sobota, 25 lipca 2015

Góry Stołowe 2014


Część 1- Adršpach- skalne miasto

Ubiegłoroczny, jesienny wyjazd w Góry Stołowe należał do bardzo zróżnicowanych i bogatych w atrakcje. Dodatkowo łaskawa aura sprzyjała wędrówkom, poznawaniu nowych miejsc i odwiedzaniu tych już doskonale znanych. Tym razem oprócz rodzimych fragmentów gór, postanowiliśmy pozwiedzać w szerszym wymiarze także czeską część pasma. I tak oto wreszcie zawitaliśmy do słynnych Skalnych Miast w Adršpachu i Teplicach, będących chyba najatrakcyjniejszą wizytówką całych Gór Stołowych (czes.Broumovska vrchovina). Oprócz tego zahaczyliśmy przelotnie o Pogórze Orlickie, a także zwiedziliśmy czeski Nachod oraz oczywiście Kudowę- Zdrój, która podczas wyjazdu była naszą bazą noclegową.

Jak pisałem już wielokrotnie, Góry Stołowe to jedno z moich ulubionych pasm Sudetów. Zawsze odwiedzam je z ogromną przyjemnością i szczerze mówiąc, nigdy mi ich dosyć :)
Tak było i tym razem. Znów znalazłem tam znacznie więcej niż sądziłem i znów zrozumiałem, że musi nastąpić ciąg dalszy tej historii. Że muszę tam jeszcze powrócić...

Zaczynamy od razu z grubej rury. Adrszpaskie skalne miasto, to modelowy przykład idealnego zagospodarowania fragmentu gór, na potrzeby masowej turystyki. Najpierw jednak trochę historii:

Pierwsza wzmianka o Adrspachu pochodzi z 1348r. Wieś była wówczas osadą służebną wobec znajdującego się ponad nią zamku  na Starozameckim Vrchu. Prawdopodobnie osada powstała na miejscu wcześniejszej, znanej już w 1270r. i występującej wtedy pod nazwą Wikeri Villa. W XIVw. nazywana była Ebersbach, a później Adersbach, być może po ponownej lokacji i osiedleniu się osadników niemieckich. W kolejnych wiekach wieś rozwijała się powoli, wchodząc w skład okolicznych majątków, a w 1534r. nastąpił jej podział i dolna część przypadła w udziale panom na zamku Vizmburk. W tym czasie istniały w Adrspachu min. huta i kuźnica żelaza.
Adrspaskie skały znane były mieszkającym tutaj ludziom od dawna. Traktowano je jako schronienie w czasie wojny i zagrożenia. Znane są relacje z których wynika, że w skałach kryli się mieszkańcy np. podczas wojen śląskich (XVIIIw.). Coraz częściej zaczęli się jednak pojawiać we wsi turyści, którzy opisując widziane tutaj wspaniałości, zachęcali innych do odwiedzin Adrspachu. Ilość wędrowców zwiększyła się po wybudowaniu linni kolei z Teplic nad Metuji do Trutnova. Wcześniej do Adrspachu dojechać można było jedynie omnibusem lub dyliżansem pocztowym.

Ze względu na to że nie dysponowaliśmy nieograniczonym pakietem czasu, skupiliśmy się jak łatwo przypuszczać jedynie na zwiedzeniu skalnego miasta, odpuszczając sobie tym razem wiekową osadę. A jakie adrszpaskie skały są w rzeczywistości?
Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, że zwiedzanie tego rozległego kompleksu odbywa się tylko i wyłącznie po znakowanych trasach turystycznych (masyw leży w granicach rezerwatu przyrody), a jest ich tu ok. 3,5km (oprócz dwukilometrowego odcinka okrążającego jezioro (Piskovna). Nie jest to dużo, biorąc pod uwagę powierzchnie całego skalnego miasta. Oczywiście najróżniejszych ścieżek jest tu znacznie więcej, ale ich samowolna penetracja mogłaby szybko zakończyć się zdobyciem odpowiedniego kwitka, opiewającego na sumę ponad 1000 koron. Nie ryzykowaliśmy zatem, choć w parę "nielegalnych" miejsc i tak udało nam się chwilowo zajrzeć ;)
Do wyboru mamy więc dwie znakowane trasy. Są to zielony i żółty szlak turystyczny, które dość ciekawie kluczą między skalnymi wąwozami, ostańcami i grupami skał oraz penetrują górnokredowe, piaskowcowe labirynty. Ten drugi łączy dodatkowo Adrszpaskie skały, z położonym bardziej na południe, większym skalnym kompleksem zwanym- Teplické skaly lub Teplické skalní město. Ale o nim samym, kiedy indziej.
Po drodze mamy możliwość podziwiania nie tylko samych skalnych cudów natury, ale też obejrzenia dwóch jeziorek (po mniejszym z nich, można popływać niewielką łódką) oraz wodospadów. Oprócz tego odnajdziemy tu jeszcze skalne kapliczki, źródełka, rzeźby i tajemnicze napisy wyryte na skałach, świadczące o dużej popularności tego miejsca w zeszłych wiekach. Całe przejście nie przysparza większych problemów typowo sprawnemu człowiekowi, choć momentami pokonanie drewnianych platform z dziesiątkiem schodów w górę lub dół, dla niektórych może stanowić większe wyzwanie.

Adrszpaskie Skały, na pocztówce sprzed 1900r.

Adrszpaskie skały są w sezonie niemiłosiernie oblegane przez dziesiątki tysięcy turystów. Dlatego jeśli komuś zależy na odszukaniu w tym miejscu wyjątkowej atmosfery, to polecam wycieczkę wczesną wiosną bądź jesienią. My z racji upodobań wybraliśmy tę drugą i oczywiście nie żałujemy ani trochę. Jesienny koloryt tego miejsca jest powalający, a zdecydowanie mniejszy ruch na szlakach pozwala dostrzec tę magię w dużo szerszym ujęciu. Warto też samo zwiedzanie zacząć stosunkowo wcześnie, by potem nie "obijać się" o najróżniejsze wycieczki. Tak właśnie przewidywał nasz plan. Na miejscu byliśmy prawie równo z otwarciem kas i dlatego na samych szlakach dane nam było spotkać tylko pojedynczych, "niegroźnych" turystów ;) Natomiast gdy kierowaliśmy się już do wyjścia (ok. południa), przy kasach wiły się opasłe kolejki, a na parking podjeżdżały coraz to nowe autokary. Zgroza...

Reasumując: dzień jak najbardziej udany. W spokoju, swoim tempem i na swoich zasadach, zwiedziliśmy urocze miejsca i doświadczyliśmy niesamowitych wrażeń. A wszystko to przy wspaniałej, słonecznej pogodzie. Czegóż jeszcze chcieć więcej? :)


Zmierzamy do wejścia. Jest wcześnie, a więc cicho i pusto

Pierwsze kroki kierujemy nad jeziorko, jako że scenerie napotykamy tu iście bajeczną

Mgły po mału ustępują, jednak wyższe partie wciąż skrywa biały całun

Poranne słońce dotyka już pierwszych skał

Widoczek jak z Tolkiena ;)

c.d.

Wreszcie wchodzimy na trasę

Coraz większe skupiska skał, oświetlone blaskiem słońca

Idziemy powoli, całkowicie oddając się chwili i niesamowitej atmosferze tego miejsca

c.d.

Osiągamy tzw. gotycką bramę, postawioną już w 1839r....

I zagłębiamy się w skalny kanion

Na Słoniowym Rynku

Fragment Długiego Korytarza...

I wciąż nowe skupiska skalnych ścian oraz baszt

c.d.

Rzeka Metuja, meandrująca między skałami

Kolejna z piaskowcowych baszt

Ciekawy napis, upamiętniający poziom wody na Metuji, zanotowany tu po ulewnej burzy 23.06.1844r. Wyryta kreska, znajduje się sporo powyżej dwóch metrów.

Skała Ząb Karkonosza

I kolejne ich skupiska przy zielonym szlaku

Rozdroże ze szlakiem żółtym...

Oraz skały w jego otoczeniu

Niewielkie skalne źródełko na Wielkim Rynku...

I znajdujący się obok- Mały Wodospad

Fragment Wielkiego Rynku

Inskrypcja naskalna z datą 1704 i polsko brzmiącym nazwiskiem: Kunovski.

Widok z tzw. Małej Panoramy

Kolejny plac

Popiersie J.W.Goethego, oraz tablica upamiętniająca jego wizytę w tym miejscu, latem 1790r.

Wielki Wodospad, znajdujący się w tzw. Świątyni

c.d.

Zaczynają się pierwsze dłuższe platformy schodkowe

Jedną z nich, docieramy nad Skalne Jeziorko

Podążamy dalej żółtym szlakiem

Mostek nad Metują

Niektóre skalne przesmyki są dosyć wąskie

Kolejna szersza panoramka

Wreszcie osiągamy Wilczy Wąwóz (czes.Vlci Rokle)

To niezwykle malownicze miejsce, łączy Adrszpaskie Skały z Teplickim Skalnym Miastem

W Wilczym Wąwozie

c.d.

Wkrótce zawracamy, by po raz kolejny przekroczyć spokojny nurt Metuji...

I poprzez niewielkie mostki...

Oraz drewniane schody, dojść do nowych partii skalnego miasta

Jesień pośród skał

Docieramy do nowszych partii, udostępnionych do zwiedzania w 1890r.

Kolejne schody

Słynna skała Kochankowie (czes. Milenci)...

Oraz kolejny dalszy widoczek

Placyk niedaleko Skalnej Kaplicy...

Oraz ona sama. Znajdują się tu głównie tablice poświęcone wspinaczom, którzy zginęli w górach

Wkrótce osiągamy Wielką Panoramę- jeden z najlepszych punktów widokowych w adrszpaskim skalnym mieście

Otoczenie Wielkiej Panoramy

Kolejna słynna grupa skał- Starosta i Starościna

Jeszcze jedno podejście...

I wkrótce zaglądamy do Mysiej Dziury ;)

Wyjście z owej szczeliny. W najszerszym miejscu ma ona niecały metr

Zaraz za nią, wchodzimy do efektownego Parku Karkonosza...

Gdzie rozpoczyna się szlak obejściowy, którym wracamy w okolicę jeziorka Piskovna...

Po drodze podziwiając jeszcze fragmenty skalnego miasta

Docieramy nad jeziorko i zaczynamy jego obejście

To urokliwe miejsce, jest pozostałością po dawnej kopalni piasku. Jego wydobycie trwało tu prawie nieprzerwanie do lat 70.XXw.

Aż głupio byłoby w takiej scenerii nie strzelić pamiątkowej foty ;)

Widok na niewielką wysepkę

Piaszczyste brzegi wspaniale "współgrają" z zielonkawą tonią jeziorka

Kolejne ujęcie, z trochę wyższego miejsca

Zbliżenie na skalne urwisko

I widoczek z jeszcze innego punktu

Od tej strony, skały schodzą bezpośrednio do wody

Jesień nad Piskovną

Od strony skał, szlak zabezpieczono licznymi barierkami

Jedna ze skalnych jam

Jeszcze jedno zdjęcie i po mału szykujemy się do wyjścia

Skały przy wyjściu

Fragment linii kolejowej, łączącej min. Nachod i Trutnov 
   

Źródło cytatu: W. Brygier: Góry Stołowe- Przewodnik. Pruszków 2010, Wydawnictwo "Rewasz". 
Źródło archiwalnej fotografii: http://sowirower.pl/ 

 
c.d.n. 

    
 

 

     

sobota, 18 lipca 2015

Eksperyment ze Scole


Czy grupie brytyjskich mediów nadzorowanych przez naukowców udało się uzyskać dowód na istnienie życia pozagrobowego? W 1993 roku w Wielkiej Brytanii rozpoczęto próbę, której celem było uświadomienie współczesnym, że życie po śmierci nadal trwa. W czasie kontrolowanych sesji, które odbywały się w Scole dochodziło do całej gamy zjawisk niezwykłych, takich jak lewitacja, aporty obiektów, materializacje zjaw i przedmiotów, manewry tajemniczych świateł, nagrania EVP oraz tajemnicze fotografie mające dawać nam wgląd w inne wymiary i ich mieszkańców. Co na ten nawał dowodów powiedzieli badacze?

Seanse spirytystyczne zwykle kojarzą się nam z eleganckim światem międzywojnia lub XIX-wiecznej Europy, gdzie różnego pokroju badacze i media próbowali wspólnie zgłębiać tajniki związku świata realnego z życiem pozagrobowym. Badania nad mediumizmem oraz próbami zajrzenia w zaświaty mają swą długą tradycję, jednakże nasze pierwsze skojarzenia z dwudziestoleciem międzywojennym i salą wypełnioną po brzegi zdumionymi obserwatorami poczynań medium wydają się być przeważające w stosunku do tego, co w badaniach nad mediumizmem nastąpiło po II Wojnie Światowej. Wydawać by się mogło, że epoka ta minęła bezpowrotnie pozostawiając po sobie wielkie nazwiska mediów, teoretyków i badaczy, muśnięte śladem ektoplazmy.

Tymczasem jedną z największych współczesnych kontrowersji otoczony jest tzw. eksperyment ze Scole, który wedle zwolenników jego doniosłego znaczenia stanowi najlepszy dowód na istnienie życia po śmierci oraz możliwości kontaktu na linii nasz i „tamten” świat. Szczególną wartość tego przypadku stanowią bowiem nie tylko opinie naukowców nadzorujących prace mediów, ale i licznych świadków, którzy na własne oczy widzieli powstawanie zjawisk mających uwierzytelniać istnienie świadomych bytów po drugiej stronie egzystencji. Czy jednak udało się znaleźć odpowiedź na pytanie dręczące ludzi od samego zarania ich dziejów?


Posiadanie w sobie żywej iskry odpowiadającej m.in. za samą świadomość jej posiadania a także inne dobrodziejstwa i przekleństwa świadomości zmuszało zawsze do zadawania sobie pytania, co dzieje się, gdy fizyczne ciało gaśnie? Czy owa iskra świadomości, nazywana wedle różnych szkół duszą, duchem czy drugim ciałem również odchodzi w niepamięć, czy też może w jakiś sposób udaje się jej zmieniać swoisty stan skupienia? Wszelkie próby udowodnienia jednej czy drugiej drogi nie są naszym celem – każdy jest w stanie przytoczyć sobie dziesiątki za i przeciw, niezależnie od swego światopoglądu. Tymczasem na scenie pojawiają się nam jednak zdolności poczytywane za nadnaturalne, które wedle wielu są świadectwem na to, że odpowiednio utalentowane osoby są w stanie wchodzić w kontakt ze zmarłymi, a właściwie świadomymi cząstkami ich istnienia. Czy są to jednak tylko twory naszego umysłu, zwodnicze ekstrakty pamięci i niepoznanego do końca mózgu? Dowody i kontrowersje następują jedna za drugą, tak samo jak spirytyści, okultyści, parapsycholodzy i naukowcy niosący ze sobą odpowiednią nomenklaturę i zestaw teorii. Gdzieś między tym wszystkim leżą historie niesamowite, takie jak opowieść o „czwórce ze Scole”.

Media ze Scole. Od lewej: Robin Foy, Diana Bennet, John Bennet oraz Sandra Foy
Uważany przez niektórych za najlepszy dowód istnienia życia po życiu eksperyment był w rzeczywistości serią seansów spirytystycznych przeprowadzanych przez okres czterech lat, gdzie w kontrolowanych warunkach uzyskano dużą ilość materiałów dźwiękowych, wizualnych i innych potwierdzających interakcje mediów z bytami niefizycznymi. Rezultaty tych badań zebrane zostały przez Granta i Jane Solomon i opublikowane w 1999 w książce pt. „The Scole Experiment”.

Cała historia rozpoczęła się w niewielkim domu w gospodarstwie położonym w Scole w hrabstwie Norfolk – domu pary o zdolnościach mediumicznych, Robina (byłego pilota RAF a potem menadżera dużej firmy papierniczej) i Sandry Foy (gospodyni domowej). Państwo Foy w to miejsce przenieśli się względnie niedawno, chcąc sformować tam swą własną grupę spirytystyczną, w którą zaangażowane były osoby znane im wcześniej z podobnej formacji założonej w Postwick. Foyowie byli znani dobrze w społeczności spirytystów zakładając wcześniej Towarzystwo Arki Noego, które pomagało rozwijać u osób obdarzonych odpowiednim talentem zdolności mediacyjne. Celem przedsięwzięcia miało być rozpoczęcie niezwykłego projektu, mającego według zapowiedzi przekazanych przez „drugą stronę” dostarczyć współczesnym ludziom dowodów na kontynuację życia po fizycznej śmierci. 


Okładka książki Granta i Jane Solomon
Dom Foyów był dość nieduży. Posiadał piwnicę, która była wymarzonym miejscem na tego typu eksperymenty. Nazwali to miejsce odosobnienia „the Scole hole” („dziura Scole”). Przez kilka pierwszych tygodni wiele różnych osób wzięło udział w próbach kontaktów z duchami w zaciemnionej piwnicy, jednakże z marnym skutkiem.

Po kilku zmianach w składzie grupy dokonano przełomu. Rozpoczął się kontakt. Wszystko jednak brało swój początek od dwojga mediów w postaci gospodarzy domu, dostarczających informacji od rzekomej grupy niefizycznych istot. Charakter tych wiadomości był często osobisty a o wielu sprawach żadne z mediów wiedzieć nie mogło. Wkrótce przekazy przybrały formę manifestacji głosowych słyszanych w całym pomieszczeniu i zdających się nie posiadać określonego źródła. Niektórzy z uczestników eksperymentu mogli poczuć na sobie niewidzialny dotyk, jednakże potem nastąpiła szczytowa forma eksperymentu w postaci manifestacji osób i obiektów. 


Przez okres kilku tygodni eksperymentatorzy ze Scole, których skład oprócz państwa Foyle uzupełnili Alan (z zawodu stolarz) i Diana (praktykująca uzdrowicielka) Bennet, skontaktowali się z kilkoma istotami. Jedną z nich był „strażnik” zwany Manu, duch kobiety z Oxfordu przedstawiający się jako Emily Bradshaw, duch hinduskiej księżniczki Raji oraz nie stroniącego od alkoholu księdza Patricka McKenna. Grupa niefizycznych istot była w stanie zamanifestować wiele efektów, od manewrów świetlnych kul po rozlewanie wody, lewitację, manifestacje głosów oraz aporty przedmiotów. Wśród obiektów zmaterializowanych podczas trwania seansów znajdowały się m.in.: srebrny naszyjnik oraz inne elementy biżuterii, stare monety oraz historyczne wydania gazet (np. „Daily Mail” z 1 kwietnia 1944 roku czy kopia „Daily Express” z 28 maja 1945), sztućce oraz inne przedmioty w sumie w liczbie około 50.

- Zdaje się, że możliwości są nieskończone, ponieważ modyfikujemy i wprowadzamy coraz to nowe przedmioty do naszych eksperymentów. Opierają się one na zasadniczej idei, iż istnieją wymiary nie tylko poza naszym, ale i wewnątrz niego. Używając kombinacji sprzętu elektronicznego i fotograficznego wraz z oprogramowaniem komputerowym (służącym jedynie do powiększania obrazów) jesteśmy w stanie uzyskać przelotny wgląd w owe inne wymiary podczas eksperymentalnych sesji – mówił Alan Bennet, medium.

Wraz z intensyfikowaniem się kontaktu, grupa ze Scole zapraszała na seanse gości, którzy mogli być świadkami różnej natury wydarzeń. Czasami liczba osób na widowni sięgała 25 osób ze zdumieniem i w napięciu obserwujących taniec świateł, które podlatywały do obecnych powodując niewielkie oddziaływanie elektryczne na ich ciała. Wachlarz zjawisk był jednak znacznie bardziej szeroki. 

Media ze Scole uświadomiły sobie szybko, że to czego dokonują nie zostało wcześniej w odpowiedni sposób udokumentowane. W ten też sposób zdecydowano się zwrócić do najbardziej szanowanych grup badających zjawiska paranormalne na terenie Wielkiej Brytanii. Wybór padł na SPR – Towarzystwo Badań nad Zjawiskami Nadprzyrodzonymi. SPR w celu zbadania kontaktów grupy ze Scole wysłało tam troje badaczy (Montague Keen, prof. David Fontana, prof. Arthur Ellison), którzy obserwowali poczynania mediów przez dwa lata. Pod koniec tego okresu doszli oni do wniosku, że nie zauważyli śladów fałszerstw ani mistyfikacji, co zawarli w 300-stronnicowym raporcie na ten temat. 

Montague Keen- jeden z badaczy zajmujących się przypadkiem Scole, z ramienia SPR
Montague Keen, który mówił w imieniu trójki badaczy z SPR napisał: „Posiedzenia przedłużyły się na okres ponad dwóch lat, dając obserwatorom szansę na upewnienie się, że mimo kilku wybitnie niezadowalających kwestii nie udało się wykryć żadnych oszustw. Dopomogło w tym kilka czynników. Jednym z ich były jasne bransoletki noszone na nadgarstkach przez każdego z członków grupy, które dawały gościom możliwość wykrycia każdego ruchu ich ręki. Było trudne, a być może nawet niemożliwe, usunięcie bransoletki i włożenie jej z powrotem bez bycia zauważonym, ale i sam ich brak sprawiał, że potencjalny oszust mógł być łatwo wykryty. […] Potem pojawiły się fizyczne ograniczenia związane z krzesłami i widzami. Nie byłoby to wielkim problemem, jednak z czasem członkowie grupy zaczęli zapraszać na spotkania i tzw. seminaryjne seanse wiele osób. Piwnica stała się tak zatłoczona, że mało kto mógł się poruszać nie będąc przy tym zauważonym. Jeśli zignorujemy wszystkie okoliczności i zabezpieczenia pozostanie nam i tak ogromna liczba manifestujących się zjawisk świetlnych, których zachowanie poddawało pod wątpliwość to, czy mogą być manipulowane przez media. Ponadto okazjonalnie pojawiały się zmaterializowane ręce, dotykające naszych, tajemnicze na wpół przezroczyste postaci przypominające anioły (nazwane tak z racji braku lepszego określenia) oraz dziwaczne aporty.” 

Jednym z najbardziej niezwykłych zjawisk, jakie powodowały rzekome duchy były manifestacje „obrazów” przedstawiających sceny z naszego świata, ale także „wymiaru”, do którego należały byty. Obrazy pojawiały się na fabrycznie zapieczętowanych kliszach fotograficznych, które umieszczano w pobliżu osób uczestniczących w seansie a następnie wywoływano nie dopuszczając ich do kontaktu z którymkolwiek z eksperymentujących. Obrazy, które według części przedstawiać miały alternatywne światy czy też inne płaszczyzny bytowania były „wtłaczane” nie tylko na klisze fotograficzne, ale i taśmy filmowe przez grupę duchów pracujących nad nimi „od drugiej strony”. Niekiedy obrazy te były trudne do jednoznacznej interpretacji i nie ograniczały się jedynie do zdjęć osób czy miejsc, ale do próbek pisma czy symboli. 

Jedno ze zdjęć, uzyskanych podczas eksperymentu. Wiele z fotografii ze Scole, przedstawiało trudne do jednoznacznej interpretacji mozaiki. Jednak przyglądając się im bliżej można dostrzec istotne szczegóły (np. twarze ludzkie)
Inną charakterystyczną i kontrowersyjną częścią manifestacji podczas eksperymentu były wspominane już „światła”, które wykonywały ruchy po pomieszczeniu dokonując różnorakich manewrów i okazjonalnie wypuszczając z siebie promienie, które były w stanie penetrować ciała stałe. Po trafieniu w ciało ludzkie dana osoba miała odczuwać promieniujące ciepło. Według wielu osób obserwujących owe świetlne zjawiska, którym towarzyszył dający się odczuć spadek temperatury nie było możliwe, aby w jakikolwiek sposób dało się nimi manipulować.

Piers Eggett, który był jednym ze świadków, opisał pojawienie się „światła” w następujący sposób: „Była to mała kula białego światła, która poruszała się po pomieszczeniu we wszystkich kierunkach, czasem z wielką prędkością, pozostawiając za sobą ślad. Czasami zawisała w powietrzu a w przypadku dotknięcia jej przez kogoś z obecnych powodowała niewielkie wyładowanie elektryczne.” 

Po odbyciu podróży do wielu innych krajów (takich jak Irlandia, Hiszpania, USA, Niemcy, Szwajcaria i Holandia), gdzie członkowie grupy przeprowadzili seanse z innymi mediami, grupa zakończyła działalność 23 listopada 1998 roku. Przekaz, który nadszedł wyjaśniał, że w obecnym składzie media ze Scole nie będą w stanie wykonywać prac z tą samą grupą duchów, gdyż zostały one „oddalone”. Według informacji powodem były problemy z „międzywymiarowymi wrotami”, które otwarte zostały specjalnie na ten cel. 

Oprócz obrazów na kliszach pojawiały się także przekazy. Jeden z nich otrzymał nazwę "Diotima"(od greckiego słowa znajdującego się na początku). Otrzymano go w marcu 1996r, bezpośrednio na film do aparatu Polaroid. Po tajemniczym słowie, znajduje się min. zdanie w języku francuskim i krótki wierszowany utwór w angielskim.
W czasie lat działalności do badaczy fenomenu grupy dołączyli inni naukowcy oraz goście, w tym m.in.: dr Hans Schaer, dr Ernst Senkowski, Piers Eggett, Keith McQuinn Roberts, dr Rupert Sheldrake, prof. Igor Grattan-Guiness oraz inni. Liczba ta miała znacznie powiększyć się w czasie wizyty grupy w USA, gdzie zwrócili na nią uwagę pracownicy NASA czy przedstawiciele Stanford University, których udało się skutecznie zainteresować zjawiskiem. Koniec eksperymentu i publikacja książki na ten temat zbiegły się z kontrowersjami na jego temat. Sceptycy twierdzili, że nie wszystkie elementy przebiegu eksperymentów były należycie nadzorowane, zaś same dowody również postawione zostały na szali. Sprawą Scole zajmowało się jednak również trzech zawodowych magików, których zadaniem było dopilnowanie, czy rezultaty seansów nie dawały się przypadkiem wytłumaczyć za pomocą sprytnej działalności sztukmistrzów. Jednym z nich był James Webster – „magik” z 40-letnim doświadczeniem obejmującym nie tylko występy sceniczne, ale i próby demaskowania podejrzanych mediów. Według opinii Webstera zjawiska, których był świadkiem doprowadziły go do wniosku, iż nawet profesjonalni magicy nie byliby w stanie ich zduplikować. Kolejny wyrok w tej sprawie ogłosił prof. Arthur Hastings, który orzekł, że „w rygorystycznych warunkach badań nie możliwe byłoby ich dokonanie przez magików i to nie tylko w Scole, ale i w każdych innych okolicznościach.” 


Jedne z wielu "fotografii myślowych" pojawiających się na kliszach w obecności mediów
Montague Keen pisał w jednym z artykułów poświęconych eksperymentowi na temat najbardziej niezapomnianych w jego opinii chwil: „Prof. Fontana trzymał magnetofon Panasonica ze starannie oznaczoną czystą kasetą. Prof. Ellison z kolei sprawdzał, czy wszystko jest w porządku. Wiedzieliśmy, że celem będzie nagranie na taśmie czegoś o charakterze nadnaturalnym, ale nie będzie to reprodukcja naszych głosów czy głosów duchów. Powiedziano nam, że będzie to muzyka, potem zaś, że będzie przekazywał ją sam kompozytor. Kilka minut potem usłyszeliśmy przebijające się przez szum dźwięki dobiegające jakby z dalekiego źródła. W nich rozpoznałem fragment utworu, który znałem i jako dziecko bardzo lubiłem. Miał on bardzo silny związek z tym stresującym okresem mojego życia. Nagranie tego, co słyszeliśmy jest wyrazem mej zdumiewającej reakcji i głębokiego poruszenia. Skąd bowiem „oni” o tym wiedzieli? Posiadający na tyle zdumiewających zdolności, aby tworzyć coś, co być może błędnie nazywamy EVP, stworzyli także znaczny kawałek drugiego koncertu fortepianowego Rachmaninowa wraz z orkiestrą. Oznaczało to, że w jakiś sposób mieli dostęp do moich ukrytych wspomnień.”
Czy byty rzeczywiście penetrowały świat wspomnień Keena, czy może był to element działania silnej sugestii ze strony mediów, które wedle sceptyków, działając podobnie jak hipnotyzerzy, są w stanie wywołać u obserwatorów pożądane obrazy? Na to pytanie nie sposób jednoznacznie odpowiedzieć. Gdzie indziej Keen w tych oto słowach wyraził swe zdanie o mieszkańcach „drugiej strony”: „Rozmawialiśmy z kimś, kto w naszym mniemaniu posiadał inteligentne trwałe osobowości, nie ograniczał się do ciągłego udzielania odpowiedzi pozytywnych lub negatywnych drapiąc w stół lub wpływając na wahadełko.” Tematy poruszane w czasie spotkań odbiegały zatem od typowych kwestii poruszanych w czasie niezliczonej ilości podobnych seansów. Kolejny z badaczy z SPR, prof. Fontana, zwraca w swym artykule uwagę na inny znamienny fakt, jakim było przekazywanie w transie informacji, o których media zasadniczo wiedzieć nie mogły. 

Kolejne ważne informacje dotyczą seansu w Los Angeles” – pisze Fontana. „W czasie jego trwania jedno z mediów z grupy, Diana, przemawiająca do 20 nieznanych jej osób, podała z łatwością bardzo dokładny opis zmarłego partnera jednej z osób siedzącej na widowni. Był to George Dalzell – pracownik Departamentu Zdrowia Psychicznego Los Angeles." 

Kolejny obraz- symbol, przeniesiony na film był jednym z najdłuższych. Liczył 1200mm
Co o eksperymencie mówili sami uczestnicy? Ci swój sukces zawdzięczali zupełnie nowatorskiej metodzie pracy medium, która w ich własnym mniemaniu nie opierała się na manipulowaniu tajemną ektoplazmą (czyli substancją emanowaną z ciała medium, służącą za budulec „ducha” w świecie materialnym). Dla osób siedzących na sali i obserwujących te zdarzenia, jak i dla badaczy liczyły się jednak wyniki. Czy udało się jednak odpowiedzieć na najważniejsze w całej sprawie pytanie o życie po śmierci? Patrząc na uzyskane w spektakularny sposób dowody będące w rzeczywistości śladami „eksplozji” wszelkiej maści zjawisk paranormalnych, mnożą się nasze pytania nie tylko na temat zadanej już kwestii o realność zaświatów, ale o charakter tych zjawisk i rolę, jaką pełni w nich ludzki mózg. 

Inne z obrazów uzyskanych przez media
Musimy zdać sobie bowiem sprawę, że natura mediów i ich zdolności jest równie tajemnicza a niekiedy nawet podejrzana, co charakter zjawisk przemawiających do nas z „drugiej strony”. Często starano się jednak tłumaczyć jedne nieznane nauce zjawiska paranormalne za pośrednictwem drugich nie zważając na fakt, że poruszamy się po bardzo niepewnym gruncie. Wiele osób zaangażowanych w sprawę Scole twierdziło, że ich doświadczenia były wiarygodne i stanowią prawdopodobnie najlepszy dowód na to, że istnieje forma życia pozagrobowego. Grupa ze Scole stanowiła inspirację dla wielu innych grup spirytystów, którzy próbowali powtórzyć sukcesy Foyów i Bennetów.

Nie mniej jednak pozostaje problem, co robić z tymi dowodami?” – pyta nas prof. Fontana. „Z pewnością są cenne same w sobie i mogą przekonać wielu o realności zdarzeń paranormalnych. Jednak w jaki inny sposób można je wykorzystać? Jedna z odpowiedzi mówi nam, że mogą one pomóc stworzyć coś, co luźno można nazwać filozofią parapsychologii. Przez ostatnie pół wieku filozofia fizyki rozrastała się jako oddzielna dyscyplina, pozwalając nam lepiej zrozumieć znaczenie nauki. Nie dotrzymywała jej kroku filozofia parapsychologii. Prof. Hornell Hart wraz ze znanymi myślicielami, postanowił dokonać ważnego wkładu w tą dyscyplinę, jednak współcześnie nie zrobiono wiele, aby rozważać wartość dowodów i tworzonych z nich teoretycznych konstrukcji mogących zainteresować naukę naturą świadomości, związkami mózgu i umysłu, fundamentalną naturą materii, modelami czasoprzestrzeni oraz wpływie na człowieka taki stanów, jak medytacja, wizualizacja czy pozytywne myślenie.” 


Dwa powyższe obrazy pochodzą z doświadczenia z zastosowaniem kamery video i dwóch zwierciadeł
Czy zatem eksperymentatorom ze Scole udało się podołać ciężkiemu zadaniu i dostarczyć materiałów pozwalających nam na przelotny choć jakże ważny wgląd w rzeczywistość zaświatów? Analizując uzyskane materiały fotograficzne dojść można do wniosku, że położony został most między światem żywych a umarłych. Czy jednak tego typu fotografie rzeczywiście stanowią unikat na skalę światową? Otóż i tak i nie. Z tego typu fotografią eksperymentowano już znacznie wcześniej, zaś szczególnym zainteresowaniem darzył ją polski badacz Julian Ochrowicz, który współpracując z medium Stanisławą Tomczykówną doszedł do wniosku, że za pojawianie się obrazów odpowiada (świadoma lub bezwiedna) projekcja myśli z umysłu medium dokonywana za pomocą siły nazwanej „energią psychiczną”. Była to zdumiewająco nowoczesna teoria, która zdaje się odnosić także do innych przypadków fotografii psychicznej lub myślowej, np. przypadku słynnego Teda Seriosa. Zmierzając ku końcowi widzimy zatem, że pytanie o wartość eksperymentu ze Scole ulegają zmianie. Nie chodzi już o to, czy rzeczywiście uzyskaliśmy dowód na życie pozagrobowe, ale o fakt, co tak naprawdę stanowi źródło wszelkich anomalii i zdumień zarówno w tym, jak i innych przypadkach – realna obecność bytów z zaświatów, czy też niepoznane do dziś własności medium.


Źródło tekstu i zdjęć: http://infra.org.pl/  
Korekta: Medart                


 

wtorek, 7 lipca 2015

Zagrożenie


Ostatnimi czasy wiele mówi się o różnego rodzaju zagrożeniach. Temat bezpieczeństwa jest chyba jednym z najbardziej popularnych motywów, goszczącym na ustach wszystkich pragnących nadać swojej wypowiedzi patosu, z równie podniosłymi, populistycznymi hasłami można się zetknąć na łamach tabloidów, chcących zapewnić sobie w ten sposób poczytność i podnieść słupki sprzedaży.

Jakkolwiek ostrożności nigdy za wiele, w końcu jak mówi stare porzekadło – „przezorny zawsze ubezpieczony” – większość podnoszonych z takim entuzjazmem głosów w kwestii bezpieczeństwa naszego kraju wydaje się jednostronnych, koncentrujących się na jednym tylko, z większą bądź mniejszą słusznością aspekcie. Zagrożenie równa się napaść, wojna, grabież, agresja. I tyle. Temat wyczerpany.
Otóż nic bardziej mylnego. Myślenie takimi wyłącznie kategoriami cofa dorobek nauki co najmniej kilkadziesiąt lat, do okresu zimnej wojny, kiedy to bezpieczeństwo oceniano wyłącznie przez pryzmat kategorii militarnych. W ówczesnych realiach nie było to bynajmniej niczym dziwnym, jeżeli wziąć pod uwagę tak silne wówczas napięcie w stosunkach między dwoma blokami, a co za tym idzie, między większością państw na świecie oraz powtarzające się echem bolesne doświadczenia dwóch okrutnych wojen i piętno, jakie po sobie pozostawiły.
Po upływie kilkudziesięciu lat sytuacja jednak znacząco uległa zmianie i podnosząc dywagacje o bezpieczeństwie nie można o tym zapominać. Racją wprawdzie jest, że stosunki międzynarodowe do pokojowych nie należą, jednakże w XXI wieku, w erze cyfryzacji i masowej globalizacji, w czasach tak wielu kryzysów gospodarczych i prymatu interesu narodowego, prawdopodobieństwo wybuchu kolejnej wojny światowej na podobieństwo dwóch wcześniejszych, wydaje mi się, przynajmniej w najbliższej perspektywie czasowej, znacznie mniejsze, niż to przedstawia medialna propaganda.
Bardziej niebezpieczne na dzień dzisiejszy postrzegam zagrożenie z całkiem innej strony. Ze strony postępującej w coraz szybszym tempie i ogarniającej niemal wszystkie aspekty naszego życia zmasowionej globalizacji. Dlaczego ów proces implikuje tak poważne zagrożenia dla naszego bytu narodowego? Z co najmniej kilku powodów. Pierwszym i niewątpliwie najważniejszym jest skala owego zjawiska. Z przerażeniem i nie bez słuszności można dojść do wniosku, że odciska ono swoje piętno na wszystkich płaszczyznach funkcjonowania społeczeństwa, w każdej skali. Najbardziej zauważalne wydaje się to być na przykładzie narodu, gdzie objawia się takimi znakami jak kopiowanie zagranicznych zwyczajów, zachłanne przejmowanie obcych trendów, mód, ujednolicanie gustów.
To Zachód wyznacza, co aktualnie jest na topie, zachodnie gusta kreują panujące w salonach mody, zachodnie umysły wynajdują coraz to lepsze nowinki. A my oczywiście musimy ślepo przejmować wszystkie nowości. W końcu kto zostaje w tyle, ten wypada z gry! Nasze własne, niezwykle bogate, uświęcone tradycją zwyczaje, kultura? Coś poświęcić trzeba, nic przecież nie trwa wiecznie…
Równie ważnym powodem, dla którego postrzegam globalizację jako potencjalne zagrożenie jest jej nieuświadomiony wpływ na podmioty, których dotyka. Opisane powyżej zjawiska ją charakteryzujące bardzo często odbywają się mimowolnie, bez zamierzonej woli. Kiedy agresor zbrojnie napada na granice, każdy, mocniej lub słabiej, ale odczuwa zagrożenie i niemal odruchowo włącza mu się instynkt obronny.



Proces daleko idącego ujednolicania kultur, zabijania zwyczajów i tradycji narodu, często pieczołowicie pielęgnowanych i przekazywanych od pokoleń potomnym jak najświętszy dorobek i skarb, odbywa się bez żadnej reakcji, a być może i przy cichym przyzwoleniu wszystkich mających największy wpływ na kształtowanie wizerunku polskiej kultury oraz opinii publicznej. Możliwe, że dzieje się tak przez zaniedbanie, niedołożenie należytej staranności i w konsekwencji niedostrzeganie tego zjawiska.
Możliwe jednak również, o ile nie bardziej, że odbywa się to wszystko celowo. Że to zaplanowane z premedytacją i konsekwentnie realizowane działania, zmierzające do stopniowego unicestwiania polskiej kultury, tradycji, odrębności. Jest bowiem powszechnie wiadome, że naród żyje nie dopóty, dopóki ma określone terytorium, władze czy bardziej lub mniej wydolną gospodarkę. Naród żyje, dopóki trwa on w świadomości społeczeństwa. Historia naszej Ojczyzny jest tego szczególnie dobitnym potwierdzeniem.
Nie można pod żadnym pozorem mówić, że Polska jako naród kiedykolwiek w dziejach przestała istnieć. Na przeszło sto lat zniknęło państwo, jednak naród nie zniknął nigdy z serc Polaków. Tylko dzięki tradycji, którą tak wiernie zachowywali, kulturze, zwyczajach – tylko dzięki polskości możliwe było „wskrzeszenie” Ojczyzny. Bez tego – samo odzyskanie kawałka ziemi nic by nie pomogło. Naród bez własnej historii i tradycji jest jak człowiek bez duszy – martwy, pusty w środku i skazany na unicestwienie. Do czego może więc prowadzić współczesne wypieranie polskości na rzecz obcych, wyrwanych z kontekstu, nowoczesnych manier? No ale przecież państwo polskie istnieje tylko teoretycznie…
Współczesny świat bardzo się spłaszczył. Żyjemy w globalnej wiosce. Jesteśmy obywatelami świata, Europejczykami. Dopiero gdzieś na końcu Polakami. Niewskazane jest podkreślać różnice, bo to mogłoby urazić innych, wartościować. Liczy się przede wszystkim równość, a tę najłatwiej osiągnąć przez ujednolicenie wszystkiego, co tylko można.
Tylko dzięki własnej, odrębnej kulturze i świadomości można mówić o narodzie, a nie o przypadkowej zbieraninie ludzi, którzy w tym samym czasie znaleźli się w tym samym miejscu. Tylko takie wartości potrafiły utrzymywać naszych rodaków przy nadziei na wskrzeszenie narodu i tylko dzięki takim wartościom było to możliwe. Tylko za takie wartości wielu Polaków oddało życie. Na pewno nie przelewali krwi za to, byśmy teraz mogli bez większych zahamowań dobrowolnie się ich wyrzekać, czy zastępować obcymi. Ale w zasadzie kogo by obchodziły zamierzchłe rytuały zacofanych konserwatystów.
 

Natalia Pochroń


"Spójrz na Świat i sam zobacz co sprawia, że jest tak niewyrażalnie piękny...jego różnorodność"

                                                                                                                                       Ravi Shankar
                                                                        ***
 
 Miło że autorka (młoda osoba, studentka Bezpieczeństwa Narodowego na U.J.) sprawnie ocenia mechanizm ujednolicania, unicestwiania i spłycania wszelkich obecnie wyznaczników kultury, jako proces świadomy i wyreżyserowany. Dobrze że widzi w tym niebezpieczeństwo utraty czegoś, co w konsekwencji okazuje się być nawet bardziej złowrogie, niż utrata granic czy przynależności narodowej. Dlaczego o tym piszę?
Bowiem Ci, którzy kręcą tym cyrkiem od dawna doskonale wiedzą, że nikt bez ich zgody świadomie nie "przekłuje bańki od środka". Mechanizm jest prosty. Poruszamy się w płynnej bańce, która wygina się, deformuje, napina ale nigdy nie pęka. Może przybierać różne kształty, może udawać cokolwiek i upodabniać się do wszystkiego. Ale w tej grze, "dmuchają w słomkę" tylko wybrani.

Czy bańka jest ostatecznością? Kultura i jej oręż w postaci spuścizny naukowej oraz zdobyczy cywilizacji, przekonuje nas że tak. Że obraz jest prawdziwy, a nasza egzystencja tak na prawdę nigdy prawdziwsza nie była. Ale zatem gdzie znajdują się ci "dmuchający", bo przecież nie tu, z nami?

Ich nie dostrzeżemy, są zbyt cwani i zdyscyplinowani, by paradować w świetle fleszy. Natomiast ich wytyczne nieraz wypływają na wierzch, niczym oliwa na wodzie. Szczególnie wtedy, gdy coś "pójdzie nie tak". Jak jakiś tam jeden z drugim powie coś "za dużo", albo okaże się nagle, że pewną doktrynę naukową trzeba na szybko "reanimować". I jak znajdzie się odważny, wyciągający "królika z kapelusza" przed sceptycznym gremium, które zszokowane i trzęsące się o tytuły lub dyplomy już samo zadba o to, by ów delikwent "kapelusz" zgubił na dobre. To są procedury i wytyczne, które same "dzieją się" w tej całej systemowej termitierze od dawna. I "góra" wcale nie musi tego kontrolować. Robimy to za nią sami i to wyjątkowo chętnie i skutecznie.
I tu tkwi sedno. Uwierzyliśmy w nowe Vox populi, którym jest trzymanie siebie wzajemnie za pysk, zakłuwanie w dyby i kajdany oraz deklaracje, że czynimy tak dla rozwoju, szczęścia i samorealizacji. Ale są tu także inni, którzy myślą, mówią i żyją inaczej. I co najciekawsze, pokazują to reszcie. I to jest właśnie prawdziwe zagrożenie i strzał między oczy dla tych wszystkich, co "dmuchają". Dlatego tak się starają i nie szczędzą sił ani środków, na tworzenie z nas "wielokolorowej i wielosmakowej sałatki", gdzie już żaden pojedynczy składnik nie będzie mieć znaczenia i wartości. Bo w istocie nie będzie istniał. A jeśli już, to gdzieś na kontrolowanym poletku, w liczbie tak znikomej i umownej, by nie zagrażać "dmuchającym" już nigdy więcej.

Pomyślmy chwilę i rozejrzyjmy się wokół siebie. Natura i Życie kipi od różnorodności, zaś erupcja wzrostu i tworzenia odbywa się na naszych oczach każdego dnia. Zastanówmy się zatem, czy to przypadek i ślepy traf, że dostajemy takie obrazy i uczestniczymy w tych lekcjach? Czy dostrzegamy mglistą i zniekształconą ścianę bańki, czy też czasami coś dalej...za nią?
I czy przede wszystkim potrafimy się do tego przyznać, przed samym sobą...

Największym zagrożeniem, jest nasz opuszczony przez Boga umysł.

To zdanie jest tylko symbolem. Nie ma żadnych religijnych konotacji ani uwarunkowań. To synonim potknięcia, zagubienia i oderwania. Wiecznego chodzenia w kółko i biadolenia nad swoim losem. I jeszcze pychy, która została nam po odrzuceniu, lub bardziej- zrezygnowania z prawdy.
Światełko w tunelu ciągle jeszcze jest, ale tak naprawdę tylko od nas zależy, gdzie z rozmysłem i pełną świadomością, ów tunel odszukamy.


Źródło tekstu: https://marucha.wordpress.com/ 
Zdjęcia: internet