Układ doskonały. Piękno i perfekcja. Symetria i pokaz niepojętej geometrii. I w środku zawsze punkt wyjściowy. Rdzeń. Centrum. Ilekroć patrzyłem na podobne formy, zawsze miałem wzrastające przeczucie że ta powierzchowność, ta niesprecyzowana szarpanina i gorączka zwana życiem ma swoją drugą kartę. Kartę zapisaną na innych, subtelniejszych zasadach które są przed nami zakryte. Które są jedynie właściwe. Potem z czasem zrozumiałem że ignorancja rodzi się ze strachu. I przestałem mieć żal do myślących inaczej i mających mnie za wariata. Niech każdy tworzy własną historię. Ma przecież do tego pełne prawo. Również by odczuwać strach przed siecią.
Po jakimś czasie wyraźnie przystanąłem i wtedy zaczęły odkrywać się nowe rzeczy. Mniej więcej od tamtego czasu namawiam każdego na zwolnienie, na oddech, na przystanek. Chociaż krótki, taki by trochę złapać tchu zanim znów pobiegnie się dalej. No a sieć? Gdy już zwolnimy i rozejrzymy się dookoła zobaczymy że sieć zniknie. Pozostaną jedynie pajęczyny, utkane z milionów perfekcyjnych warstw, skrzące się w słońcu i wygięte przez wiatr. Tylko to i aż to stanie się naszym udziałem. Bo w istocie ten punkt pośrodku nie jest próżny. To nasz właściwy układ odniesienia. Nasze bycie. Nasze ja. Spokój i cisza. Początek i koniec. Układ doskonały...




























