz role zaczynają się odwracać. To Niemcy są coraz bardziej zmęczeni ilością napływających uchodźców, to Holendrzy, którzy jeszcze niedawno mówili, że Polacy są najbardziej snobistycznym narodem, a dzisiaj sami atakują obozy dla uchodźców. Nie ma też co ukrywać, że problem uchodźców zaczyna być rozgrywany politycznie zarówno w Europie, jak i w Polsce.

Tak czy inaczej są chyba jakieś granice między rozgrywkami politycznymi a bezpieczeństwem milionów ludzi?

– Dokładnie. Osobiście widzę poważne zagrożenie i mówiąc to, wcale nie mam na celu tworzenia atmosfery paniki czy strachu. Owszem, skoro uchodźcy są już na terytorium Europy, to trzeba się zastanowić, co z tym problemem należy zrobić. Przecież nie odeślemy tych ludzi z powrotem tą samą drogą, którą przybyli czy nawet transportem lotniczym. Ale z pewnością trzeba będzie tych ludzi skontrolować i przebadać. W tym celu należy wzmocnić kontrolę sanitarno-epidemiologiczną, bo moim zdaniem w tej chwili jej nie ma.

Mówiąc o braku kontroli, ma Pan na myśli zewnętrzne granice Unii Europejskiej czy może także Polskę?

– Jedno i drugie. Oczywiście szczegóły należałoby zbadać u źródeł, ale o tym, że ta opinia nie jest pozbawiona racji, może świadczyć fakt, iż w ostatnich dniach w okolicach Pszczyny zatrzymano samochód na tureckich numerach rejestracyjnych z dwiema wycieńczonymi kobietami narodowości syryjskiej. Przekaz w mediach zawierał wiele informacji m.in. na temat wieku tych kobiet, ich pobytu w szpitalu celem wzmocnienia, ale nikt nie poruszył istotnego wątku, czy obie te panie w trakcie hospitalizacji zostały przebadane na obecność wirusów typu HIV, HCV czy HBV. Należy także pamiętać, że takie osoby przybywają z Afryki Północnej czy z Azji a w związku z tym prawdopodobieństwo, że mogą być zarażone takimi czy innymi wirusami, nie powinno być lekceważone. Oczywiście nie chciałbym ferować wyroków, ale zwracam uwagę na to, z czym możemy mieć do czynienia i czym grozi lekceważenie takich zagrożeń.

Kiedy prezes PiS Jarosław Kaczyński podniósł problem zagrożeń epidemiologicznych, został wyśmiany przez stronę rządową. Zarzucono mu nawet m.in. używanie języka nienawiści i okrzyknięto niemal faszystą. Czy osoby, które mówią o realnych zagrożeniach związanych z napływem uchodźców, to ksenofobiczni szaleńcy czy może odpowiedzialni ludzie?

– Moim zdaniem, krytyka, z jaką spotkał się prezes Jarosław Kaczyński, była niesłuszna. W gronie osób zajmujących się studiami nad terroryzmem na takie niebezpieczeństwo zwracaliśmy uwagę wielokrotnie. Kilka lat temu w Ankarze odbywała się międzynarodowa konferencja poświęcona przeciwdziałaniu terroryzmowi organizowana przez NATO-wskie Centrum Antyterrorystyczne, gdzie jednoznacznie stwierdzono, że świat stoi twarzą w twarz z zamachem terrorystycznym z użyciem broni masowego rażenia, który wydarzy się w niedalekiej przyszłości. Jednak stawiając tę tezę i wskazując otwarcie na zagrożenie, nie brano pod uwagę broni jądrowej, walizkowej, ale mówiono o zastosowaniu broni chemicznej, a jeszcze bardziej o broni biologicznej. Nie oszukujmy się, przecież tego typu broń wirusy różnych chorób mogą być przenoszone zarówno we fiolkach, jak i w organizmach ludzi.

Czy to oznacza, że dzisiaj to zagrożenie jest bardziej realne niż kiedykolwiek wcześniej...?

– Jest jak najbardziej realne. I wyśmiewanie tych, którzy zwracają na to uwagę, jest niepoważne. Inną sprawą jest to, że ta krytyka była elementem gry politycznej, a jak się to skończyło dla niektórych – wszyscy wiemy.

Panie Generale, jakie mogą być konsekwencje lekceważenia zagrożenia epidemiologicznego?

– Przede wszystkim możemy się znaleźć „face-to-face” z realnym niebezpieczeństwem, czyli powstaniem źródła epidemii czy to na obszarze Europy, czy bezpośrednio na terenie naszego kraju. I być może nawet na skalę, która będzie trudna bądź w ogóle niemożliwa do opanowania. Przypomnijmy sobie, jak to wyglądało przy okazji zagrożeń różnymi chorobami zakaźnymi, np. ebolą, kiedy dotyczyło to turystów czy osób powracających z misji z obszarów zagrożonych, np. z Afryki. Wówczas bito na alarm i otwarcie pytano, czy polskie szpitale są odpowiednio wyposażone, czy mamy oddziały zakaźne, gdzie można izolować takie osoby, i czy nasi lekarze są w stanie poradzić sobie z ewentualnymi przypadkami zachorowań. Dzisiaj zagrożenie to wzrasta jeszcze bardziej, zwłaszcza kiedy skala takiego zjawiska może się stać masowa. Nie powinniśmy też mieć wątpliwości, że takie zachorowania prędzej czy później będą i obawiam się, że może to wystąpić, zanim odpowiednie służby sanitarno-epidemiologiczne będą w stanie opanować sytuację, wykryć źródło chorób, izolować to źródło i w miarę możliwości pomóc osobie czy osobom. I to jest podstawa skutecznej walki z chorobą, żeby się ona nie rozprzestrzeniała.
Gdzieś na włoskim wybrzeżu

Czy w tej chwili Polska dysponuje specjalistycznymi oddziałami zakaźnymi, gdzie ewentualnie można by podjąć skuteczną walkę z nietypowymi dla tej części świata chorobami zakaźnymi?

– W Polsce oczywiście są takie placówki, ale osobiście obawiam się o jeszcze inne rzeczy, a mianowicie czy procedury, które są przewidziane w takich sytuacjach, zafunkcjonują. Mam wątpliwości, czy tego typu procedury są w ogóle ćwiczone, a jeżeli już, czy w wystarczającym zakresie. Ponadto jak dotychczas w Polsce nie spotkaliśmy się z poważnymi epidemiami chorób zakaźnych poza epidemiami grypy. Natomiast w tym momencie mówimy o dużo poważniejszych chorobach, które mogą być przenoszone i rozprzestrzeniane przez imigrantów. W takich, ewentualnych sytuacjach musiałby zadziałać cały system sanitarno-epidemiologiczny, którego namiastka owszem jest w Polsce, również Siły Zbrojne mają taki system przygotowany, ale wszystko zależy od skali zjawiska. Jeśli będą to jednostkowe przypadki, to będzie łatwiej szybko i skutecznie sobie poradzić, natomiast w przypadku masowego zjawiska nawet potężne i silne państwa, dobrze przygotowane mogą mieć poważny problem.

Biorąc pod uwagę polski grunt, co w tej chwili można zrobić, aby uniknąć takiego problemu, a przynajmniej zminimalizować ewentualne skutki zagrożenia epidemiologicznego?

– Jest kilka możliwości: po pierwsze, izolacja osób, które przybywają do Polski w sposób nielegalny i poddanie ich szczegółowym badaniom lekarskim. Dalej zabezpieczenie wszelkiego rodzaju szczepieniami, tak aby ci ludzie nie rozprzestrzeniali dalej chorób. Na terenie kraju mamy kilka ośrodków dla uchodźców, gdzie takie osoby powinny trafiać. Jeśli będziemy zgodnie z ustaleniami ustępującego rządu przyjmować do Polski jakąś dodatkową liczbę uchodźców, to w pierwszej fazie powinny być one natychmiast odizolowane, aby nie miały kontaktu z innymi osobami, i poddane odpowiednim badaniom lekarskim, które potwierdziłyby bądź wykluczyły nosicielstwo niebezpiecznych chorób. Nie ulega też wątpliwości, że kontrola sanitarno-epidemiologiczna na naszych granicach powinna być na najwyższym poziomie. Oczywiście do tego dochodzi działalność służb specjalnych, a mianowicie inwigilacja środowisk czy przypadkiem tego typu broni biologicznej terroryści nie będą chcieli użyć. Te działania z pewnością są podejmowane w ramach funkcjonowania systemu antyterrorystycznego, tyle tylko, że są objęte tajemnicą, co jest oczywiste.

Mariusz Kamieniecki

*** 

Jak widać pojawia się coraz więcej głosów zwracających uwagę na to, iż europejski bałagan imigracyjny może przerodzić się w coś z goła poważniejszego niż sądzono. W coś, z czym kraje w to zamieszane nie miały do czynienia w całej swojej historii współczesnej. Nie uprzedzajmy faktów i nie wróżmy z fusów, ale jednak spróbujmy zastanowić się nad pewnymi kwestiami poruszonymi przez gen. Bąka na chłodno i bez emocji. Bo jak życie pokazuje, od słowa do czynu droga daleka, a niejednokrotnie w podobnych sytuacjach kryzysowych liczą się godziny jeśli nie minuty. Wdrażanie procedur i uruchamianie systemów zapobiegawczych w takich sytuacjach, to nie naciśnięcie guzika czy pociągnięcie za dźwignię. Zanim do tego dojdzie, zanim wszystko zadziała a odpowiedni ludzie znajdą się na swoich miejscach i zaczną coś robić, upływa sporo czasu. Pewnie o wiele za dużo.

Mam jednak nieodparte wrażenie, i również przeczucie wynikłe z obserwacji tego co się dzieje, że odpowiedni ludzie JESZCZE nie zadecydowali o "przykręceniu kurka". Że według Nich to jeszcze nie ten moment, choć fundament już skrupulatnie wylany a kto wie, może i reszta konstrukcji stoi w miarę stabilnie. O tym przekonamy się wtedy, gdy wszystko osiągnie finalną formę. My sobie tak na razie tylko zza tych swoich LCD gadu gadu i pierdu pierdu, a prawda jest taka, że tak czy inaczej czas działa jawnie na naszą niekorzyść. Rozpoczęło się wsteczne odliczanie...



    

Źródło artykułu: http://naszdziennik.pl/
Źródło zdjęć: internet










czwartek, 29 października 2015

Październikowa rdza


Przedwczoraj odwiedziłem kilka parków. Chciałem w spokoju i zupełnie sam poczuć to ponownie. Zazwyczaj co roku o tej mniej więcej porze, staram się nie tylko pojechać w moje ukochane Sudety, ale też znaleźć trochę więcej niż zwykle czasu na utożsamienie swojego JA z tym, co aktualnie zachodzi w Naturze. A co zachodzi?

W istocie ten czas to pora wielkiego hołdu i pokłonu dla światła i barwy. Ale nie tylko. To czas zatrzymania i wystudzenia. To czas, kiedy rozgrzane słońcem i emocjami myśli, można wreszcie zawiesić gdzieś w konarach przydrożnych drzew, albo złożyć wśród złocistych traw, bez względu na konsekwencje. To czas, kiedy zwykły szelest pod stopami ma wymiar absolutu i daje nadzieję, że nie wszystko jeszcze zostało stracone. To czas, kiedy w kącikach spojrzeń wyłapujemy coś, do czego już nigdy nie dopowiemy reszty historii, a jednak i tak to wystarcza.
To czas zbiorów i czas podzięki. I wreszcie czas na powiedzenie sobie całej prawdy. Po cichu i nieśpiesznie.

W parkach byłem sam. A nawet jeśli byli tam inni, to dla mnie pozostali niewidzialni. Choć cały czas patrzyłem. Patrzyłem tak mocno i głęboko, że wydawało mi się iż za chwilę cała przestrzeń pęknie na pół, a moje spojrzenia uderzą w pustkę. W nicość i czerń. Właśnie tak mocno chciałem to przyciągnąć i zatrzymać. Tylko dla siebie. Nie dałem cienia szansy ptakom i pobudzonym nagłym ciepłem tego dnia, owadom.
Ale w końcu trzeba było wracać. Więc ruszyłem... 
I w tym korowodzie setek barw i światłocieni, zająłem miejsce chyba najlepsze z możliwych. Wszystkie zachwyty jakie wydobywałem wtedy z płuc, mogłyby zbudować tu całkiem nową rzeczywistość. Cały świat. A i tak okazały się ledwie zauważalną rysą w krajobrazie. Chichotem losu, lub uśmiechem głupca...






A już będąc w domu, wyciągnąłem po raz kolejny tę płytę. Jest ze mną od ponad piętnastu lat i nieprzerwanie towarzyszy mi podczas celebracji tych znamiennych chwil. Nie potrafię opisać co czuję, gdy pierwsze dźwięki "October rust" płyną z głośników, a ja, wpatrzony w coś dane tylko mnie, zostaję przywołany do najszczerszego świętowania TEJ chwili.  

Dalej jest już tylko muzyka, oddech mgieł wśród sennych ulic i...październikowa rdza.






   
       
          




sobota, 24 października 2015

Góry Stołowe 2014


Część 4- Teplice- skalne miasto

Skupmy się teraz na drugim (i większym) ze słynnych czeskich skalnych miast, którego turystyczna "kariera" rozpoczęła się nieco później. A wszystko dlatego, że najbardziej efektowne partie tego systemu skał przez długi czas pozostawały trudno dostępne. Do ich stopniowej penetracji przyczynił się dopiero wielki pożar lasu, który wybuchł tu w 1824 roku. Jednak ścieżki typowo turystyczne powstały jeszcze później, bo w trzeciej ćwierci XIX w.
Trasa zwiedzania jest dłuższa niż w adrszpaskim skalnym mieście, i obejmuje szlak niebieski oraz zielony. Nam udało się całkowicie spenetrować ten pierwszy, wraz z niewielkim ułamkiem zielonego w okolicy Louky na Záboří. Niestety czasu już brakło na całościowe przejście zielonego szlaku na odcinku od dolnych Teplic, aż po wzniesienie Čáp. Prowadzi on również przez niezwykle ciekawe formacje skalne, mając do zaoferowania wiele nietuzinkowych miejsc, również widokowych. Dlatego też postanowiliśmy zajrzeć tu w niedalekiej przyszłości i nadrobić zaległości :)
Teraz natomiast odbyliśmy wycieczkę trasą główną, wraz z pętlą przez słynny Sybir i powrót niebieskim szlakiem z wylotem w Wilczym Wąwozie (szlak żółty), który jest nota bene łącznikiem dwóch skalnych miast.

Teplicke Skały na pocztówce z lat 20. XX w.

Czym zaskakuje Teplickie skalne miasto? Przede wszystkim rozpiętością. Ma również do zaoferowania więcej przestrzeni niż sąsiednie, zaś same skały tworzą częstsze niż tam zbite, skalne mury, ciągnące się na przestrzeni setek metrów, a osiągające wysokość kilkudziesięciu (Chrámové i Martinské Steny). To robi ogromne wrażenie. Zresztą w ogóle podobało się nam tu bardziej, gdyż ludzi na szlaku mniej, a sama trasa (szczególnie w drugiej części), wiedzie przez tereny zdecydowanie bardziej "dziewicze". Spotkamy tu zatem większą różnorodność terenową, pokonując na przemian wąskie kaniony, a niebawem ciekawe, odkryte miejsca, z których rozpościerają się piękne i obszerne widoki na całe zgrupowania skał. Na szlaku mamy wiele przeróżnych formacji skalnych, specjalnie nazwanych i opatrzonych stosownymi tabliczkami. Na uwagę zasługują pozostałości zamku Střmen, usytuowanego na wysokiej i niedostępnej skale, zbudowanego prawdopodobnie w drugiej połowie XIII w. z inicjatywy rodu ze Skalicy. Warto tu wejść na specjalnie wybudowane platformy schodkowe, by dostać się w jego najwyższe partie, skąd rozpościerają się naprawdę imponujące widoki.
Kolejnymi godnymi uwagi miejscami są Wielki i Mały Plac Świątynny, okolice skały Kastelan, skąd chyba najładniej widać wspomniane wcześniej, olbrzymie Chrámové i Martinské skały, oraz słynny Sybir, będący najwęższym z kanionów Teplickich skał. Ale w istocie co chwilę napotykamy na trasie coś fascynującego i na długo zapadającego w pamięć.

W to miejsce po prostu trzeba przyjechać. Pochodzić wśród skał, z bliska zobaczyć ich strukturę, dotknąć jej i uświadomić sobie złożoność procesu, jaki na to wpłynął. I zrozumieć jaki to wielki dar, móc cieszyć się tak monumentalnym i jednocześnie wysublimowanym darem Natury.

Początek szlaku niebieskiego

W zasięgu wzroku pojawiają się pierwsze skały

Jeszcze jeden zakręt i...

naszym oczom ukazuje się industrialna infrastruktura, pomagająca osiągnąć relikty zamku Střmen

Parę ładnych minut trzeba na to poświęcić

W końcu dochodzimy prawie na sam szczyt

Prawie, bo pozostaje jeszcze taka drabinka...

i już niebawem cieszymy oczy ładnymi widokami

Rzut oka na Koňský hřbet...

i widok w stronę Teplic nad Metuji

Przy dużej przejrzystości powietrza, bez problemu widać stąd Góry Kamienne, Sowie czy nawet Karkonosze

Widok znad drabinki. Poślizgnąć można się tu jak saper pomylić...tylko raz ;)

Schodzimy

Z powrotem na szlaku

Tabliczka upamiętniająca wizytę słynnego poety...

a trochę dalej...Portki Karkonosza ;)

Przy Końskiej głowie

Skały stają się coraz bardziej wyniosłe

W końcu wchodzimy na właściwy teren "miasta" i osiągamy Skalny Rynek. W środku odrestaurowana Chorolezecka chata

Zagłębiamy się w szczeliny

Wielki Plac Świątynny

Zaglądamy też do niewielkiej jaskini

Szlak lawiruje między skałami

Przy Skalnej Kaplicy

Na Małym Placu Świątynnym

Piłka Karkonosza

Mostek na jednym ze strumieni

I znów do góry

Wkrótce robi się szerzej

Po lewej- Skalna Korona

Wejście do Świątyni...

i jej dalszy, coraz bardziej zwężający się korytarz

Chrámové Steny...

zachwycają niesamowitymi strukturami piaskowca

W oddali kolejne grupy skał

W końcu docieramy w miejsce, skąd podziwiać można Chramove i Martinske Steny w całej rozpiętości

Ten imponujący skalny mur ciągnie się na długości kilkuset metrów, a jego wysokość dochodzi do kilkudziesięciu

Okolica skały Kastelan

Na szlaku

Wypatrzyliśmy też Żabę ;)

Niebieski szlak w tym miejscu, to szeroka połać jasnego piachu

Za skałą Charleston, ponownie wchodzimy w skalny kanion

Wykałaczka Karkonosza

W Dolinie Anny

Mur skalny zarówno z jednej...

jak i drugiej strony, towarzyszy nam przez cały czas

Niebawem wchodzimy do długiej i głębokiej rozpadliny...

zwanej Syberią

Tutejsze skały to istne królestwo mchów

Jest to jedno z miejsc, gdzie śnieg zalega niekiedy do lata

Końcówka Sibiru. Tym tunelem wyjdziemy już przy Skalnym Rynku

Cofamy się do szlaku zielonego i ruszamy w okolicę Louky na Záboří

Tu teren staje się nieco bardziej płaski

Skrzyżowanie szlaków. Zielony prowadzi do Janovic, natomiast my wchodzimy ponownie na niebieski...

by zagłębić się w mniej znane rejony Teplickich Skał

Szlak stopniowo sprowadza w dół

Niebawem pojawiają się podmokłe skalne wąwozy

Znów jest pięknie, cicho i...tajemniczo

Na trasie można zebrać wiele grzybków ;)

I kolejne atrakcje. Takich drabinek na tym odcinku będzie kilka

Wśród szczelin, zagłębień, korytarzy i skalnych labiryntów, można by się szybko zgubić i szukać drogi...tygodniami :)

Jesień na szlaku

Drzewa wśród skał

I znowu wspaniałe miejsca, w których możemy poczuć tę niezwykłą magię i więź    

Pod nogami kolorowe porosty...

oraz mchy, o niezwykłych kształtach i strukturach 

Zejście do Wilczego Wąwozu

W Wilczym Wąwozie

Stříbrný Pramen...

i las w jego najbliższej okolicy

Końcowy odcinek Wilczego Wąwozu

Skały nieopodal skrzyżowania szlaków

Zaglądamy jeszcze do ładnej altany na zboczu...

by dokonać aktu uwiecznienia w jesiennej scenerii :)

Na shledanou! Oj tak...jak najbardziej :)

I ostatnie spojrzenie przed odjazdem...


Źródło archiwalnej fotografii: http://www.herbia.cz/

c.d.n.

P.S. Warto zajrzeć do Pudelka, by popodziwiać październikowe Rychleby
http://hanyswpodrozach.blogspot.com/2015/10/pazdziernikowe-rychleby.html