sobota, 6 kwietnia 2013

Nic nie trzeba...



Odkąd pamiętam, wokół mnie zawsze roiło się od opinii typu "nie masz ambicji", "nie umiesz", "nie chce Ci się", "powinieneś bardziej się postarać". Te sentencje (i wiele podobnych) towarzyszyły mi od najmłodszych lat. Wtedy, a głównie w czasach młodzieńczej już, rosnącej struktury ego, stawały się nierzadko moim przekleństwem i wyznacznikiem że "coś ze mną nie tak". Tak zaczynały się lata budowania murów i zapór. Czasy odgradzania się i separacji od wszelkich powszechnie uznawanych wartości. Zza tych murów i ścian, sam ze zdziwieniem patrzyłem na gorączkę i upór co poniektórych i zwyczajnie w świecie...nie rozumiałem, nie dawałem wiary. Ale nie przynosiło mi to ulgi. Z jednej strony wiedziałem że coś trzeba zrobić i że moja bierność jest ułomnością a z drugiej...wręcz przeciwnie. Że to odseparowanie i odizolowanie ma sens. I wystarczy patrzenie i czucie. Pamiętam niezliczone poranki i późne wieczory z tego okresu. Kiedy oglądałem na przemian wschód słońca, lub migoczące gwiazdy i zadawałem pytania. Ale jakiś czas później zauważyłem że coś się zmienia, że oto pytań jest coraz mniej. Że przestaje je zadawać a staram się...jedynie patrzeć. Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie że ta gorączka, pogoń za milionami spraw, ambicja i chęć zaistnienia to zupełnie i bezapelacyjnie-NIE JA. Po raz pierwszy przyznałem się przed samym sobą, że w istocie to nie skaza i nie ułomność, a tylko to, co we mnie prawdziwe. To nie przyszło jednak prędko. Wcześniej, oprócz pytań istniała jeszcze twarda i bezlitosna analiza wielu źródeł, z których czerpałem, by rozwiązać "zagadkę bytu". Dziś zaś widzę i wiem, że wszystko to było potrzebne. Że każde, małe ziarenko dosypane w odpowiedniej sekundzie, poprowadziło mnie ku nowym doświadczeniom. Przypadek? Jak  to kiedyś pisałem...już w nie nie wierzę.

Nie jestem wyzwolony z ego. Mimo że wiem na jego temat dużo więcej niż kilka lub kilkanaście lat temu to jednak wciąż jest ono obecne w moim życiu. Jednak staram się traktować je inaczej. I tu buduję te proste, ale jakże skuteczne sposoby uwolnienia się od emocji i skupianiu na obserwacji. Mając wskazówki poczynione przez Mooji, Eckharta Tolle czy Jeffa Fostera, wystarczyło tylko nie dać się sprowokować. Niby proste, ale jakże w istocie złożone wyzwanie? Zaczynałem od rzeczy prozaicznych. Od chwil i sytuacji drobnych, które jednak nosiły znamiona pewnych frustracji. I dopiero po jakimś czasie nabyłem umiejętność "stawania z boku". Nie od razu, nie gwałtownie, ale jednak z czasem zaczęło mi to wychodzić. Zaistnienie płaszczyzny OBSERWATOR zamiast UCZESTNIK, to w rzeczy samej duże wyzwanie. Szczególnie wtedy, gdy ego uderza niespodziewanie i przejmuje inicjatywę. Ale zdarzyło mi się już trochę sytuacji, kiedy bez osądu i odpowiedniej etykietki, odciąłem emocję od jej rdzenia. Od sytuacji kryzysowej. I zdziwiłem się bardzo, bo oto nagle poczułem spokój i coś na kształt przeświadczenia że...tak jest dobrze...

Pamiętam wyraznie pewne zdarzenie z ubiegłego roku. Była połowa kwietnia, byłem na działce i zajmowałem się wiosennymi porządkami. Ten dzień był wyjątkowo słoneczny i ciepły, toteż wziąłem się za okopywaniem jabłonek. I gdy kopałem w ziemi wokół jednej z nich, w pewnym momencie doznałem na jedną, krótką chwilę tego niesamowitego uczucia utożsamienia. Zapach rozkopanej ziemi, bliski świergot ptaka, ciepło słońca i dotknięcie wiatru zlały się w jedno i jakby stały się przestrzenią, którą właśnie poczułem niesamowicie głęboko w sobie. Nie opiszę tego, bo tu słowa stają się niewystarczające. Pamiętam że wyprostowałem się, zacisnąłem ręce na łopacie i poczułem coś na kształt wdzięczności. Nawet nie wiem kiedy łzy poleciały mi po twarzy. Mogłem tylko stać i BYĆ tym WSZYSTKIM, podczas gdy wszelkie słowa umknęły w cień i stały się zbyteczne. To było krótkie doznanie, ale spokój i szczęście jakie z niego uchwyciłem spowodowało że uśmiech już nie zszedł mi tego dnia z twarzy. Wtedy zrozumiałem właśnie, że moje prawdziwe JA puściło do mnie oko, jakby chciało powiedzieć:


Nic nie trzeba...wszystko już jest...


   

5 komentarzy:

  1. Choć oczy bolą, od tych białych literek na czarnym tle, to jednak
    dobrze się Ciebie czyta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie oczy bolą... ;) - można by kontrast trochę zmienić...?

      Usuń
  2. Bardzo podoba mi się ten wpis :). A Ego nie da się pozbyć, w swojej czystej formie jest ono zresztą potrzebne do przeżycia :).

    Pozdrawiam ciepło :).

    OdpowiedzUsuń
  3. >>Odkąd pamiętam, wokół mnie zawsze roiło się od opinii typu "nie masz ambicji", "nie umiesz", "nie chce Ci się", "powinieneś bardziej się postarać".<<
    Skąd ja to znam :)
    Sławek na swoim blogu opisał podobne przeżycie to twojego, ale nie pamiętam, w którym wpisie.

    OdpowiedzUsuń