poniedziałek, 21 października 2013

Miejsce



Zimno.

Poruszam się po omacku. A jakby tego było mało, nogi już prawie odmówiły posłuszeństwa. Korytarz jest dość wąski. Rozpostartymi rękoma dotykam ścian. Czasami to pomaga w utrzymaniu równowagi. Czasami przeszkadza. Dłoni nie czuje od dobrego kwadransa. Pewnie już po nich. Nie wieje tu i to jedyny plus. To znaczy, nie tak jak na zewnątrz, bo ruch powietrza i tak dość spory. Od czasu do czasu słyszę płynącą wodę. Takie niewinne strumyczki, co to potem przybierają oblicza rwących rzek. Tu, w górach, grawitacja ma większe pole do popisu.

Przypomniałem sobie o tym skrócie niedawno. Byłem już kiedyś w tej sztolni , ale nigdy zimą. Teraz z trudem ją poznawałem. W obłączkach pary sunąłem do przodu. Każdy krok zbliżał mnie do akceptacji faktu, iż zabłądziłem. Zastanawiałem się gdzie popełniłem błąd. Odnogi były tylko dwie. Miałem skręcić w drugą. Jednak to, co widziałem teraz, nie pokrywało się z obrazem utartym i znajomym. Coś było nie tak.

Niebawem już posiadłem pewność. Korytarz zmalał tak raptownie że musiałem dalej na czworaka. Walczyłem jeszcze z myślą by zawrócić ale zrezygnowałem. Trzeba do przodu. Jak trafię na zawał, to najwyżej wtedy. Ale póki co ten ruch powietrza, więc warto. Musi tam istnieć wyjście. Wyobrażacie sobie? Włażę tu, pod ziemię, by skrócić sobie drogę, by przejść tak dwieście metrów i nie trawersować zbocza które zimą jest nieosiągalne i co? Wpadam w jeszcze większe gówno. Z deszczu pod rynnę, jak mówią. Po kilku minutach bolą mnie już kolana i łokcie. W dodatku uderzam boleśnie twarzą w jakiś wyłom. Coś ciepłego zaczyna spływać po policzku. Prosto za kołnierz kurtki. Bluzgam cicho i sunę dalej. Korytarz nie odpuszcza. Robi się bardziej wilgotno i niebawem brodzę w lodowatej wodzie. Wciąż na czworakach. Kucam co chwilę i z trudem łapię oddech. Trzęsie mną jak nigdy. Zastanawiam się ile przeszedłem i gdzie się znajduję. Nie mam za bardzo sił, by panikować. Raczej chłodno kalkuluje. Nic się nie zgadza, ale nie zamierzam ustępować. Pomału robię się głodny. O zimnie nie wspomnę. Czasem wydaje mi się że dostrzegam światło. Ale to wyobraźnia. Kilka razy już się na to łapałem. Przyśpieszałem wtedy nawet i nie zważając na ból gnałem do przodu. A potem już tylko rozczarowanie. Przygotowuję się pomału na to, iż majaki wrócą niebawem ze zdwojoną siłą. Nie inaczej.

Ostatnią przytomnością umysłu podejmuje decyzję o powrocie. Trudno. Muszę. Ale po niedługim czasie mam dość. Dochodzę bowiem do rozwidlenia, którego wcześniej nie było. Tak mi się przynajmniej zdaję. Ale mogłem się mylić bo tu, po omacku świat podlega innym prawom. Cały zesztywniały z zimna i bezsilności łapię ostatnie promyczki nadziei. Jednak to bez sensu. Oczy wypatrują do bólu chociażby jakiegoś zarysu, fragmentu, którego mógłbym się chwycić i dzięki temu ocalić skórę. Nic z tych rzeczy. W końcu padam na twarz. Po prostu ręce i nogi ostatecznie odmawiają posłuszeństwa. Jest w tym pewien paradoks, bo tonącą świadomością odbieram jakieś rozmowy, krzyki, nawoływania. Chyba też poszczekiwanie psa. Może więc jednak...



***



Horska sluzba miała nielichą zagwozdkę, by odkryć jakim cudem Andrzej M. znalazł się z tej strony góry. Szczególnie teraz, gdy oba wejścia do sztolni są przysypane prawie dwumetrową warstwą śniegu, a brnięcie szlakami pieszymi to rzecz bardzo uciążliwa. Ale nie dziwili się zbytnio, gdyż jak żywo pamiętali incydent sprzed ośmiu lat. Ten sam rejon, też zima, też wiatr rwący ze zboczy na złamanie karku. I tylko jedna osoba z grupy czterech licealistów, którą po dwóch dniach odnaleziono. Ledwie żywą. I potem jej chaotyczna opowieść, momentami przypominająca film fantastyczny. Tak. Polskie służby powinny już dawno zająć się zasypaniem wejścia do sztolni. A my tu również z tymi dzikimi szybami, które tylko straszą i zwiastują kolejne nieszczęście. Tak, najwyższy czas. A jak nie zrobią tego inni, to zrobi to on, Pavel Nazak - sam, ewentualnie razem ze swoim kuzynem. Tak gorączkowo myślał, wracając po akcji służbowym Land Roverem do placówki w Harrachowie.

Dwa tygodnie później Pavla szukali wszyscy. Koledzy z firmy, ochotnicy, policja i rodzina. Co ciekawe, zniknął też jego kuzyn, ale to akurat nie dziwiło nikogo. Wszyscy wiedzieli że to lejek i moczymorda jakich mało, więc zapewne znajdzie się jak tylko wytrzeźwieje.

Nie znalazł się jednak. Pavla też szukano przez  ponad miesiąc. Bez rezultatu. 
Po jakimś czasie nastała wreszcie wiosna. Śniegi ospale ruszyły i spłynęły tysiącami strumyczków w dół zboczy. Sztolnia stała się bardziej dostępna.



P.S. Tekst powstał, jako luźna interpretacja kilku "lokalnych opowieści".
Przy okazji, serdecznie pozdrowienia dla Pana Mariana z Michałowic. Do zobaczenia w przyszłym roku :)






5 komentarzy:

  1. Mimo że luźna interpretacja, to i tak bardzo intrygująca. Skoro kilka takich historii jest w zanadrzu, to ja czekam na więcej, bo ta zdecydowanie do wciągających należy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki.
      Cóż, skoro jest zainteresowanie, to zapewne coś podobnego jeszcze na blogu się pojawi.
      Pozdrówka :)

      Usuń