sobota, 19 sierpnia 2017

"Diora"- jak wygaszono polską Dolinę Krzemową


Upadek Dzierżoniowskiej Diory sprokurowany przez środowisko tzw. gdańskich liberałów, jest wzorcową ilustracją transformacyjnego wygaszania polskiej gospodarki.

Na początku przemian produkująca elektronikę hi-tech Diora nie musiała gonić technologicznie Zachodu, gdyż była w I lidze. Diora zapowiadała wówczas utworzenie w Dzierżoniowie polskiej Doliny Krzemowej, która swoimi produktami podbije Europę.
Na początku przemian pisano o Diorze w niemieckim piśmie fachowym „Stereoplay": „Polacy nadchodzą. Czyżby kraj sprzętu hi-fi?". W opublikowanym tam teście Diora wyprzedzała czołowe marki światowe, takie jak JVC, Technics, Aiwa, Grundig. Naturalnie, Zachód nie miał zamiaru zostać podbitym, więc cała polska elektronika została skazana na wygaszenie.

W 1991 premier Jan Krzysztof Bielecki powiedział, że Polsce elektronika jest niepotrzebna. Był to zapewne element dążenia do integracji europejskiej. Europejskie struktury polityczne nigdy nie zgodziłyby się na integrację, gdyby wiedziały, że ich wrażliwe, wysoko rozwinięte i strategiczne sektory gospodarki mogą zostać podbite przez polskie firmy. Polska transformacja musiała więc uporać się z wygaszeniem bądź półdarmową wyprzedażą zachodniej konkurencji tego wszystkiego, co „zagrażało". Jeszcze w ostatnich latach przed wejściem do UE sztucznie dociskano polskie hutnictwo redukcjami produkcyjnymi. Bielecki doglądał integracji europejskiej już w rządzie Hanny Suchockiej. W 1993 został powołany do Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Później był namiestnikiem międzynarodowej finansjery na Polskę.

Premier-wygaszacz

Diorę załatwiły właśnie banki. Zachodni rynek był wówczas zainteresowany produktami Diory, lecz tuż po podpisaniu dużej umowy eksportowej — naraz banki odmówiły dalszych kredytów. Zaczęło się kawałkowanie zakładu i jego dobijanie fiskalne. Efekt był taki że Diora miała zamówienia, lecz nie miała środków na materiały, więc nie mogła ich realizować. W 1995 zapowiedziano więc wygaszenie zakładu, który jeszcze w roku ubiegłym przyniósł Skarbowi 100 mld zł.

Cudem go wówczas uratowano. Główna w tym zasługa Elżbiety Jaworowicz, która zrobiła niezwykle poruszający całą Polskę materiał w ramach „Sprawy dla reportera", pt. „Ostatnie dni Diory".

Na pomoc fabryce ruszyli wówczas minister przemysłu i handlu Klemens Ścierski, wiceminister przemysłu i handlu, Jerzy Markowski (inżynier górniczy), wicepremier i minister finansów Grzegorz Kołodko, poseł wałbrzyski Mieczysław Jedoń. I naraz Agencja Rozwoju Przemysłu podjęła decyzję o ratowaniu zakładu. Nim jednak Diora stanęła na nogi do władzy doszli znów liberałowie gdańscy, którzy dokończyli robotę. Diora padła w 2001. W 2011 na miejscu Diory wybudowano Kaufland, który został cichaczem dofinansowany przez bank Bieleckiego — EBOiR.

Za czasów świetności...

Przemiany w Polsce często są chwalone jako bezkrwawe. Ostatnio zarzucano Kornelowi Morawieckiemu który poruszył Polskę przejmującym orędziem inaugurującym nowy sejm, że swego czasu był on odsunięty na bok jako fanatyk i radykał, który opowiadał się za radykalną zmianą systemu. W istocie jednak przemiany wcale nie były bezkrwawe, tylko ofiary zostały poniesione nie przez szczyty polityczne, lecz doły pracownicze. Przez te tysiące ludzi, którzy pozbawieni wszystkiego popełniali masowo samobójstwa, bądź wegetowali na marginesie społecznym. Ich resztki zostały określone „moherami", gdyż mówili językiem radykalnym i ostrym, jako jedyni rozumiejąc to, co się działo. O ile szeroka publika została nauczona wiary w nowego bożka „Niewidzialną Rękę Rynku" — te marginesy z rozwalonych celowo zakładów, dokładnie wiedziały do kogo owe „niewidzialne ręce" należą.

W 1995 u Jaworowicz jedna z pracownic mówiła zalana łzami: „Mówi się o godności ludzkiej, a gdzie tu jest godność ludzka? Tu jest tylko płacz, tyle mamy z demokracji. Jeśli rozwalą nasz zakład to można nas tutaj powybijać."

Masowe niszczenie takich zakładów na polskiej prowincji było dramatami, których wymiar daleko wykraczał poza kwestie czysto ekonomiczne. Przede wszystkim niszczyły one więzi społeczne, prowadząc nas ku temu zatomizowanemu stanowi, w jakim znajdujemy się dziś.

Były pracownik Diory, Edward Kumorek, tak to opisywał: „Kiedyś, gdy szło się ulicą, co drugi człowiek to był kolega z pracy lub ktoś, kogo zna się z widzenia, bo pracuje w tym samym zakładzie. Diora trzymała ludzi razem, wszyscy żyli jakby bliżej siebie. Dzisiaj wszyscy są zajęci swoimi sprawami, chowają się we własnych mieszkaniach. Bez Diory miasto jest jakby opuszczone".

Podobny wyrok spadł na całą polską elektronikę. Elwro, Elta, Elwa, Cemi, Diora, Fonica, Radmor… Byliśmy jedynym krajem z własną technologią układów scalonych i półprzewodnikowych, nie bazowaliśmy na Tajwanie czy Chinach.

"W roku 2000 dowiedziałem się, ze zdziwieniem, iż w Republice Czeskiej jest więcej serwerów Internetu niż w Polsce. W dodatku Czesi produkowali też więcej nowoczesnej technologii niż Polacy. A jest ich cztery razy mniej (!). Sprowadzając w latach 2000-2001 oryginalne, amerykańskie, podręczniki do programowania obiektowego ze zdziwieniem stwierdzałem, że zostały już dawno przetłumaczone i wydane w Bułgarii (o Rosji nawet nie wspomnę). Amerykański wydawca chwalił się w internecie, okładkami swoich książek w wersji cyrylicą (а вот какая экзотика!).

Działo się coś dziwnego ...

Na początku lat dziewięćdziesiątych wrócił do Polski inżynier Jacek Karpiński (twórca legendarnego mikrokomputera K-202). Nie przybył z pustymi rękami — przywiózł nowatorską koncepcję ręcznego mini-skanera, którego produkcję chciał wdrożyć w swoim kraju. Niestety znów został udupiony, tym razem ostatecznie.

Przykładem „prywatyzacji" w wykonaniu liberałów gdańskich, było sprzedanie polskiej firmy państwowej również firmie państwowej, tyle że francuskiej. Oczywiście chodzi o Thomson-POLKOLOR. Mało kto wie, że oprócz produkcji kineskopów, zakłady te miały rozbudowany sektor badawczo-rozwojowy. Opracowano tam między innymi, rewelacyjne systemy noktowizyjne. Rozwiązania sprzedawano za twardą (i ciężką) walutę. Był dynamicznie rozwijający się, przyszłościowy dział ekranów LCD. Było … No sporo tam było. Wkrótce po sprzedaży zespoły rozwojowe rozwiązano. Co się stało z dokumentacją techniczną — nie wiem..."

Jestem przekonany, że historia polskiej transformacji zostanie rychło napisana na nowo, z pokazaniem jej prawdziwych mechanizmów.

Póki co opowiada się brednie o tym, że nie dało się przewidzieć skutku reform i „zachowań rynku", który doprowadził nas do tego, że młode pokolenie z prowincji musiało wyjechać za granicę, a ci co zostali mają problemy z utrzymaniem rodziny, o rozwoju osobistym czy kulturalnym już nawet nie mówiąc. Oczywiście nie dotyczyło to grup wielkomiejskich, które kształtują przekaz o Polsce.

Wszystko dało się przewidzieć!

W 1995 w programie Jaworowicz zwykły pracownik Diory przestrzegał:

„Jak tak dalej będziemy robić to niedługo wszyscy będą kelnerami na Zachodzie. Polak jest Polakiem. Tutaj mamy tysiącletnie państwo i tutaj musimy istnieć!"

Jeśli prości robotnicy rozumieli ekonomię doskonale i potrafili celnie przewidzieć przyszłość Polski z wyprzedzeniem 10-15 lat, to dlaczego te wszystkie uczone głowy ekonomiczne opowiadały wówczas na łamach gazet tak kuriozalne brednie? Może dlatego, że nie byli ekonomistami, lecz namiestnikami zachodniego kapitału ds. wygaszenia polskiej konkurencji?

To lud był wówczas racjonalny, to lud rozumiał wówczas procesy gospodarcze. Elity natomiast krzewiły wiarę w nieistniejącą „Niewidzialną Rękę Rynku", w którą uwierzyły całe tabuny lemingów.

Potraktujmy to jako lekcję. Nie dajmy sobie dziś wmówić pseudokonfliktów wewnątrz polskich, o drugorzędne dla procesów gospodarczo-społecznych kwestie, konfliktów o symbole, wierzenia, obyczaje. Nasi okupanci stoją dziś na miejscu naszych dawnych zakładów produkcyjnych, które były głównymi ośrodkami lokalnego życia społecznego.

i obecnie...

Komisja Europejska wydała dziś uchwałę, która przewiduje specjalne znakowanie towarów produkowanych na terenach sporu pomiędzy Izraelem a Palestyną. Izrael jest oczywiście oburzony i podnosi, że jest to antysemicki bojkot. Unia odcina się, że nie jest to wcale bojkot, tylko danie konsumentom możliwości świadomego wyboru, czy chcą produkty izraelskie czy też nie. Uważam, że jest to dla nas bardzo dobra okazja, by pójść za ciosem i zrobić coś analogicznego na całym polskim rynku. Dziś konsument nie ma możliwości świadomego wyboru, nawet jak się stara, gdyż zachodnie firmy podszywają się pod polskimi markami — i drenują nas z kapitału. Tymczasem faktem jest, że proces integracji z Unią kosztował nas destrukcję polskich zakładów produkcyjnych. I skala tego była o wiele większa u nas niż np. w Czechach. Byliśmy zbyt dużym krajem, by nam odpuszczono. Dlatego polscy konsumenci powinni dziś mieć możliwość świadomego wyboru, czy chcą kupować co popadnie, czy wezmą współudział w czekającym nas procesie odbudowy polskiej produkcji, rezygnując zwłaszcza z produktów wytwarzanych w tych krajach, które były największymi beneficjentami polskiej transformacji. Gdyby Unia miała co do tego pretensje, można odpowiedzieć jej własnymi słowami: to nie jest bojkot czy dyskryminacja, lecz danie wolności wyboru.

Program „Ostatnie dni Diory" jest dziś wielkim wyrzutem dla polskich mediów, gdyż stanowi on dowód na to, że media mogły wówczas całkowicie zatrzymać proces destrukcji. Świadomie jednak wybrały wówczas tematy zastępcze. Obejrzyjcie na czym powinno polegać prawdziwe dziennikarstwo w okresie transformacji:

Mariusz Agnosiewicz

 
***

A tu raptem kilka (z tysięcy) przykładów skutecznego wygaszenia...







Zakłady Przemysłu Ciągnikowego- "Ursus"- Warszawa

Zakłady przemysłu bawełnianego "Uniontex"- Łódź

Cementownia "Szczakowa"- Pieczyska

Cukrownia "Racibórz"

"Celwiskoza"- Jelenia Góra

...bo komuż dziś potrzebny tutaj silny i nowoczesny polski przemysł? No przecież nie tym, którzy uzurpują sobie prawa do machania buławą i szabelką, nad tym umęczonym krajem nad Wisłą, gdzie jak zwykle każdy ciągnie do siebie, by ugrać, udźwignąć lub pochwycić jak najwięcej.
I tylko ludzi żal. Tych normalnych, prostych ludzi i ich zmarnowanego potencjału, pracy, pomysłów, zaangażowania, ambicji i niejednokrotnie wielkiej chęci na faktyczną poprawę sytuacji.
Kogoś tu koszmarnie oszukano. Komuś splunięto w twarz i odarto nie tylko z godności. A owoce pracy rozjechano spychaczami i koparkami każąc wierzyć, że to domena jedynie słusznej opcji. Historia się powtórzyła. Ale człowiek żyje chyba jednak za krótko i przez to zawsze jest jak ten pocisk, ładowany do lufy. Nigdy sam nie strzeli. Zawsze wystrzelą go inni, i to częstokroć w momencie najmniej przewidywalnym. A poleci i wybuchnie z reguły tam, gdzie go nakierowano. I nie będzie już niczego. Bo czas na to by wszystkiemu zaradzić i coś poprawić, właśnie minie. Gdy ucichnie wrzawa i opadnie kurz, następni podejdą i posłusznie dadzą się umieścić w komorze. I tak w kółko. I znowu. I wciąż.
Jak długo jeszcze?           
 

Źródło artykułu: http://www.racjonalista.pl/
Źródło zdjęć: http://m.fotopolska.eu/
internet
Korekta: Medart  

13 komentarzy:

  1. Wygaszono blisko 20 tys zakładów pracy-w tym pracowałem:
    https://vimeo.com/63468722

    "Fabryka radioaparatów i lamp radiowych w Dzierżoniowie.
    Ostatnia wojna niemal całkowicie zdewastowała fabrykę radioaparatów i fabrykę lamp radiowych w Dzierżoniowie.
    W maju 1945 r.przyjechali do tego miasta przedstawiciele Centralnego Zarządu Przemysłu Elektrycznego celem objęcia tych dwóch cennych dla nas fabryk.
    Rozpoczęto usuwanie z nich gruzów,zwożenie maszyn i kompletowanie pozostałych w zakładach części.Mimo tych trudności fabryki fabryki ruszyły,a w połowie 1946 r.nie było w nich już ani jednego Niemca-pracownika.
    Obecnie Państwowa Fabryka Odbiorników Radiowych w Dzierżoniowie produkuje pięcio-lampowe aparaty typu Super.Miesięczna produkcja wynosi 1000 aparatów.Od kwietnia 1947 r.fabryka ta przystąpiła również do montowania radioodbiorników(około 25 tysięcy)z części nabytych w Szwecji.
    W drugiej fabryce wyrabia się lampy radiowe,prostownicze i głośnikowe.W Dzierżoniowie są też czynne:gimnazjum i liceum radiotechniczne oraz kursy przysposobienia przemysłowego w tej dziedzinie."

    "P.Z.P.B.Nr 2 w Dzierżoniowie.
    W październiku 1947 r.484 tkaczy Państwowych Zakładów Przemysłu Bawełnianego nr 2 w Dzierżoniowie przeszło na obsługę większej ilości krosien.Zamiast dwóch obsługują teraz tkacze cztery krosna.Zawarczały 433 nowo uruchomione krosna,odżyły martwe do niedawna z powodu braku sił roboczych hale.433 krosna to 162 000 m płótna miesięcznie,to 6 000 koszul,to 5 000 sukienek miesięcznie więcej!Zrozumiał tkacz,że obsługując cztery krosna zamiast dwóch daje więcej państwu,daje więcej sobie.Nie pozostały w tyle za tkaczami i prządki.
    Przeszły z 500 wrzecion na obsługę 1 000 i 1 500 wrzecion.Wedle umowy zbiorowej tkacz zarabia na 4 krosnach do 18 000 zł,a prządka na 1 500 wrzecionach
    -15 000 zł.
    Przodownicy P.Z.P.B. nr 2 w Dzierżoniowie:
    Tkacze:Lucjan Zaleski-189%,Irena Przybylska-175%,Marcin Sodor-169,9%,Helena Jung-157,6%,Froim Auslender-177,1% normy;prządki:Kazimiera Autochówna-193,8%(...itd)."

    ("366 wiadomości o Dolnym Śląsku"-mgr Józef Sykulski-1947 r.,i"Odkrywamy Góry Sowie"-Janusz Głogowski-1947 r.)
    Pozdrawiam.



    OdpowiedzUsuń
  2. Wielkie dzięki za film i cytaty.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E.Jaworowicz także odwiedziła Walim.Tutaj dwie części z reportażu:
      https://www.facebook.com/pg/Walim-i-walimiacy-722439681178059/videos/?fef=page_internal

      Gdy zauważono,że komin"nie trzyma pionu",szybko zdemontowano umieszczone na nim anteny telekomunikacyjne.Krótko po tym,runął w nocy na szosę biegnącą do Dzierżoniowa.Betonowy wieniec komina wybił w szosie sporą dziurę i potoczył się do rzeki Walimki.Ratownicy z psami przeszukali ruiny-ofiar nie było.
      Niedawno rozebrano część zakładu przy ulicy 3 Maja, także groziło zawaleniem.W tej części zakładu(Websky) mieścił się obóz więźniów z Riese(Rosjanie).Po wojnie te pomieszczenia zawsze były puste.

      https://www.youtube.com/watch?v=6JXYLSbJ5FA
      :)

      Usuń
  3. Sam mam sprzęty grające z czasów komunizmu, nie twierdzę, że jestem fanem tego, ale na to nas było stać. Dobrej klasy sprzęt, jak pierwsza generacja radmorów kosztowała kilka pensji, dziś jak ktoś ma szczęście dostać w oryginalnym stanie, a to niełatwe to zapłaci kilkaset zł. Jednak ten tekst to lekka przesada. Owszem, były w Polskiej elektronice projekty urządzeń o wysokiej klasy konstrukcji układów elektronicznych, ale sama diora miała dość dużo sprzętu, przede wszystkim masowego użytku jakości takiej jak inne tego typu oferty zagraniczne i dziś. Wydaje mi się, że ogólnie w elektronice coś tąpnęło przy wprowadzaniu cyfrowych systemów, co za tym idzie kodowaniu i dekodowaniu sygnału dźwiękowego. Przecież było wiele zakładów produkujących elektronikę w koncernie unitry. Nie wiem co powiedział Bielecki, nie znam ówczesnej sytuacji zakładów elektronicznych w Polsce, ale upadek zakładów w tamtych czasach miał swoje przyczyny. Brak prywatnego właścicielstwa, zapóźnienie technologii produkcji(co skutkowało wyższymi kosztami produkcji byle jakiego sprzętu od zagranicznych ofert) , brak marki, brak oferty spełniającej oczekiwania rynku, bo te zakłady realizowały przez cała komunę politykę partii, wysokiej klasy sprzęt robili na żądanie partii, bo "socjalistyczny człowiek nie potrzebował luksusów", ludzie brali co było, bo nie było wyboru. Nie wiem o co chodzi z tymi rzekomymi interesami europejskich zakładów elektronicznych, tym bardziej w kontekście zalewania Polski sprzętem azjatyckim już od końcówki lat 80-tych, i to sami Polacy zdecydowali się na sprzęt azjatycki, i dobrze pamiętam dlaczego, bo sprzęt rodzimej produkcji nie spełniał naszych oczekiwań z powodów jakości, preferowanego dźwięku itd. No po upadku komuny nie pamiętam praktycznie by ktoś kupował nasz sprzęt prócz telewizorów czasem. Powiem więcej, raczej panowała niechęć do "walorów" naszego sprzętu. Sorry gregory ale te pretensje to jakieś kocopoły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 20 tysięcy zakładów pracy nie spełniało oczekiwań rynku?

      "Chcecie wejść do struktur europejskich,musicie zniszczyć swój przemysł,bo będziecie zbyt dużą konkurencją."była taka rozmowa...i zniszczyli.

      Mój kolega ma hopla na punkcie wzmacniaczy lampowych.Twierdzi,że nie ma lepszych.Ma w swojej kolekcji bardzo ciekawe przedwojenne radioodbiorniki.Jedno z nich chce podarować do pałacu w Jedlince,jako eksponat.

      Usuń
    2. Zwykłe pierdzielenie. "Wymogi" rynku wyszykowane zostały pod dyktando tych, którzy potem z entuzjazmem załatwili nam "zdolność kredytową". A dalej sztukmistrz Balcerowicz już wiedział co ma czynić. Hutę Katowice spuszczono Arcelor Mittal za 1/10 jej wartości. Nie spełniała oczekiwań rynku?

      Usuń
    3. Interesy byly spore- masa podzespolow rodzimej produkcji byla montowana w high-endowych konstrukcjach zachodnich, co swiadczylo o wysokiej technologi i wykonaniu.Rynek ukladow cyfrowych takze zaczal sie dynamiczniej rozwijac, bylismy wstanie konkurowac z zachodnimi firmami.Rozgladnij sie po obecnym swiecie, czy nawet swoim mieszkaniu, i zainteresuj sie co i gdzie zostalo wynalezione( i nie zalam sie, ze otacza Cie "Polska mysl techniczna")

      Usuń
  4. Dodam do tego obrazu Dolmel we Wrocławiu, drugi producent na świecie generatorów do elektrowni, statków itp. pod koniec lat 80. ABB wykupiło ich w 91/92 roku. Zaorali całą produkcję w ciąglu paru lat. Mój tato tam pracował. Widziałem to na własne oczy już pod koniec orania, miałem tam praktyki. Mówienie, że byliśmy zacofani ma może troche racji ale ile innowacji było, to się liczy.
    A teraz co się dzieje, błekitny laser - kokosy zbija ktoś inny, grafen ktoś inny robi kasę. Przeciez my możemy kupowac to od innych, po co mamy dawać zarobić swoim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całe tzw.zacofanie to mit. Robiono wszystko, ażeby proces usprawniania linii produkcyjnej sprzężony był z zaciąganiem dużych kredytów, na które wiele zakładów nie mogło po prostu sobie pozwolić. Wstrzymywano całymi latami modernizacje tylko po to, ażeby po jakimś czasie sprzedawać gadki o tym, że trzeba zakład całkowicie przebranżawiać. To były pierwsze podkopy i sabotaż czyniony z premedytacją. Polecam książkę "Ilustrowana historia motocykla WSK". Tam na przykładzie jednego tylko producenta widać, jakim ogromnym potencjałem wytwórczym dysponowano i jak zaprzepaszczono szansę na sprawną modernizację i eksport niesamowitych jak na tamte czasy konstrukcji. A to raptem jeden przykład.

      Usuń
  5. Dobry post Medard.

    OdpowiedzUsuń
  6. Medart. Jak zwykle stek bzdur, rodem z "Faktów". Każdy kupował... a co drogi autorze miał kupić? Nic nie bylo w sklepach, po sprzęt ustawiały się monstrualne kolejki i brało sie co leci. Alternatywą byl Pewex lub Baltona. Był tak dobry, że na początku lat 90-ych leżał na półkach i sie kurzył. Nikt tego nie kupował.
    Były pracownik sklepu RTV i Zurtu z Poznania.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ooo... Widzę, że mój post o tym, ze "diora" jak i inny sprzęt "made in Poland", nie był Świętym Grałem juz na początku lat 90-ych jakoś Pana uraził? Czyżby nie pasował do teori spiskowej zaprezentowanej w tym artykule? Napisałem jak było, pracowałem w ZURCIE, później sklepie... nazwijmy to firmowym, a raczej krajowym. Ponieważ były tam różne urządzenia krajowej produkcji. Kolumny, wzmacniacze, radiomagnetofony... Powiem panu, tak przy okazji, że tak wychwalany POLSKI sprzęt na zagrnicznych podzespołach, o paradoksie, byl nawet dużo droższy niż jego odpowiednik na wolnym rynku. Byl taki radiomagnetofon (miał jakieś kobiece imię/nazwę, nie pamietam)na podzespołach, z tego co pamiętam JVC, tak przynajmniej go reklamowano), ktory byl droższy od swojego odpowiednika z Baltony (dostepnego za zlotowki) o jakieś 30 dolarów (sic!.
    Tak to wyglądało. Nie bylo zainteresowania sprzętem "powszechnym", ktory jeszcze rok z grosikiem wcześniej, byl obiektem westchnień.

    OdpowiedzUsuń